Umarła klasa

"3SIOSTRY" - reż. Luk Perceval - TR Warszawa, Stary Teatr w Krakowie

„3siostry" na podstawie dramatu Antoniego Czechowa, reżyseria Luk Perceval, TR Warszawa – Narodowy Stary Teatr w Krakowie, premiera w TR Warszawa 20 czerwca 2021 roku

Warto było czekać na Luka Percevala. Dotychczas jego inscenizacje oglądaliśmy na licznych festiwalach, cieszyliśmy się, że gdy chodzi o twórczość belgijskiego reżysera jesteśmy choć mniej więcej na bieżąco. „3siostry" należą do najważniejszych osiągnięć twórcy, który z polskimi aktorami znalazł nie tylko wspólne spojrzenie na teatr, ale i na egzystencję. Z klasycznego dramatu wydestylował esencję, w tym przedstawieniu nie ma jednej niekoniecznej chwili.

„W +Umarłej klasie+ Tadeusza Kantora umarli wracają na swoje własne miejsce w szkolnych ławkach" – pisał Jan Kott w pierwszym zdaniu słynnego eseju „Teatr esencji: Kantor i Brook". I ciągnął za chwilę: „Umarli siadają obok samych siebie, obok byłych siebie, obok siebie, którzy b y l i". „3siostry" Luka Percevala kończą się pokrewnym obrazem. Bohaterowie Czechowa zostają jak przygwożdżeni do swoich krzeseł. Kimś wstrząsa dreszcz albo szloch, ktoś inny wygina ciało w nienaturalnej somnambulicznej pozie. Nad wszystkimi unosi się bezruch – trwanie jak u Becketta. Między prologiem i epilogiem mijają dwie godziny teatru, który nie udając życia takiego, jakim ono jest, dotyka samej istoty bycia. Wiem, że to mocne słowa, ktoś powie, że dziś używanie ich do opisu przedstawienia zakrawa na śmieszność. Zbyt dużo widzę rzeczy bez znaczenia, by powściągać się, gdy wreszcie zdarza się coś, co – by znowu zacytować największego – nie oczekuje, by mówić, o czym jest, bo samo jest tym CZYMŚ.

Podobno próby zaproszenia belgijskiego twórcy do pracy w TR Warszawa trwały półtorej dekady, co nie dziwi ani trochę, bo to jest przecież ścisły top europejskiego teatru. W Operze Narodowej oglądaliśmy spektakle Christopha Marthalera oraz Ivo Van Howe, Perceval to ta sama półka co ten ostatni. W TR Warszawa dwa fantastyczne spektakle zrealizował wcześniej Węgier Kornel Mundruczo, który ma ponoć tu powrócić nie w najbliższym, ale kolejnym sezonie. Musi imponować „międzynarodowa linia" dawnych Rozmaitości.

Perceval ma w Polsce swoich zaprzysięgłych fanów. Pamiętam, że jakiś czas temu ze swymi spektaklami gościł w Gdańsku oraz w Łodzi. Na widowniach można było dostrzec te same twarze. Ze świetną, choć ostatnio rzadko oglądaną aktorką najpierw dzieliliśmy się zachwytem, a potem żartowaliśmy, że jesteśmy jak groupies śledzący swego ulubionego wykonawcę.

Moje poznawanie teatru Luka Percevala zaczęło się od Czechowa właśnie. Na wrocławskim Dialogu pokazywano „Wujaszka Wanię" z Het Tonelhuis z Antwerpii, rozegranego na drewnianej podłodze z klepek, tak wykrzywionej i wybrzuszonej, jakby od spodu podmyła ją woda. Zdawało się, że oglądamy świat po katastrofie, która dotknęła nie tylko otoczenie postaci, ale nieodwracalnie od wewnątrz przenicowała również bohaterów.

Potem – po wielu innych spektaklach flamandzkiego mistrza – był „Płatonow", przywieziony z NT Gent. Z fortepianem, który przemierzał scenę po umieszczonych na podkładach z książek torach i fenomenalnym pianistą Jensem Thomasem, który swą grą komentował zdarzenia, a czasem był do nich w absolutnej kontrze. Tytułową rolę grał Bert Luppes, starszy niż przywykliśmy w inscenizacjach młodzieńczej sztuki autora „Wiśniowego sadu". Z grymasem smutku i złości na twarzy wyglądał, jakby bezpowrotnie wyleczył się z wszelkich złudzeń. Samo zaś trwające niewiele ponad półtorej godziny widowisko zamieniało się w bezlitosną lekcję ponadczasowej mizantropii. Jakby dramat Czechowa był lustrem, odbijającym tych właśnie ludzi, a przy okazji nas na widowni.

Lustro – zdawałoby się wyświechtana metafora. Wielkość teatru Luka Percevala polega jednak także na ograniczonym zaufaniu do symboli. To prawda, w przepisanych na nowo na potrzeby spektakli klasycznych tekstach da się bez trudu odnaleźć zdania niczym gotowe hasła. Ważniejszy jednak od myśli ogólnych wydaje się konkret. Prawdziwy ból prawdziwych, choć wymyślonych ludzi. I konkret sceny – na przykład lustro w „3siostrach". Zamyka całą przestrzeń gry, sprawia, że odbijają się w nim bohaterowie dramatu, ale także drewniana ściana przypominająca blejtram obrazu, która zamyka im drogę ucieczki. I drga, pulsuje od ludzkich emocji, a przy tym wykrzywia sylwetki postaci, rozmywa je, każe zbić się w jedną magmę bezradności. Inscenizacja TR Warszawa oraz Narodowego Starego Teatru w Krakowie nie jest długa, bo trwa ledwie dwie godziny, zdaje się statyczna, zachowuje jedność miejsca. Z pozoru zatem nic nadzwyczajnego, gdy idzie o techniczne wymagania i stopień rzemieślniczego wtajemniczenia. Tymczasem wystarczy przyjrzeć się nieco bliżej, odrobinę znać tajniki teatru, by wiedzieć, jak piekielnie precyzyjny to musi być mechanizm. Trzy stany świata „3sióstr" oddają projekcje łanów zboża, morskich fal rozbijających się o brzeg, powoli poruszających się larw. Philip Bussmann odpowiada również za ascetyczną scenografię, w którą wnikamy chcąc tego czy nie. Kostiumy Annelies Vanlaere zmieniają nawet barwy w zależności od świateł projektowanych przez Marka Van Denesse. I jeszcze muzyka wraz z całą fonosferą zbudowaną przez Karola Nepelskiego przez w przeważającej mierze z przetworzonych aktorskich głosów.

Ukuto reklamowy bon mot, że to jest o starzejącej Europie. Kolega podsumował, że choć o trzech siostrach, opowieść mówi o katastrofie dotykającej miliardy. Pewnie tak, ale wolę patrzeć na każdą z postaci osobno. Dziwić się ich osobnymi charakterystykami, by na koniec (tak jak było przy innej fundamentalnej dla mnie inscenizacji tego samego arcydzieła – tej Eimuntasa Nekrosiusa) skonstatować, że Perceval zmienia szczegóły, narusza ważne fundamenty budowli (brak Solonego, a zatem przeniesienie jednego z najważniejszych konfliktów dramatu w sferę wewnętrzną bohaterów), by na koniec stanąć w zgodzie z duchem oryginału. Podobnie było, gdy w Hamburgu kongenialnie przepisał „Hamleta". Ukazał go w swoim języku, na swoich warunkach, włącznie z rozpisanym na dziesiątki całkiem współczesnych dylematów monologiem „być albo nie być", a mimo to nikomu nie przyszło do głowy kwestionować, że to wciąż jest Szekspir.

Olga (Maria Maj) ma czarną suknię i czarne okulary, jakby nosiła żałobę po własnym życiu. Czynią to również inni. Irina (Małgorzata Zawadzka) dawno pożegnała już młodość, w cielistej zdobionej sukience spazmatycznie rzuca się na taflę lustra, krzycząc, że wreszcie przyszedł czas na pracę. Masza (Natalia Kalita) zachowała jeśli nie młodość, to młodzieńczą desperację. Ona – może jedyna – chce żyć mimo wszystko. Stąd odwaga, by stawiać wszystko, a wygrać nic. Trzy siostry w świecie przedstawienia Percevala ocaliły choć namiastkę umiejętności decydowania o sobie. Czyni to także Natasza (Marta Ojrzyńska, którą widziałem, na zmianę z Oksaną Czerkaszyną), ale została w niej już tylko podszyta niższością brutalność. Natasza nosi na ręku Bobika – psa, ale ma wszystkie papiery na nie tylko domowego dyktatora. Ona to nowe, które przyjdzie, gdy ten świat zniszczy ostateczna katastrofa. Inscenizacja Percevala zdaje się obrazować moment tuż przed, gdy ludziom pozostaje może już tylko zbiorowe samobójstwo. Stanem je poprzedzającym może być zbiorowy letarg, w jakim pogrążają się postaci z „3sióstr". A może jest tak, jak podkreśla Kułygin (Rafał Maćkowiak), zachwalając swą książkę o miejscowej szkole, że jest tam lista wszystkich mieszkańców, którzy w ciągu ostatnich dziesięciu lat kopnęli w kalendarz? Może jesteśmy w czyśćcu, między umarłymi, czekając na jakiekolwiek życie po życiu, tyle że reżyser daleki jest od poprawiania nam samopoczucia. Trudno wierzyć w odkupienie.

Wystarczy popatrzeć na Wierszynina (Jacek Beler). Porusza się na inwalidzkim wózku, może i duszę ma piękną, ale wiele obiecać nie może. Męski świat „3sióstr" opanował bezwład, jakby wszyscy nosili ciężar nie do udźwignięcia. O desperackim Kułyginie Maćkowiaka wspomniałem, Andrzej Prozorow Mirosława Zbrojewicza kuli się w sobie, by potem wyrzygać z siebie całą wściekłość na siostry, i świat, i siebie – jest w tym prawdziwie przeszywający. Tuzenbach Zygmunta Józefczaka, trzy dekady starszy niż zazwyczaj się barona przedstawia, ma w oczach rozpacz, zmieszaną z łagodną rezygnacją. Miłości do Iriny nie będzie umiał sprostać, zatem zostaje mu jedynie powolne przygotowywanie się na śmierć. Jeszcze Czebutykin (Jacek Romanowski) – ironiczny przechodzień przez życie. Tym razem u starego doktora nie ma przyśpiewek, żadnych „tararabomba", jest sama pustka, powolny ruch, jakby ktoś związał mu nogi.

Można analizować każdą z ról z osobna, powtarzać słowo „kreacja", ale „3siostry" nie na oddzielnych kreacjach się opierają. Przedstawienie jest wspólnym dziełem zespołów krakowskiej i warszawskiej sceny, aktorzy zamienili się w czułe instrumenty, zdolne do oddania tak wyjątkowych nut. To jest trudniejsze od myślenia wyłącznie o własnej pracy, wymaga rezygnacji z pokusy popisu, pełnego dostosowania się do potrzeb całości, nawet zaprzeczenia sobie.

W materiałach z prób Zygmunt Józefczak porównał Percevala do Konrada Swinarskiego, stwierdził, że dzięki niemu wrócił do źródeł teatru. „3siostry" podobnie jak największe dokonania Luka Percevala to teatr esencji, nasycony do granic możliwości, bez ani jednej zbędnej chwili. Kilka dni po warszawskiej premierze słyszę co prawda, że to nie dla każdego, że zbyt wysublimowane, a w ogóle to miało być lepiej. Mówię więc tylko za siebie, bo czuję taką potrzebę – „3siostry" mam za najważniejsze wydarzenie ostatniego sezonu i jedno z najważniejszych w ciągu ostatnich kilku. To teatr, który daje wiarę w teatr.

Jacek Wakar
Dziennik Teatralny
26 czerwca 2021
Portrety
Luk Perceval

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia