Usiąść z Bogiem przy stole

"Nad" - reż: Waldemar Zawodziński - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Jak opowiadać o zbrodni i karze bez uderzania w banał? Jak mówić o wierze bez pretensjonalności? Jak wreszcie pytać o Boga bez patosu? Odpowiedź w świetnym spektaklu Waldemara Zawodzińskiego w łódzkim Teatrze Jaracza.

"Nad" Mariusza Bielińskiego (sztukę słusznie wyróżniono w tym roku Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną) to rzecz czarno-biała. Wyrazista i ostra. Bez zbędnej litery, niepotrzebnych ozdobników, modnego współczesnego kontekstu, mentorstwa. Prosty tekst, który boli i uwiera jak zadra pod paznokciem. Dotyka bez nachalności i trywialności fundamentalnych tematów: Bóg, wiara, zbrodnia i kara, starość. Konstrukcja fabularna sztuki przywodzi wreszcie na myśl tragedie antyczne, w których nie ma mniejszego zła. Jest zlo w najczystszej postaci. Waldemar Zawodziński wystawia "Nad" bez uproszczeń i zbędnych skrótów, mając absolutne zaufanie do autora "Mroku". Bohaterów rysuje konsekwentnie - grubą, wyraźną i jednolitą kreską. Nie będzie tu ani przełamania, ani cudownego ocalenia, ani fajerwerków. Bohaterowie Zawodzińskiego to robaki, brudne i pokaleczone. Nie wiadomo, po co żyją - skoro każdy dzień przynosi nową, większą dawkę bólu. W ich oczach dawno nie ma już nadziei. Ich usta już się nie śmieją, a zgniłe w środku wnętrzności z każdym dniem zaczynają cuchnąć bardziej. Czy mają marzenia? Pewnie chcieliby żyć cudzym, łatwiejszym życiem z kilkoma odcieniami różu, błękitu i zieleni. Pytają, czy Bóg istnieje. Dla nich musi istnieć, bo ktoś pozwolił im wrócić z piekła. Teraz ktoś chce, żeby zdychali w klatce - znakomita scenografia Marii Balcerek i reżysera to metalowa pułapka czy trafniej - więzienie, Scena zaś zajmuje część widowni, jakby "wjeżdżała" w fotele. Reżyser chce byśmy podglądali, co dzieje się w jego "laboratorium". Konstrukcja spektaklu przypomina staranne układanie puzzli. Krótkie, poszarpane, początkowo niepowiązane ze sobą sceny zaczynają się uzupełniać - wspólnym mianownikiem staje się historia Jakuba niesłusznie skazanego na dożywocie za morderstwo. To z kolei prowadzi nie tylko do rodzinnego dramatu. Reżyser mnoży pytania, dokłada wątki, nakłada bohaterom kolejne maski. Jakub Mariusza Jakusa jest jak dzikie zwierzę. Rzuca się w swojej klatce, a w jego oczach odbijają się zemsta i krew. Nie potrafi już myśleć jak człowiek. Teraz jest bogiem, który sam wymierzy sprawiedliwość. Jest wina, to musi być i kara. Matka Ewy Wichrowskiej to chodzący trup, jakby maszyna do kochania i wybaczania, maszyna dawno bez duszy. Mężczyzna Krzysztofa Wącha - pozornie kruchy i wrażliwy. Jednak kiedy zaczyna swój monolog wiemy na pewno, że stoi przed nami szaleniec. Delikatność i młodzieńcza niewinność Olgi (debiutująca bardzo zdolna Agnieszka Więdłocha) nie pasuje do tego brutalnego świata. Ale i na nią przyjdzie pora - też strawi ją cierpienie. Ojciec Andrzeja Wichrowskiego wie, że stracił syna. Teraz skupia wzrok na jednym punkcie i czeka... Może na śmierć, a może na wybaczenie. Bezsilny, dawno pogodzony z losem Stary Aleksandra Bednarza ma w oczach już tylko pustkę. Wie, że świata naprawić się już nie da, a nic gorszego od samotności i starości nie może go spotkać... Aktorstwo tego wieczoru jest najwyższej próby. Mądre, przenikliwe i precyzyjne jest przedstawienie Zawodzińskiego. Reżyser pyta, czy jest coś lub ktoś "Nad" nami? Jakim prawem ktoś skazuje kogoś na ból? Co właściwie wiemy o Bogu? I dlaczego musimy wierzyć, żeby przetrwać? Buduje na scenie świat bez nadziei, ale za to z wiarą, że kiedyś wszyscy usiądziemy z Bogiem przy stole.

Agnieszka Michalak
Dziennik Gazeta Prawna
17 października 2009

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia