Upadek Essenbecków

"Zmierzch bogów" - reż. Maja Kleczewska - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Teatr Kochanowskiego w Opolu dysponuje największą sceną w kraju, co dla wielu pracujących tam reżyserów stanowi nie lada problem. Jednak Maja Kleczewska od pierwszych chwil "Zmierzchu bogów" stawia na ogrom. Tak inscenizacji, jak myśli

W pierwszej sekwencji uroczystości na cześć starego Joachima von Essenbecka (Andrzej Jakubczyk) wprawia w ruch obrotówkę. Przy stole zasiadają członkowie familii wyglądający jak ród Corleone. Szczękają sztućce, mienią się w świetle bogate suknie pań, można docenić nieskazitelną czerń garniturów panów. Stół się kręci, postaci wirują, jakby w świecie, w którym jedyną normą jest brak norm, zabrakło jakichkolwiek punktów stałych. Nad sceną zawieszono ogromny żyrandol niczym znak potęgi Essenbecków. Pod nim zaś tylko grzech i zbrodnia - tak oczywiste, że aż niezauważalne.

Kleczewska znów podejmuje wielki temat swego teatru - zło. Rozlewa się ono na świat, nie ma już nieskażonych nim wysp. Essenbeckowie z zimną krwią prowadzą grę we władzę. Idzie tylko o to, kto jej więcej posiada. Na drodze do celu można zmieść z szachownicy zawadzający pionek. Kleczewska portretuje ludzi, którym z twarzy zostały nieruchome maski. Ich świat jest wystudiowaną formą; ucieczka jest niemożliwa, bo i tak wszystko wróci do starego, tyle że jeszcze mocniej unurzane w brudzie. Jak wtedy, kiedy Martin (Maciej Namysło) przerywa swą odświętną przemowę (tak każe rytuał) i rzuca się w opętańczy taniec, jakby nagle znalazł się w klubie dla drag queens. Albo wtedy, gdy bierze na siebie spowiedź Stawrogina z "Biesów", zdając relację z tego, jak deprawował dziewczynki. Wielki film Luchina Viscontiego, którego scenariusz stał się literacką podstawą przedstawienia, spotyka się zatem z Dostojewskim, ale także z przeczuciami Kleczewskiej. Kryzys, na pierwszy rzut oka tylko ekonomiczny, wypala ludziom serca, budzi nieustępliwe demony. Nikt nie pyta, skąd bierze się przyzwolenie na przemoc, pedofilię, w końcu kazirodztwo. Nic nie zostaje osądzone.

Apokalipsa w opolskim spektaklu odbywa się przy dźwiękach Purcella, Verdiego, Wagnera. Kolejne arie zapowiadają następne występki. Tyle że w poprzednich inscenizacjach Mai Kleczewskiej - bydgoskim "Babel", warszawskim "Marat/Sade", wreszcie w przygotowanych na tej samej scenie "Opowieściach Lasku Wiedeńskiego" - doświadczałem pełni. Czułem, że skończona, nieludzka w swej konsekwencji forma tych przedstawień podbudowuje ich morderczą treść. Tym razem jest inaczej. Znać, że Kleczewska rozszerza formę swego teatru, podkreślając operową sztuczność "Zmierzchu bogów". Szuka sposobów, by coraz to inaczej oświetlać bohaterów, wnikać i obrazować ich sny i chore obsesje. Jednak po drodze gubi gdzieś przyczyny upadku domu Essenbecków, brnąc w coraz bardziej wyrafinowane stylizacje.

Jej przedstawienie zdaje się pęknięte, zatrzymane w połowie drogi, nie tak drapieżne, jak zakładał projekt. Perwersje stają się jeszcze jednym kostiumem, ból zostaje odegrany w pieczołowicie wymyślonych pozach. Patrzę na Judytę Paradzińską (Sofia), Namysłę, Krzysztofa Wronę (Aschenbach), Andrzeja Czernika (Konstantin) i resztę świetnego opolskiego zespołu. Nie, żeby grali źle - krok po kroku wypełniają założenia partytury. Mimo to "jądro ciemności" bohaterów pozostaje nietknięte. "Zmierzch bogów" bywa widowiskiem olśniewającym, skala inscenizacji i myśli budzi bezwzględny szacunek. Jeśli to jest upadek, to z najlepszego konia. Rzecz tylko w tym, że wymierzone w narcyzm naszych czasów przedstawienie zbyt często wpada w pułapkę... narcyzmu. Za podziwem nie idzie trwoga.

Jacek Wakar
Przekrój
20 listopada 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia