Udany, bez fajerwerków

sezon Marka Fiedora we Wrocławskim Teatrze Współczesnym

Właśnie rozpoczął się nowy - drugi sezon Marka Fiedora we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Za nami pierwsza premiera - spektakl Natalii Sołtysik według rozdziału z książki "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości", laureatki Angelusa Swietłany Aleksijewicz. Kronika przeszłości, czyli poprzedniego sezonu Współczesnego, skłania do kilku refleksji

SŁABOŚCI NA POCZĄTEK

Fiedor zaczął swój czas przy Rzeźniczej od audytu (teatr był zadłużony) i negocjacji z miejskimi władzami w sprawie finansów. Wywalczył 6 milionów dotacji, czego nie udawało się poprzedniczce Krystynie Meissner. Na późną, dopiero styczniową, inaugurację artystyczną zaproponował przedstawienie w reżyserii Lecha Raczaka "Życie jest snem". Zamiast mocnego uderzenia zaczęło się nierównym, w sumie zaledwie przyzwoitym spektaklem, w którym udało się trochę scen, parę napięć i ról. Po raz kolejny objawiła się zauważana od pewnego czasu przez obserwatorów i komentatorów (a także reżyserów pracujących we Wrocławskim Teatrze Współczesnym) słabość tutejszego zespołu. Nie ma dziś na tej scenie (albo się nie ujawniają) choćby kilku wyrazistych osobowości artystycznych w rozwoju. Zostali mistrzowie drugiego planu lub wyjadacze powtarzający własne grepsy. Aż strach pomyśleć, co się stanie, jeśli Marta Malikowska pójdzie drogą byłych kolegów, Szymona Czackiego czy Bartosza Woźnego, i wybierze którąś z odważniejszych artystycznie krajowych scen. Energii, ryzyka brakuje Współczesnemu najbardziej, przydałaby się zapalna, pobudzająca iskra, by rozbić rutynę tzw. garderoby, przyciągnąć i progresywnych twórców, i młodych (także duchem) widzów.

ODWAŻNA "KOTLINA"

Drugą premierę na głównej scenie widzowie przyjęli również z mieszanymi uczuciami, choć do mnie akurat "Kotlina" [na zdjęciu] wg powieści Olgi Tokarczuk o przypadkach dziwacznej lokalnej ekoaktywistki Janiny Duszejko, trafiła. Adaptacja Agnieszki Olsten i Igora Stokfiszewskiego to właśnie przykład bezkompromisowego medytacyjnego performansu. W ten intrygujący, chwilami irytujący, ułożony z etiud-epizodów pozornie nielogiczny ciąg zdarzeń trzeba wejść, dać się mu porwać, chłodny racjonalny odbiór chowając pod fotel. Niespiesznie rozgrywająca się "Kotlina" to wizualnie atrakcyjna (scenografia Olafa Brzeskiego), intelektualnie angażująca propozycja wizji świata rozumianego holistycznie, jako jeden wielki organizm składający się z równoprawnych cząstek. Oczywistą prawdą wydaje się troska o inne stworzenia: ludzi, psy, nawet komary, drzewa. Co znaczące, wiodącą rolę zagrała tu gościnnie Renate Jett, potwierdzając tezę o brakach w zespole. Zresztą podobnie zdarzyło się przy okazji "Zamku", najmocniej wyczekiwanej premiery sezonu, autorstwa samego Fiedora. Do scenicznego przekładu jednej z najważniejszych powieści wszech czasów reżyser zaprosił Przemysława Bluszcza, aktora równie charyzmatycznego co Jett, kiedyś gwiazdę z Legnicy, dziś ze stołecznego Ateneum.

MACHO NIE NA ZAMKU

W "Zamku" Kafki w wersji Fiedora K. przyjeżdża do nowego dla siebie miejsca, aby zmienić swoje życie, zacząć je od nowa, zrealizować jakiś inny od dotychczasowego plan. Jest pełen wigoru, pewności siebie, to fachowiec i samiec, drapieżnik z rysą. Nie wiadomo, co zostawił za sobą: jakieś dziecko, jakąś kobietę, co jeszcze? Szybko spada z piedestału macho, nie mogąc umówić się na osobistą rozmowę z szefem. To wytrąca mu z ręki życiową broń. Próbuje więc nie tylko butą, lecz sprytem i urokiem - bez powodzenia. Chcą go tutaj czy nie? Zawieszony pomiędzy miastem a wsią, między przeszłością i przyszłością, ponosi nieuchronną porażkę. W końcu wiek męski - wiek klęski, jak pisał poeta. "Zamek" Fiedora skupia się na relacjach K. z kobietami, które mają mężczyźnie pomóc osiągnąć sukces. Westernowa muzyka Tomasza Hynka ironicznie komentuje to, co widać na scenie. Nie jest K. bohaterem w stylu Johna W., bliżej mu do współcześnie zagubionego w meandrach społecznie i biologicznie pomieszanej płci. Stabilność czarnego-białego, dobrego-złego znika w przenikliwie przepowiedzianym przez Franza Kafkę świecie. Kobiety? One też nie mają łatwo, wszystkie zależą od kogoś i czegoś. Mogą zostać oberżystką, bufetową, klezmerką, pokojówką, urzędniczką. Na ziemi stoją silniej od niego, trzeźwo oceniając szanse, nie marzą - jak K. - o wolności. Wiedzą, jaka władza rządzi.

Za to spektakl Fiedora to ciekawa próba uwolnienia szeroko zakrojonej, ciągle tajemniczej książki spod brzemienia kafkologii. Zawężając fabułę, reżyser nie brnie w alegoryczne pułapki, nie daje się wprowadzić na manowce i mielizny psychoanalitycznego, politycznego, filozoficznego czy religijnego odbioru. Jego interpretacja podkreśla to, co w dziele Kafki ludzkie, indywidualne, intymne, co przecież nie obywa się bez relacji ze światem i systemem. To bardzo dzisiejsze spojrzenie, któremu, niestety, nie potrafi sprostać język dialogów. Być może Kafkę warto już przełożyć na nowo, rezygnując z anachronizmu dotychczasowego stylu, nadającego się do tradycyjnej egzegezy (jak o kafkologii pisze Milan Kundera), zgrzytającego, kiedy chce się zobaczyć za enigmą konkret. Umieszczony na niewielkiej Scenie na Strychu spektakl mówi zatem przekonująco, czytelnie, o tym, że amerykański sen, przeświadczenie o nieograniczonych możliwościach spełnienia naszych marzeń to zwykłe złudzenie. Lepiej nie marnować na nie czasu.

W czerwonym cadillacu (zajmującym 1/3 sceny) można się przejechać, namiętnie kochać i głośno kłócić, ale autostradę okalają z boków ekrany, a szosa też się kiedyś skończy. Symboliczna w przedstawieniu Fiedora jest przestrzeń, scenografia (świetna! - Justyny Łagowskiej), aura dźwiękowa, lecz dialogi trzymają się rzeczywistości. "Zamek" udanie wpisuje się w znany nurt teatru tego reżysera. To kameralne studium, rzecz o człowieku współczesnym, sugestia nie perswazja, wydestylowana z wielkiej literatury.

ISTOTNE DODATKI

Powiódł się też Markowi Fiedorowi powrót do niegdysiejszych wielkich sceny przy Rzeźniczej: Helmuta Kajzara i Tymoteusza Karpowicza. Specjalne Strefy Kontaktu zorganizowane wokół twórczości zapomnianych dzisiaj artystów ucieszyły znawców, ale nie jest to z pewnością sposób na tzw. szerszą publiczność. Dyskusje, spotkania autorskie, hermetyczne słuchowisko dodają repertuarowi różnorodności, smaku, lecz liczą się przecież premiery. Także te na Małej Scenie, zaplanowanej na nieduże propozycje opowiadające proste historie o ludziach i czasach. Szkoda tylko, że inicjujący te działania kontrowersyjny "Pomarańczyk" wyrósł na wybryk zaledwie. Dlaczego? Bo w autorskiej sztuce Marek Kocot zagrał postać Majora Frydrycha zbyt bliską biografii Waldemara Fydrycha. Zamiast ambitnej analizy opozycyjnych powidoków wyszła momentami ciekawa inscenizacyjnie teatralna połajanka. Część oburzonych recenzentów nie zostawiła na "Pomarańczyku" suchej nitki, sugerując udział w sądowej rozgrywce pomiędzy miastem a Majorem, procesującym się o prawa do użycia symbolu krasnala w promocji Wrocławia. Tym razem rozeszło się po kościach, wydaje się jednak, że dyrektora zawiódł producencki nos, powinien zablokować tak ewidentnie chwiejny w proporcjach atak na konkretną osobę. Fiedora usprawiedliwia bycie spoza Dolnego Śląska, nieznajomość układów, kontekstów. Ale w drugim sezonie nie będzie już zmiłuj.

Grzegorz Chojnowski
www.o.pl
26 września 2013
Portrety
Marek Fiedor

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia