Umierać musi, co ma żyć

"Król umiera, czyli ceremonie" - reż. Piotr Cieplak - Stary Teatr w Krakowie

To doskonale aktorsko zagrane, mądre, głębokie, z czytelnym, pięknym i odważnym przesłaniem reżyserskim przedstawienie. Aczkolwiek nie wolne od potknięć reżyserskich. Jednak owe "potknięcia" są tu naprawdę marginalną sprawą w porównaniu z tym, co spektakl ze sobą niesie. Piszę: "odważne przesłanie", bo mówienie dziś w teatrze o wartościach, wyjawianie swego credo religijnego, opowiedzenie się za wiarą chrześcijańską z wyraźnym podkreśleniem, iż śmierć nie kończy wszystkiego, a jest tylko przejściem do innego, wiecznego życia - to przecież akt odwagi twórczej. A taki właśnie jest spektakl "Król umiera, czyli ceremonie" w reżyserii Piotra Cieplaka pokazany w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych.

Niezwykle piękna i do głębi przejmująca finałowa scena, w której Anna Polony jako królowa Małgorzata przeprowadza Jerzego Trelę - króla, na drugą stronę życia, tam, gdzie już tylko jasność i spokój, i kiedy znikają w rozświetlonej jasnością przestrzeni, a gdzieś z oddali słychać płacz noworodka - symbolikę tej sceny, tak cudownie czystą i przejrzystą, można odebrać jako credo samego reżysera. Czy to szczere odsłonięcie się? W jednej z wypowiedzi prasowych Piotr Cieplak powiedział: "Jeśli mówię o światłości wiekuistej, to naprawdę w to wierzę. Jeśli jest mowa, że \'światłość wiekuista im świeci\', to dla mnie jest to coś jasnego. To nie jest koniec. Wyspiański pisze: \'Umierać musi, co ma żyć\'. Zdaję sobie sprawę z tego, że to może nie jest medialne, ale ja naprawdę tak myślę. Kiedy Polony mówi słowa autora - który w ogóle nie miał nic wspólnego ani z ojcem Rydzykiem, ani w ogóle z katolicyzmem - że ziarenko soli rozpuszczone w wodzie nie znika całkowicie, tylko sprawia, że woda jest słona, to znaczy, że nie giniemy definitywnie, że zawsze coś po nas zostaje. Ja naprawdę w to wierzę i staram się dać temu wyraz, bez jakichkolwiek ideologicznych wykładni".

Napisana w 1962 roku sztuka współtwórcy teatru absurdu EugÝne\'a Ionesco jest odzwierciedleniem postawy pisarza wobec śmierci, której panicznie się bał, można powiedzieć, wręcz aż do obsesji. W spektaklu "Król umiera, czyli ceremonie" tytułowy bohater (Jerzy Trela) dowiaduje się, że pod koniec przedstawienia umrze. Nie chce przyjąć tej wiadomości, stara się za wszelką cenę przedłużyć swoje istnienie. Jego królestwo odejdzie wraz z nim. Odchodzeniu króla powinny towarzyszyć specjalne ceremonie, toteż dba się tutaj o ten punkt protokołu królewskiego. Najbliższa świta królewska to obecna żona króla Maria (Anna Dymna), królowa Małgorzata (Anna Polony), służąca Julia (Dorota Segda), lekarz królewski (Jacek Romanowski) i strażnik (Zbigniew Kosowski).

W tym otoczeniu król będzie rozliczał się ze swego życia, będzie snuł wspomnienia z przeszłości, zainteresuje się sprawami, których dotąd nie zauważał, z uwagą i współczuciem wysłucha opowieści służącej Julki o jej trudnym życiu itd, itd. Końcówka życia skłania do przewartościowań, do zastanowienia się, co jest najważniejsze, do spojrzenia na siebie, na swoje życie, na swoje królestwo z dużym dystansem pozwalającym na ocenę i właściwe rozłożenie akcentów w wartościowaniu spraw. Ale nade wszystko królowi towarzyszy lęk przed odejściem, lęk przed zapomnieniem o nim, gdy już go nie będzie, dlatego egoistycznie woła: "Niech będę historią, niech będzie tylko moje imię i nazwisko". Jednak ów bunt i niezgoda na fakt zbliżającej się śmierci powoli wytracają się. Następuje kolejny etap w postawie króla, który prosi: "Wy wszyscy, którzyście umarli przede mną, pomóżcie mi, powiedzcie, jak żeście to zrobili, pomóżcie mi przekroczyć próg, który przekroczyliście, podajcie mi dłoń, żebym przeszedł na drugą stronę, nauczcie mnie pogody, obojętności, rezygnacji (...), wstrętu do życia". Spektakl łączy formę groteski z dramatem, a całość jest ujęta w nawias teatralny, życie realne przeplata się z fikcją teatralną, od czasu do czasu słychać więc odgłosy ulicy zmieszane z pracą maszynerii teatralnej za kulisami. Jesteśmy w teatrze - widz wie.

Piotr Cieplak nałożył na postaci sztuki dodatkowe znaczenia. Wzbogacił bohaterów sztuki Ionesco o biografie artystyczne aktorów grających owych bohaterów. Akcja toczy się więc tu na kilku poziomach znaczeniowych. Poziom podstawowy to rzeczywistość przedstawiona wynikająca z litery tekstu, na nią zaś nałożona jest kolejna rzeczywistość, którą kreują aktorzy, już nie jako postaci sztuki Ionesco, ale jako konkretni, realni artyści, grający kiedyś niezapomniane role w "Wyzwoleniu" Stanisława Wyspiańskiego, "Dziadach" Adama Mickiewicza, "Operetce" i "Ślubach" Witolda Gombrowicza itd., itd. A więc w sławnych, wielkich inscenizacjach czy to Swinarskiego, czy Jarockiego, czy Bradeckiego. Wszystkie te inscenizacje miały miejsce na scenie Starego Teatru w Krakowie, którego budowany przez lata image łączy się właśnie z takimi nazwiskami, jak: Anna Polony, Jerzy Trela, Anna Dymna czy Dorota Segda. Zatem jawi się tu kolejny poziom znaczeniowy - odniesienie artystyczne do Starego Teatru w Krakowie. Niegdysiejszego Starego Teatru, bo dzisiaj to przecież już zupełnie inny teatr. Ten spektakl można odebrać jako hołd złożony dawnemu Staremu Teatrowi, za którym pozostaje już tylko zatęsknić. Dziś wszak teatr ten sięgnął - dosłownie - bruku. Patrzymy bezsilnie, jak jego piękna tradycja ginie pod nawałem skandalizujących spektakli, obscenicznych eksperymentów, bełkotu aktorskiego i rozmaitych dewiacji podnoszonych tu do rangi waloru. Swoją drogą obwiniam za to całe środowisko teatralne, iż dopuściło do zniszczenia tej wspaniałej sceny.

Spektakl Piotra Cieplaka, mimo wielopoziomowości i odniesień do kilku rzeczywistości przedstawionych, stanowi jednorodną całość artystyczną. Wprawdzie skróciłabym nieco niektóre sceny, zyskując lepszą dramaturgię przedstawienia, ale niech tam. Przyczepiłabym się może też do tych kilku finałów, czy raczej "podfinałów", prowadzących do głównego zakończenia, ale dam sobie spokój. Wszystko bowiem wynagradza pięknie i przejrzyście przeprowadzona myśl przedstawienia, ubrana w ciekawą i adekwatną do idei spektaklu formę, no i ten cudowny koncert gry aktorskiej. Powrócił prawdziwy teatr z prawdziwymi aktorami. Szkoda, że tylko na chwilę, bo w finale spektaklu odejdą nie tylko król i królowa, ale też symbolicznie odchodzi teatr wielkiej prawdy i wielkiej sztuki.
(mi)

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
13 maja 2009
Portrety
Piotr Cieplak

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia