W chłodnej krainie obłędu panują wysokie temperatury

"Niżyński. Zapiski z otchłani" - reż. Józef Opalski - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Na teatralnej widowni często panuje przenikliwe zimno. Czasami jest to kwestia zbyt mocnej klimatyzacji, czasami jakichś dziwnych przeciągów. Jednak najczęściej to sprawa uśpionych emocji, które miast rozgrzewać do czerwoności, zmieniają widzów w nieruchomą bryłę lodu. Szczególnie przykre jest to wtedy, gdy aktorzy wyciskają z siebie siódme poty, by oglądający ich ludzie cokolwiek poczuli, nie tylko gęsią skórkę.

Temperatura na widowni tak naprawdę wymyka się racjonalnym obliczeniom panów Celsjusza czy Fahrenheita. Zależy przede wszystkim od tego, czy opowieść snuta przez twórców rozpali wyobraźnię i dotknie wrażliwości zgromadzonych w teatrze odbiorców. Ci, którzy widzieli tańczącego Wacława Niżyńskiego, wychodzili poparzeni. On sam spłonął na stosie swojego szaleństwa, które dotyka tylko geniuszy.

I właśnie o tym opowiada sztuka Anny Burzyńskiej "Niżyński. Zapiski z otchłani", którą możemy oglądać na Scenie Miniatura Teatru im. Juliusza Słowackiego. Składa się ona z porwanych,

zapętlających się jak w obłędzie zdań, ze snutych ciekawie opowieści o absolutnym uzależnieniu artysty od swojego impresaria Siergieja Diagilewa, i związku z żoną, która usiłowała wtłoczyć go w ramy tzw. normalnego życia.

Reżyser spektaklu Józef Opalski przełożył to na język sceny niby na chłodno, a jednak sprawił, że od początku temperatura na widowni rośnie. Z jednej strony precyzyjnie rozłożył akcenty, by widz wszedł mocno w historię rozdartego między homosek-sualną namiętnością artysty a jego tęsknotą do lojalności i ciepła, jakie dawała mu żona, a z drugiej porwał oglądających spektakl w krainę bolesnego szaleństwa, w którym Bóg każe pisać dziwne zdania i rysować jeszcze dziwniejsze obrazki.

Grający Niżyńskiego Grzegorz Mielczarek nie jest zawodowym tancerzem. Jest świetnym aktorem. Wie, że nigdy nie wykona tanecznego pas godnego Niżyńskiego. I reżyser na szczęście nie kazał mu tego robić. Za to choreograf Jacek Tomasik poprowadził jego ruch tak, że dzięki kilku prostym krokom odnosimy wrażenie, iż mamy do czynienia z geniuszem baletu. Z geniuszem, który w interpretacji Mielczarka sprawił, że zapomniałam wyciągnąć z torebki szal, który miałam przygotowany na wszelki wypadek. Choć klimatyzacja działała świetnie.

Magda Huzarska-Szumiec
Polska Gazeta Krakowska
7 grudnia 2013

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia