Urok baśniowości

"Calineczka" - reż. Konrad Dworakowski - Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu

Baśniowe historie mają to do siebie, że - niezależnie od wieku - możemy je oglądać wciąż bez końca, bez znużenia, z niekłamanym zachwytem. Cudowność i pożyteczność baśni (według określeń Brunona Bettelheima) wyzwala w nas pokłady dziecięcego entuzjazmu; pozwala nam być tu i teraz, beztrosko nie pamiętać o prozie rzeczywistości. Adaptacja Andersenowskiej Calineczki w Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu (w reżyserii Konrada Dworakowskiego) uobecnia wszystkie wyżej wymienione właściwości - to pełen nieodpartego uroku spektakl dla małych i dużych.

Sceniczną przestrzeń organizuje czworo aktorów-animatorów: Bożena Oleszkiewicz, Urszula Raczkowska, Jerzy Gronowski i Seweryn Mrożkiewicz. Gdy gasną światła, ubrani w czarne stroje z kapturami, wyłaniają się z różnych miejsc sali, by wśród publiczności rozpocząć poszukiwania tajemniczego ziarenka (z którego ma wyrosnąć kwiat Calineczki). Wciągają widzów do wspólnej zabawy, by po chwili, niejako wychodząc z roli, zaznaczyć, że bez ziarenka „nie będzie bajki” („a pieniędzy za bilety nie zwracamy” – tu humorystyczny ukłon w stronę dorosłych). Kurtyna ma się podnieść w górę tylko dzięki wspólnemu okrzykowi zgromadzonych na widowni dzieci. To one również wybierają imię dla głównej bohaterki spektaklu. Aktorzy nie zamykają się w pudełku sceny – ich zasadniczym celem jest spontaniczna interakcja.

Historia Calineczki pozostaje wierna duchowi opowieści Andersena. Wprowadzono do niej jednak wątki współczesne. Mama bohaterki jest kobietą sukcesu, która „nie chce, nie potrzebuje i nie szuka męża”  – pragnie jedynie dziecka, po które udaje się do czarownicy. Jest elegantką na szpilkach, z nieodłącznym telefonem komórkowym w dłoni. To jej rodzicielskie zaniedbania powodują, że Calineczka zostaje porwana przez Ropucha. Wstęp do baśni przybiera również koloryt lokalny, gdy do uniwersalnego zdania „za siedmioma górami...”, dodaje się „siedem hałd”, element scenerii typowo wałbrzyskiej.

Postać Calineczki uosabia nie tylko lalka małej panienki, lecz także postać animującej ją aktorki (Urszula Raczkowska). Jej przemieszczanie się w przestrzeni ukazano w postaci filmowych animacji na znajdujących się w tyle sceny białych ekranach. W niektórych scenach sami aktorzy przesuwają kolejne ekrany, co sprawia wrażenie trójwymiarowości i głębi. Obrazem filmowym posłużono się także w szczególnie zachwycającej wizualnie scenie, w której Calineczka jest unoszona przez motyla (pod lalką owada, animowaną przez aktora, wyświetlono obraz uczepionej go małej bohaterki).

Towarzyszące Calineczce zwierzęta wydają jedynie gardłowe odgłosy. Mysz i Kret mówią ludzkim głosem jedynie w wigilijny wieczór (baśniowość zbliża się tym samym do granic prawdopodobieństwa). Każda z postaci ma wyrazisty, niepowtarzalny charakter. Ropuch i jego mama poruszają się w rytm muzyki reggae (matka namawiająca syna do poślubienia Calineczki, nuci mu marsz weselny); chrabąszcze głośno bzyczą, za wąsy służą im palce animujących je aktorów. Kret zaś nazywany jest nie ślepym, lecz „niedowidzącym”; nerwowo stuka laską, drapie się po głowie długimi pazurami.
    Kolejne sceny rozgrywają się na przezroczystych platformach i sześcianach przypominających akwaria, które kolejno stają się domem Calineczki, stawem Ropucha czy norą Myszy. Ich baśniowym przemianom służy przepiękna gra świateł (jak imitujące blask wody połączenie zieleni i błękitu). Sami aktorzy dokonują zmian w scenografii; wykonują jednak przy tym taneczne ruchy, będące nieodłączną częścią spektaklu. Towarzyszy im rytmiczna i łatwo wpadająca w ucho muzyka Piotra Klimka. Przedstawienie jest zatem niezwykle płynne, zwarte, bez pustych miejsc, niepotrzebnych ruchów. Aktorzy nie chowają się za lalkami, pozostają pełnoprawnymi postaciami „opowiadaczy”, którzy sprawują kontrolę nad opowieścią.

W sposób niezwykle oryginalny ukazano też krainę elfów. Kwiatami stają się biurowe lampki, przybrane różnobarwnymi płatkami. Spotkanie Calineczki z Królem elfów przebiega niczym rozmowa zakłopotanych nastolatków (oboje jąkają się, nie kończą zdań, chowają się przed sobą nawzajem), by zakończyć się miłosną pieśnią w duecie.

Spektakl zaczarowuje widzów już od pierwszej chwili, gdy pozwala im współtworzyć opowieść. Baśniowa historia angażuje nas całkowicie, zagarnia naszą uwagę, pozwala odkryć pokłady dziecięcego zdziwienia i radości. Zachwyca dzieci, przekazując również treści zrozumiałe tylko dla dorosłych. Kreuje świat piękny i pełen światła. Po prostu – godny podziwu.

Karolina Augustyniak
Dziennik Teatralny Wrocław
3 grudnia 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia