Upierdliwość bierze się po prostu z jego twardego dążenia do perfekcji

rozmowa z Tomaszem Saprykiem

- Trzy lata temu przeszedłem do Teatru Narodowego na zaproszenie Jana Englerta. I praktycznie nie wychodzę z pracy, mam teraz już czwartą czy piątą premierę. Jednak i tu czuję, że nie do końca się realizuję. Więcej, czuję się troszeczkę niewykorzystany - mówi aktor Teatru Narodowego w Warszawie.

«- Panie Tomaszu, kiedy w redakcji powiedziałem, że będę z panem rozmawiał, to moi koledzy mieli przed oczami pijanego Rysia z filmu "Pieniądze to nie wszystko". Opinia jest jedna - zagrał pan świetnie.

- Super, bardzo się cieszę z takiej opinii. To była przygoda sprzed...

- 14 lat. Wspomina pan jeszcze tę rolę?

- Oczywiście nie chciałbym zostać na zawsze zapamiętanym jako Rysio (śmiech). Jednak ta rola rzeczywiście przysporzyła mi wielu sympatycznych momentów, gdzie ktoś dzięki tej produkcji mnie rozpoznał. A przecież ten film wielokrotnie był powtarzany w telewizji. Zawsze spotykam się z ciepłymi uśmiechami. Jestem swój chłop dla wszystkich. Nawet kiedy wyjeżdżam na Warmię i Mazury, to panowie pijący piwo bardzo mnie lubią.

- A gdzie dokładnie nas pan odwiedza?

- Ostatnio kilka razy byłem w Pasymiu u znajomych. W Olsztynie zagraliśmy także spektakl "Goło i wesoło" w reżyserii Arkadiusza Jakubika. Kilka razy wpadłem na rybkę do przystani nad jeziorem.

- Zaczęliśmy rozmowę od drugoplanowej roli Rysia. Oto jeden z komentarzy o panu w Internecie: "Żałuję, że pan Tomasz nie gra głównych ról".

- No, i co ja mam odpowiedzieć? Często spotykam się z tego typu stwierdzeniem. Natomiast ja to wszystko sobie nadrabiam w teatrze. Na deskach bardzo często zdarzają mi się poważne role. Wspomnę swoje ukochane spektakle, jak "Czarownice z Salem" (w Teatrze Powszechnym, w roli Johna Proctora - red.), "Lot nad kukułczym gniazdem" (ten sam teatr, jako Randle P. McMurphy - red.) czy "Plotka" Francisa Vebera (Teatr Syrena, jako Francois Pignon - red.). A dwa tygodnie temu zagrałem w "Opowiadaniu brazylijskim" w Teatrze Narodowym. Reżyser Marcin Hycnar zaproponował mi jedną z głównych ról. Mam sympatyczne wspomnienia z pracy w teatrze i tam się realizuję. Oczywiście chciałbym więcej grać w filmach, ale wydaję mi się, że nadeszła zmiana pokoleniowa. I może się nie załapałem?

- Nieczęsto gra pan pierwsze skrzypce w filmach, ale zawsze wybija się pan na ekranie.

- Są w życiu takie momenty, że człowiek zapomina o tym, że ten zawód uprawia od 25 lat. Po czym wchodzi się do internetu i nagle robią się cztery strony zagranych ról.

- Grubo ponad setka w filmach i serialach.

- Narobiło się tego sporo. I, można powiedzieć, że mam szczęście. Bo przecież ja całe życie na to pracuję, raz bardziej intensywnie, raz mniej. A przy tym nie jestem aktorem jednego serialu czy jednej roli. Zawsze coś fajnego mnie w tej pracy spotyka. I oprócz tych różnych Rysiów - mimo że stałem się specjalistą od pijących ról - uzbierało się kilka innych typów.

- Od grabarza, policjanta i urzędnika, przez kierowcę i właściciela bufetu, po radnego. Grał pan chyba już każdą postać oprócz kobiety.

- Proszę pana, kobietę również zagrałem. Był kiedyś taki film "Winis" (z 1996 roku, zagrali m.in. Cezary Pazura, Jan Englert i Maciej Kozłowski - red.), który wyreżyserował Jan Kidawa-Błoński, który nie do końca mi się podobał. Zagrałem w nim Stefana, bardzo złego brata Michała, w którego wcielił się Cezary Pazura. I, żeby się wedrzeć do szpitala, to zostałem przebrany za kobietę. Obrzydliwie wyglądałem! Przy tych moich rysach kobieta marnie wypada (śmiech). Moja uroda jest głęboko męska.

- Uważa pan, że jest aktorem charakterystycznym?

- Kiedy dostałem się do szkoły teatralnej wiatach 80., to wówczas było pojęcie aktora charakterystycznego. W tym czasie mieliśmy wspaniałe wzorce, jak Wiesław Golas, Wiesław Michnikowski czy Wojciech Pokora. W teatrze również się czuwało, żeby oprócz amantów i amantek, byli aktorzy charakterystyczni. Dzisiaj to wszystko się rozmyło i uleciało. I gdybym miał operować językiem sprzed lat, to czuję się aktorem charakterystycznym. Co to znaczy? To jest tak szerokie pojęcie, że do końca sam nie wiem. Na jednym roku byłem z Arturem Żmijewskim i pamiętam, że po kilku latach Artur marzył zagrać czarny charakter, bo również był obsadzany w jednym kanonie ról. Tak to już jest. Jednak powiem panu, że z moją twarzą nie narzekam na różnorodność propozycji.

- A poza tym widać, że zawsze lekko i łatwo przychodzą panu te wcielenia.

- Fajnie, że pan to mówi. Ja natomiast wolałbym się na temat swoich umiejętności nie wypowiadać. Powiem tak: jestem w ciągłym treningu.

- W szkole rozśmieszał pan kolegów?

- Można powiedzieć, że od tego się to wszystko zaczęło. W szkole byłem klasowym rozśmieszaczem. Miałem nawet wolną rękę na organizowanie różnych akademii. Byłem specjalistą od wybierania wierszy, inscenizowania. Natomiast w prywatnych kontaktach grupowych zawsze uwielbiałem rozśmieszać znajomych i opowiadać kawały. Dzisiaj może już nie jestem aż tak radosny, ale nadal koledzy na planie uśmiechają się na mój widok.

- Jak to nie jest pan radosny? A improwizowany telewizyjny program kabaretowy "I kto to mówi", który w TVP prowadził Piotr Bałtroczyk?

- Mówiąc, że nie jestem radosny, miałem na myśli to, że się podstarzałem. Program, o którym pan mówi, był bardzo fajny. Dałem się namówić na tę improwizację na żywo. Ten rodzaj kabaretu różni się od typowych, które widzimy w telewizji. Ten typ jest tak samo szalenie wciągający, jak również szalenie trudny. Kilka osób starało się z tym mierzyć i poddało się po próbach, ponieważ nie wytrzymywali napięcia. Tam mózg pracuje na pełnych obrotach. Z tego, co wiem, nie będzie kontynuacji tego programu, jednak poczucie humoru się przydawało.

- Przez 15 lat miał pan etat w Teatrze Powszechnym. I nagle pan zrezygnował z tej pracy.

- I później, po czterech latach, wróciłem do tego samego teatru. I znowu po trzech latach zrezygnowałem. Przeniosłem się do Teatru Syrena i po trzech latach zrezygnowałem. Teraz, od trzech lat jestem w Teatrze Narodowym i będzie chyba czas zrezygnować.

- Skąd ta sinusoida?

- Osiągnąłem pewnego rodzaju dojrzałość i świadomość. Jestem aktorem szukającym, starającym się dyskutowaćw teatrze, dobierać role i propozycje. I gdzieś te nasze drogi się rozchodziły. Uważałem, że poziom czy wybory dyrektorów powodują, że teatr zmierza w innym kierunku, niż bym tego oczekiwał. Innym razem ktoś, komu zaufałem, w moim pojęciu mnie zawiódł, nie dotrzymał słowa. Uzbierała się we mnie suma asertywności. Natomiast te wszystkie lata, które spędziłem w Teatrze Powszechnym, w sumie z przerwą 20 lat, były cudownym okresem. Nauki, wspaniałych kolegów aktorów i zespołu. Dzisiaj, moim zdaniem, ten teatr się rozpadł. Jest zupełnie inna linia programowa, kolejny nowy dyrektor. Podobnie było w Teatrze Syrena. Wydawało mi się, że Wojtek Malajkat ma pomysł. Na początku zrobiliśmy "Skazanych na Shawshank". Wydawało mi się, że Wojtek starał się zmierzyć z nową rzeczywistością i zaproponować coś fajnego. Później była więc "Plotka", która do dzisiaj jest grana i cieszy się powodzeniem. I, nagle, to wszystko poszło w innym kierunku, z innym typem repertuarów. Trzy lata temu przeszedłem do Teatru Narodowego na zaproszenie Jana Englerta. I praktycznie nie wychodzę z pracy, mam teraz już czwartą czy piątą premierę. Jednak i tu czuję, że nie do końca się realizuję. Więcej, czuję się troszeczkę niewykorzystany. Tak więc może poszukam miejsca, w którym ktoś będzie miał na mnie pomysł intensywniejszy.

- To naturalne w każdej pracy.

- Dokładnie. A poza tym, jak pan był miły zauważyć, papiery na ten zawód mam i gdzieś ten profesjonalizm występuje. I mam wrażenie, że, jeśli chodzi o teatr, nadal jestem atrakcyjny. Nie bardzo będę się tym jednak zamartwiał. Ponadto zmiana zawsze oczyszcza głowę, a ja lubię nowe miejsca i nowe wyzwania.

- Dużo ma pan w kalendarzu propozycji do zagrania?

- To się wszystko bardzo pozmieniało. Dzisiaj nie dzwoni się do aktora z propozycjami. Tacy reżyserzy jak Wojtek Smarzowski, Marek Koterski czy Andrzej Jakimowicz to rzadkość. Dzisiaj są to telefony na ostatnią chwilę i jest to frustrujące. Po drugiej stronie słuchawki ktoś podaje mi konkretne dni z zastrzeżeniem, że albo ten termin albo w ogóle. Świat zwariował i wydaje mi się, że ja z tego samochodu wysiadłem.

- Nie wierzę, że w ogóle nie ma pan żadnych propozycji.

- Kończę zdjęcia u Wojtka Smarzowskiego do filmu "Wołyń". Jest to poruszająca dla mnie praca i rola. Drugoplanowa, ale mam nadzieję, że zostanie zauważona. Gram Żyda Izaaka i przez moją rodzinę będzie pokazany los Żydów żyjących tam wspólnie z Ukraińcami i Polakami. I tyle na razie mogę powiedzieć. Tak więc te propozycje są, ale dużo rzadsze. Wydaje mi się, że dzisiaj trzeba więcej robić pozaaktorskich rzeczy. Ale może już się nad tym nie znęcajmy.

- Tak zwany show-biznes i celebryctwo.

- Nie chciałbym być jakiś zgorzkniały. Zostałem zaproszony chyba do wszystkich tego typu programów. Wielokrotnie do tańca, jeżdżenia na łyżwach, do programu pana Wojewódzkiego. Nie bardzo się jednak czuję w takiej formule. Odmówiłem raz, drugi, trzeci. Wydaje mi się, że nie o tym traktuje ten zawód. I już sobie taki zostanę.

- Niech każdy robi to, co lubi.

- Ja zawsze każdemu życzyłem pracy i tego, żeby w życiu prywatnym być szczęśliwym przez te zarobione pieniądze. Jestem raczej kibicujący niż wyśmiewający jakieś działania.

- W jednym z wywiadów powiedział pan: "Bałbym się grać równolegle w trzech serialach. Nie unikam ich, ale przebieram".

- I nadal nie biorę wszystkiego jak leci. Staram się z czymś mierzyć na nowo i na nowo się zalogować. Strasznie dużo czasu zabiera mi teatr. To jest taka choroba, gdzie po kilku latach człowiek orientuje się, że rola w jednym czy drugim filmie po prostu przemknęła przed oczami. Może teraz trochę więcej poświęcę temu czasu.

- A co z pańskimi planami o wyreżyserowaniu czarnej komedii na deskach teatru?

- Bingo! Jestem wstępnie umówiony ze spektaklem w Teatrze Kwadrat. Na początku myślałem, że idealnym miejscem jest Teatr Syrena. Premiera powinna się zbiec z 25. rocznicą mojej działalności na scenie i moimi 50. urodzinami. Celuję w przyszły rok i może uda się to zgrać. Trochę żółwim tempem się to odbywa, ale dlatego, że gdzieś się zanurzam i w pewnym momencie myślę: chwila, przecież miałem coś zrealizować. Ostatnie moje przejścia zdrowotne również mnie trochę wyhamowały i dały czas, żebym się zastanowił.

- Ale czas dla rodziny pan chyba ma?

- Oczywiście! Starsze dzieci już jakoś sobie radzą, ale Zośka ma jeszcze swoje pasje. Wspólny czas z rodziną jest najwspanialszy. Łączę pracę z domem. To znaczy, jestem aktorem, który po próbie wraca do domu. (śmiech)

- Ponoć jest pan czasami upierdliwy, nawet w domu.

- Oj, moje dzieci i żona coś więcej by panu na ten temat powiedziały, (śmiech) Koledzy w pracy również, bo w teatrze też zdarza mi się być upierdliwym, w połączeniu ze szczerością. Zawsze przyjmowałem uwagi i zachęcałem każdego reżysera do tego, żeby do końca się ze mną mocował i spierał. Żeby mówił, jak bardzo jestem niezdolny, że to jeszcze nie jest to, czego on by oczekiwał.

- Dlaczego?

- Ta moja upierdliwość bierze się po prostu z dążenia do perfekcji. Chciałbym do końca pozostać aktorem żywym. Czyli takim, który pierwszego dnia próby nie wie, jak będzie wyglądała jego rola. Aktorem, który nie będzie się mądrzył i pokazywał swojej przewagi: wieku czy doświadczenia nad człowiekiem, który dopiero co ukończył szkołę reżyserską. Taki, wydawać by się mogło, niedoświadczony człowiek, może nam powiedzieć więcej, niż nam by się wydawało. Często spotykałem się w pracy z aktorami, którzy w pewnym momencie byli już tacy mądrzy i tacy świetni, że ciężko było z nimi współpracować i dzielić się emocjami. Zawsze wiedzieli najlepiej.

- A jak z pańskim zdrowiem?

- Wychodzę na prostą. Miałem półtora roku makabry, ale sobie poradziliśmy i sytuacja jest opanowana. Kontrolowało mnie wielu lekarzy o różnych specjalnościach. Zbieram siły, kłopoty już mnie opuściły.

- Uważa pan, że dostał drugie życie?

- Nie. Mam oczywiście pewne nauczki, że warto zwolnić, ale bez przesady. Wiele osób ma trudną sytuację i dużo gorszy dostęp do służby zdrowia, niż ja miałem. Mi po drodze pomogło wiele osób. Tak więc nie ma co demonizować. Nie mam także zbyt głębokich przemyśleń na temat życia i śmierci. Tę moją chorobę wpisałem w kalendarz. Miałem ją pokonać i zrobiłem to. Tak samo kocham moje dzieci przed i po chorobie, tak samo kochałem i kocham żonę, i tak samo wierzę w Boga teraz, jak przed zawałem i nowotworem. Nie odkryłem żadnej Ameryki.

***

TOMASZ SAPRYK urodził się 17 listopada 1966 w Warszawie. Aktor teatralny, filmowy i serialowy. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, na stałe związany z warszawskim Teatrem Syrena. Z żoną Alicją ma trójkę dzieci: córki Aleksandrę i Zofię oraz syna Maksymiliana. Kocha harcerstwo. W roku 1973 wstąpił do Związku Harcerstwa Polskiego, gdzie dwa lata pełnił funkcję drużynowego 288 WDH Trampy na Pradze-Południe.»

Mateusz Przyborowski
Gazeta Olsztyńska
21 kwietnia 2015
Portrety
Tomasz Sapryk

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...