Umysł skuty strachem

"Malowany ptak" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Polski w Poznaniu

Nie zostawicie nas, prawda? Jak dojdzie do procesu, to staniecie za nami, bo inaczej pójdziemy z torbami - Maja Kleczewska [na zdjęciu podczas konferencji prasowej na temat spektaklu] nerwowo pali papierosa i dopytuje Marcina Kowalskiego, dyrektora Teatru Polskiego w Poznaniu. Trwa przerwa podczas prób do spektaklu "Malowany ptak".

Reżyserka Maja Kleczewska i dramaturg Łukasz Chotkowski zestawiają fragmenty głośnej książki Jerzego Kosińskiego z wypowiedziami m.in. Kazimierza Brandysa, Jana Tomasza Grossa, Jana Karskiego, Jana Błońskiego, Anny Bikont czy Joanny Siedleckiej. Jedna z postaci spektaklu jest wprost wzorowana na autorce "Czarnego ptasiora", która na początku lat 90. zajęła się tropieniem przekłamań i zmyśleń w powieści Kosińskiego. I to właśnie Siedlecka przysłała list, w którym domaga się, żeby jej nazwisko nie pojawiło się w spektaklu, zabroniła cytowania "Czarnego ptasiora", a nawet używania nazwisk bohaterów swojego reportażu. Wszystko pod groźbą procesu sądowego. - Interesuje nas czas, kiedy bohater Kosińskiego ukrywał się na wsi polskiej, ale też gest pisarza - połączenie fikcji i realności w kontekście drobiazgowego śledzenia jego życiorysu przez Joannę Siedlecką. Jak pisze sam Kosiński: "Malowany ptak" może być wizją siebie z okresu dzieciństwa, wizją, a nie badaniem tego okresu czy próbą powrotu. Ta wizja to poszukiwanie czegoś utraconego - mówi Kleczewska. Premiera 26 marca w Poznaniu.

Milczenie Polaków

"Poszukujemy zarówno zabawek dziewczęcych, jak i chłopięcych" - takie ogłoszenie ukazało się kilka tygodni temu na stronie Teatru Polskiego w Poznaniu. Teraz we foyer leżą dziesiątki misiów, dużych i małych lalek, żołnierzyków, pistoletów. Dużo oczu: szklane, plastikowe, w formie Zelków do jedzenia. Do tego kamery, reflektory, butelki ze sztuczną krwią, nożyczki, palnik... Całość przypomina plan filmowy amatorskiego horroru. Zaczyna się masakra: odcinanie głów lalkom, wydłubywanie misiom oczu i wkładanie innych, przypalanie lalek.

- Łukasz, co tak zamilkłeś - zagaduje Kleczewska swojego dramaturga. Autor tekstu zawzięcie rozpruwa brzuch lalki i faszeruje ją kurzymi łapkami z supermarketu. - Właśnie kręcimy sceny, które będą wyświetlane podczas spektaklu - tłumaczy Kleczewska i wylewa sztuczną krew. Będą oddawały spustoszenie, jakie w psychice i wyobraźni dziecka powodują wojna, przemoc, strach, lęk; jak wtedy dziecko wyobraża sobie świat.

Jerzy Kosiński w swej najbardziej znanej książce opisuje dramat chłopca umieszczonego przez rodziców w odległej od cywilizacji wsi. Chłopcu o śniadej cerze, kruczych włosach, haczykowatym nosie udaje się przeżyć Zagładę. Doznaje jednak wielu upokorzeń i prześladowań ze strony miejscowych: jest topiony w kloace i przerębli, wieszany za ręce i szczuty psem, prowadzony na rozstrzelanie i bity. Jest też świadkiem okrucieństw, jakich dopuszczali się mieszkańcy wsi - wydłubujący oczy łyżką, mordujący sąsiadów, oczekujący przy torach kolejowych na transporty wiozące Żydów, aby pomachać maszyniście.

Bohaterem spektaklu będzie Chłopiec oraz autor książki. - Spektakl oglądamy oczami Jerzego Kosińskiego, który wraca do swojego dzieciństwa, gdzie fikcja literacka przeplata się z realnością i rzeczywistością. Nasz "Malowany ptak" stanowi efekt powolnego uwalniania umysłu długo skutego strachem. Naszego, twórców. Strachu przed mówieniem rzeczy, które zostaną odrzucone, oraz strachu zepchniętego przez naród polski w nieświadomość. Strachu przed winą w stosunku do współobywateli żydowskich - wyjaśnia Chotkowski.

- Minęło już tyle lat od "Sąsiadów", "Strachu", dyskusji wokół Grossa. Nasz spektakl to takie zapuszczenie sondy: czy ten temat jeszcze kogoś interesuje, wywołuje żywsze emocje. A może już mamy to poukładane w głowach i nie ma co rozgrzebywać? - zastanawia się Kleczewska. Opowiada, jak na jednej z edukacyjnych stron internetowych dla uczniów przeczytała pytanie ze sprawdzianu: "Jaki był los osób, które przeżyły getto warszawskie?". I odpowiedź: "Umieszczano je w polskich rodzinach, gdzie ukrywały się do końca wojny".

- Powstają świetne książki na ten temat, ale czyta je garstka naukowców. Ogromna większość ludzi w ogóle nie zadaje sobie pytań o naszą przeszłość - Kleczewska nie potrafi ukryć zdenerwowania.

- Niedawno przeprowadziłam eksperyment. Pytałam różnych ludzi, jak daleko od Warszawy leży Treblinka. Mówili, że 300-400 km, gdzieś na wschód. Nie! To niecałe 100 km. Zginęło tam 900 tys. osób, większość z getta warszawskiego. To oznacza, że średnio wyjeżdżało z miasta wagonami dwa tysiące osób dziennie. Czy ktoś pytał ludzi z Warszawy i okolic, co czuli, kiedy widzieli transporty?

Milczenie Żydów

- Czytałem "Malowanego ptaka" w latach 80., nie mogłem przejść przez realistyczne opisy przemocy - mówi Jerzy Walczak, który gra w spektaklu Jerzego Kosińskiego. Opowiada, że jego historia rodzinna jest zupełnie inna od tej, która została opisana w powieści wydanej w 1965 r. Jego mama jako 10-latka ukrywała się we wsi niedaleko Łodzi. Miała bardzo niepolski wygląd, ale wyrobiono jej dokumenty, ochrzczono, zmieniono nazwisko. Przeżyła, a nawet zaprzyjaźniła się z ludźmi, u których mieszkała. I ona, i jej matka jeździły tam po wojnie na pogrzeby, wesela, pomagać przy żniwach.

- Moja mama bardzo dobrze się tam czuła, traktowała tamtą rodzinę jak własną - mówi Walczak. A jednak o przeszłości i tak się nie mówiło. - Mój dom był domem ciszy: babcia i mama nie lubiły muzyki, głośnych rozmów... Każdy był zajęty swoimi sprawami. Kiedy pytałem babcię o wojnę, dość szorstko odpowiadała: "Zajmij się swoimi sprawami, te są moje". Wiem, że była w Auschwitz, wyszła w styczniu 1945 r. w marszu śmierci. Uciekła z jedną z Polek. Zabierała mnie do Oświęcimia raz do roku już od dzieciństwa. Ale nic nie opowiadała - wspomina Walczak.

- Dzięki babci i mamie do 50. roku życia Holokaust był dla mnie terminem z historii. Czytałem książki, oglądałem filmy, ale tak jakby mnie nie dotyczył, chociaż podczas wojny zginęła cała rodzina matki. Dopiero praca z Mają Kleczewską sprawiła, że Holokaust stał się moją osobistą historią - tłumaczy aktor.

- Spotykałem w Izraelu czy na zachodzie Europy wielu Żydów, którzy dziwili się, że jeszcze mieszkam w Polsce - mówi aktor Henryk Rajfer. - Opowiadali, czego doznali od Polaków, o tym, jak Polacy współpracowali z Niemcami przy wyłapywaniu Żydów. I że nie mogą tego zapomnieć, dlatego wyjechali i nigdy tu nie wrócą. Nie wierzyłem, uważałem, że przesadzają, nie chciałem dopuścić tej prawdy do siebie. No bo jak to? Żyć w kraju, w którym ludzie robili takie rzeczy moim bliskim?

Obaj aktorzy występują w spektaklu Mai Kleczewskiej, który jest koprodukcją Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Żydowskiego w Warszawie.

- Temat Holokaustu w naszym teatrze jest obecny od lat, ale nie ma co się oszukiwać, że widownia raczej oczekuje od nas spektakli z pozytywnym przekazem. Chcą posłuchać żydowskiego folkloru, obejrzeć, jak przed wojną wyglądało życie w sztetlach - mówi Rajfer. - Jeżeli robimy spektakl o Holokauście, to wiadomo, kto jest katem: zawsze hitlerowcy.

Rajfer nie ukrywa, że w jego teatrze nikt nie odważyłby się wystawić "Malowanego ptaka" albo innego tekstu o postawie Polaków wobec Żydów. - To byłoby odebrane jako prowokacja. O tym się mówi w kulisach, garderobach, ale na scenie? Nigdy. Jest nas garstka i my mamy teraz stanąć naprzeciwko 40 milionów Polaków i powiedzieć, że część z nich zachowała się niewłaściwie wobec Żydów podczas II wojny światowej? To by było jak wypowiedzenie wojny - mówi Rajfer.

Maciej Nowak, dyrektor artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu, siedzi w swoim gabinecie pod wielkim obrazem przedstawiającym Maryję, Józefa i małego Jezusa. Na pierwszym planie wielki napis: "Żydy". To prezent od znajomego z Białegostoku. Nowak cieszy się, że spektakl powstaje w koprodukcji. - Nasz wspólny głos będzie bardziej słyszalny - mówi.

Milczenie Poznania

- Tekst Kosińskiego jest po prostu paszkwilem. To kompletny wymysł, który był sprzedawany jako doświadczenie autora z dzieciństwa. Polskie chłopstwo przedstawione zostało jako dzikie. Jeśli ma to być obraz relacji polsko-żydowskich, to jest on całkowicie zafałszowany - radny PiS Przemysław Alexandrowicz nie widzi potrzeby wystawiania w Poznaniu "Malowanego ptaka".

- Nie traktujemy tego tekstu jako powieści biograficznej. Uważam, że kwestia relacji polsko-żydowskich jest dla polskiego narodu jedną z absolutnie konstytutywnych. Celem nie jest skandal, ale burzenie spokoju na pewno tak - odpowiada mu dyr. Nowak. Zdaje sobie sprawę, że Kosiński nie ma dobrej opinii: zarzuty o plagiat, wykorzystywanie ghostwriterów, bujne życie erotyczne, a nawet samobójcza śmierć... Ale jego zdaniem to nie umniejsza wagi tematu, jaki podjął w książce: postawy Polaków wobec Holokaustu.

Nowak przypomina, że teatr, w którym rozmawiamy, ma swoją czarną historię. W połowie lat 20. XX pisarka Maria Jehanne Wielopolska napisała dramat "Nuwopowry" (Nowobiedaccy), przestrzegający rdzennych Polaków przed zasymilowanymi Żydami, którzy mają tajny plan przejęcia władzy w kraju. - Autorka uznała, że Warszawa jest zbyt prożydowska i nie da się tam wystawiać tekstu, dlatego zaproponowała go naszemu teatrowi - opowiada Nowak. - Nie zawiodła się, ówczesny dyrektor przyjął tekst i premiera odbyła się w 1926 r. Tyle że poznańscy mieszczanie uznali tekst Wielopolskiej za zdecydowanie zbyt mało antysemicki i spektakl szybko zszedł z afisza.

- Przed wojną w samym Poznaniu wychodziły dwie otwarcie antysemickie gazety. To znaczy, że było zapotrzebowanie na taką propozycję - mówi Paulina Skorupska z Teatru Polskiego. - Poznań pewnie nie jest wyjątkowy na tle Polski, a stosunek mieszkańców do pamięci widać na przykładzie synagogi.

Postawiona na początku XX w., w 1941 r. została przebudowana przez hitlerowców na basen dla żołnierzy Wehrmachtu. "Nade wszystko ceni gospodarność, porządek i czystość:/ zamieniło synagogę w miejską pływalnię,/ na parkingach targowych/ nie ma śladu po żydowskim cmentarzu" - pisał poeta Ryszard Krynicki o swoim mieście.

Niedługo synagoga zostanie zburzona i powstanie hotel. Kleczewska chciała, żeby premiera "Malowanego ptaka" odbyła się w pustej synagodze. - Dla mnie to bardzo znaczące, że Polacy jakby zaakceptowali pomysł okupantów na to miejsce - mówi reżyserka. - Gmina żydowska, do której należy budynek, odmówiła nam. Oficjalnie ze względów technicznych, ale nieoficjalnie wiadomo, że przestraszyła się tematu spektaklu. Nie chcą zostać chłopcem do bicia i właściwie to ja im się nie dziwię. Kiedy pytałam poznaniaków, co się stało z żydowskimi mieszkańcami, nieraz słyszałam, że wyjechali dobrowolnie do Niemiec, jeszcze w latach 30., przed II wojną światową. Nie wierzę własnym uszom - mówi Kleczewska.

Przed spektaklem wszyscy dostaną apel, który napisał Jerzy Walczak: "Zwracam się do Państwa z prośbą o przygarnięcie pamięci o żydowskich mieszkańcach naszych ulic, o żydowskich właścicielach domów, w których teraz mieszkamy. O żydowskich lokatorach mieszkań, które dziś są nasze. Jest to prośba o pamięć. Nic więcej. Zróbmy to dla nich, ale przede wszystkim dla siebie".

Jacek Tomczuk
Newsweek Polska
23 marca 2017
Portrety
Maja Kleczewska

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...