Uśmiech śmierci

"Królestwo Wszechwanny" - reż. Paweł Paszta - Teatr Żydowski w Warszawie

Kabaret „Królestwo Wszechwanny" na podstawie sztuki Hanocha Levina w Teatrze Żydowskim, w reżyserii Pawła Paszty to miłość, samotność, wojna, niezrozumienie ukazane pod barwną przykrywką absurdu, ironii i metafory. Pozorna bezpośredniość, błahość oraz wulgarność została zastosowana, by poruszyć tematy ważne i nadal aktualne. Nie spotkała się jednak z przychylnością widowni.

Izraelski pisarz i reżyser Hanoch Levin od początku swojej działalności budził kontrowersje. Choć minęło ponad czterdzieści lat od skandalicznej prapremiery „Królestwa Wszechwanny", po której autor został ogłoszony „wrogiem publicznym nr 1" nadal publiczność oburza się i gorszy, kiedy na scenie pojawiają się seks, ekskrementy, impotencja, czy dosadnie nazwane organy rozrodcze człowieka. Spektakl, który rozpoczął się pełną salą oklaskiwany był przez niespełna połowę, a szkoda.

Wpływająca w widownię wanna imitująca statek była punktem centralnym przedstawienia. Akcja odbywała się niemalże w widowni, na proscenium, nie było mowy o czwartej ścianie, czy jakiejkolwiek granicy aktor – widz. Fanfary, zmodyfikowany marsz żałobny grany przez orkiestrę dętą wprowadził korowód osobliwych postaci. Przewodnikiem był usmolony kuzyn Jekutieli – Ryszard Kluge, który we włochatym kostiumie przypominał bardziej diabła niż człowieka. Za muzykami podążała czteroosobowa rodzina. Władcza matka, Monika Chrzęstowska w czarnej, długiej sukni balowej przyozdobionej psychodelicznymi, spiczastymi nakładkami na piersi, niczym Marilyn Monroe, syn Moguncja - Dawid Szurmiej, którego złowrogi śmiech rozlegał się od czasu do czasu siejąc postrach, ubrana w śnieżnobiałą kreację, infantylna, zalotna córka, Małgorzata Majewska i przestraszony, skulony, stłamszony ojciec - Jerzy Walczak. Nieskazitelna czystość ciała i toalety to podstawa egzystencji rodziny, choć ich głównym zajęciem była nienawiść do brudnego kuzyna, zakaz wpuszczania go do łazienki i szydzenie z jego braku higieny. Oprócz wspólnego zadania każdy z domowników posiadał swoje frapujące problemy i pragnienia. Panowała niezdrowa relacja matki z synem, niewierność, przepychanki między małżonkami, a rozwiązła córka, na przekór wszystkim, potajemnie uwodziła znienawidzonego kuzyna. Apodyktyczna matka w momencie zagrożenia wojną stała się samozwańczą „królową wszechwanny i rolki", a za przyczynę podała najdłuższy czas spędzany na sedesie. Każdemu, według hierarchii wyznaczyła zadania, a cały zespół odśpiewał entuzjastyczną piosenkę. Wojna została przyjęta z radością i ochotą.

Między scenami rodzinnymi pojawiały się skecze Czopka i Apsika, których z humorem i dystansem odegrali Henryk Rajfer i Marek Węglarski. Panowie w średnim wieku w garniturach przekomarzali się, rywalizowali ze sobą o najbardziej zabawną piosenką, próbowali bez skutku uwodzić kobiety lub poszukiwali odpowiedzi na pytanie: czym jest clitoris? W końcu zgodnie wybrali się na „Girls live show" z przekonaniem, że będą oglądać znanego komika. Od czasu do czasu pojawiała się niesforna, ruda dziewczyna w ciąży, która wybuchała śmiechem i znikała. Ponadto, Ewa Tucholska-Jaszczak oraz Ewa Dąbrowska urozmaicały spektakl jako impresario, dawna miłość, odgrywały komiczne duety lub dołączały do scen zbiorowych.

Po słowach „śmierć to katastrofa", przy dźwiękach przejmującej muzyki powoli odsłoniła się kurtyna, a oczom ukazała się ponura, zadymiona przestrzeń. Prawie całą powierzchnię sceny zajmowało wielkie koło, które powoli pochłaniało kolejne postaci. Na brzegach porozrzucane były pojedyncze osoby opowiadające upokarzającą historię śmierci przeciętnego człowieka, zaś prawy róg należał do Mawet – rudowłosej Izabelli Rzeszowskiej, która oświetlona zamglonym blaskiem kręciła drewnianym kołem i śmiała się od czasu do czasu złowieszczo, jakby chciała powiedzieć, że i tak wszystkich pochłonie śmierć.

Akt drugi nie był już przerysowaną maskaradą, ale komiczną opowieścią o zdrowiu, a może raczej o jego braku. Tym razem łódź i podest posłużyły za przychodnię. Po kolei pojawiały się postaci z własnym składanym krzesełkiem turystycznym i opowiadały o swoich dolegliwościach. Licytowały się czy kolana, czy kiszki, czy problemy z moczem, czy może choroba serca i cukrzyca są ważniejsze i bardziej bolesne. Każdy oponował za swoim i umniejszał drugiemu nie zapominając o numerkach, bo przecież bez numerka do lekarza się nie wejdzie! Oczywiste było, że nikt nie wpuścił mężczyzny, który przyszedł tylko zapytać. Przekomiczne dialogi, obnażające ludzkie przywary, słabości i skłonność do hipochondrii zakończyły się ubolewaniem postaci cierpiącej na ostrą biegunkę, że jego lekarz zmarł dwa lata temu, podczas gdy reszta, zawiedziona, rozeszła się na wieść, że lekarza nie będzie - jest hospitalizowany. Sarkazm i cierpkość tak ludzkiej sceny zawróciła w stronę rzeczywistości, pozwoliła niejednemu utożsamić się z chorymi i z przymrużeniem oka pośmiać się z samego siebie.

Apsik i Czopek tym razem w rubaszny i nieco szowinistyczny sposób próbowali wkraść się do łóżek potencjalnych kochanek, ale i te próby zakończyły się klęską. Największą tragedię przeżył mąż Hillel, który przez wyjście do toalety stracił żonę, miłość z młodości i dwa tysiące dolarów za scenariusz. Rola Jerzego Walczaka zasługuje na szczególne wyróżnienie. Ujmował swoją nieporadnością, budził litość, empatię i nawet w hiperbolizowanych scenach pozostał naturalny oraz prawdziwy.

Finał nawiązywał do zakończenia części pierwszej. Mroczną sceną zawładnęły śmierć, zgnilizna i ferment rozkładającego się ciała. Postaci w kole zamieniały się partnerami, kobiety wskakiwały na mężczyzn, wszyscy wspólnie wykonywali sekwencje ruchowe, po czym zamierali w połamanych pozach, kiedy rozlegał się głos Śmierci, która ostatecznie pochłonęła wszystkich.

Wielowarstwowy, przerysowany, barwny spektakl Pawła Paszty śmiechem i ironią ukazał egzystencjalne problemy współczesnego człowieka. Nadużycie i okrucieństwo władzy, nieuchronność śmierci, dramat wojny, pragnienie miłości kończące się zazwyczaj wyłącznie aktem cielesnym oraz skomplikowane relacje międzyludzkie, które były, są i będą aktualne. Przedstawienie zbudowane z prozy, skeczów i piosenek tworzyło spójną całość, choć po pierwszym akcie nie było to tak oczywiste. Dla wytrwałych, otwartych i wrażliwych widzów „Królestwo wszechwanny" było śmiechem przez łzy, ci którzy poddali się przedwcześnie, mogą żałować.

Agata Wiedro
Dziennik Teatralny Warszawa
3 stycznia 2015
Portrety
Paweł Paszta

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia