V jak vendetta

Oresteja" - reż. Jan Klata - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Z zadymionej widowni wyłania się kontur sceny przysypanej gruzem, niczym daleki ląd wynurzający się z mgły. Jan Klata wyciąga rękę po antyczną tragedię o rodzie Atrydów i poddaje ją rewizji — gdy dym opada, znajdujemy się we współczesności.

Próżno szukać w jego przedstawieniu stylizacji zgodnej z trylogią Ajschylosa. Widz nie znajdzie koturnów ani masek — na scenę wkracza stopniowo coraz więcej postaci, a scenografia (stworzona przez stałą współpracownicę reżysera, Justynę Łagowską) oraz kostiumy mieszają swobodnie porządek przeszły i teraźniejszy. Akty przemocy nie są ukazywane, lecz następujący po zakulisowych mordach taniec z siekierą w zakrwawionym posoką ubraniu lub wymachiwanie kręgosłupem zdaje się pochodzić bardziej z wyobraźni Johna Webstera niż greckiego tragika. Co nie oznacza niezgodności z krwawą treścią mitu Atrydów, wywodzących się od Tantala, który uraczył bogów pieczenią z własnego syna. Wszystkie postaci napędza pragnienie zemsty.

Spektakl rozpoczyna lament Klitajmestry (Anna Dymna), kończy — skarga Orestesa (Piotr Głowacki) i to między tymi dwoma postaciami rozpina się materia przedstawienia. Klitajmestra, cierpiąca przez zdrady męża, osamotniona i podjudzana przez Ajgistosa (Juliusz Chrząstowski), jest przykładem „kobiety pod presją". Odarcie z nadziei podkreśla strój — znoszona suknia ślubna i włosy w nieładzie, które upodabniają ją do dickensowskiej panny Havisham. Cierpi dodatkowo przez to, że Agamemnon (Jerzy Grałek) poświęcił na stosie ich córkę, Ifigenię. Kiedy mężczyzna przybywa — w za dużych oficerkach i kamizelce kuloodpornej, przygarbiony i powłóczący nogami — nie wygląda na zwycięzcę i dumnego wodza, niejako samodzielnie wkładając głowę pod topór zrozpaczonej Klitajmestry.

Zanim to jednak nastąpi, Kasandra (Małgorzata Gałkowska), branka Atrydy, staje się bezwolnym i niewysłuchanym medium Apollina, od momentu gdy ściągnięty zostaje worek z jej głowy. Zapada ciemność i stopniowo wyłania się zarys sylwetki wieszczki naprzeciw podświetlonej planszy z namalowaną pożogą. Wyrzucane z siebie słowa wstrząsają wątłym ciałem, a brutalność antycypowanych wydarzeń budzi w bohaterce przerażenie. W końcu zasłania znowu oczy workiem — nie chcąc tym samym widzieć upadku Pelopidów. Pod tym względem na drugim biegunie znajduje się chór, śledzący z zaangażowaniem rozwój wydarzeń, bijący brawo w czasie powrotu z wojny Agamemnona, grożący podłemu Ajgistosowi, pouczający czy pożądliwie zaglądający pod spódnicę Elektry. W swych sfatygowanych garniturach i z chwiejącym się krokiem przypomina podpitą gawiedź, domagającą się „chleba i igrzysk". Właściwie igrzysk przede wszystkim.

Klata przedstawia dramatis personae jako figury. Klitajmestra-żona nosi suknię ślubną, Agamemnon-dowódca — oficerki, Kasandra-wieszczka — suknię z nadrukowanymi wersami proroctwa. Strój odgrywa rolę symboliczną również w przypadku młodszego pokolenia. Zarówno Orestes, jak i Elektra (Anna Radwan-Gancarczyk) noszą szkolne mundurki, poza tym skaczą na skakance lub fikają koziołki. Jednak wydarzenia wymagają reakcji. Elektra poświęca ojcu (czy raczej makabrycznemu strzępowi rodzica) swoje lalki — dzieciństwo i niewinność. Kiedy pojawia się Orestes, dzierżąc pod pachą komiks o Punisherze, siostra niemalże go uwodzi i przypomina o boskim prawie, a chór podjudza do momentu, aż bohater godzi się przyjąć wyznaczoną mu w micie rolę — bardziej z poczucia pychy niż obowiązku. Infantylne rodzeństwo bawi się w wendetę, tworząc spektakl o mścicielach.

W konwencji spektaklu odbywa się również sąd nad Orestesem, który przypomina reality game show: Apollo (Błażej Peszek) śpiewa z playbacku Feel Robbiego Williamsa; ubrane w kuse, raczej tandetne sukienki Erynie opalają się na leżakach, a następnie prężą wokół boga poezji. Na ścianie wyświetlany jest wielki neonowy wynik — 0:0. Konflikt o losy syna Agamemnona rozstrzyga Atena, przypominająca hostessę. Staje ona po stronie Apollina, zaś bóg komentuje swoje zwycięstwo jedynie wypięciem się w stronę nieusatysfakcjonowanych Eumenid. Ocalenie Orestesa jest kwestią drugorzędną w porównaniu z samym zwycięstwem: syn Agamemnona stoi na środku sceny z koszulką z nadrukowanym wielkim „O" — jak parodia superbohatera, naiwnie wierząca w możliwość samostanowienia o sobie. Tymczasem człowiek jest niczym innym jak „bożym igrzyskiem", którego rezydenci Olimpu dla własnej rozrywki popychają do zbrodni, wybuchów namiętności i eskalacji przemocy.

A może to my, widzowie, jesteśmy prowokatorami? Natężenie groteski w spektaklu stopniowo rośnie, aż w końcu sztuka zamienia się w przechadzkę po galerii popkulturowych fantazmatów i wyobrażeń. Jaskrawa heterogeniczność inscenizacji — od kostiumów, poprzez muzykę (heavy-metalowe utwory zagłuszające postaci) i scenografię, aż po styl gry (wystarczy porównać pełną tragizmu kreację Klitajmestry z papierowością Orestesa) —przekonują, że twórcy i publiczność skazują bohaterów na krew, wkładają im do ręki siekierę i nie pozwalają na to, co można by nazwać „normalnym życiem". Nie wiadomo tylko, co z tą tezą zrobić. Kiedy dym się rozprasza, zostaje na scenie obnażona i z drżeniem czeka aż ktoś krzyknie: „Klata jest nagi!"

Spektakl mimo wszystko się broni, a to dzięki niezwykle efektownej formie. Jest ona jednym wielkim cytatem, zmierzającym w stronę syntezy — przez to staje się wypowiedzią o teatrze i sztuce jako takiej. W „Eumenidach", ostatniej części „Orestei", tytułowe bóstwa krzyczą: „Woń krwi człowieczej zaśmiała się do mnie". Kultura bowiem — niczym Erynie — podąża za tropem ludzkiej krwi, cierpienie zamieniając w estetyczną rozrywkę.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
24 maja 2013

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia