W chórze tkwi siła

Słynne chóry - Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

Najpiękniej brzmią chóry anielskie i chóry pochlebców, ale chóry operowe też są pieszczotą dla ucha. O czym będziemy mogli się przekonać na niedzielnym koncercie w Filharmonii.

To już drugi koncert z cyklu Opera Viva, przybliżający mieszkańcom Podlasia najważniejsze dzieła operowe. Tym razem bohaterem będzie chór, a to bohater wielki. Powiedzmy szczerze, jak towarzysz Majakowski do towarzysza Lenina: „Jednostka! Co komu po niej?! / Jednostki głosik cieńszy od pisku. / Do kogo dojdzie? - ledwie do żony! /  I to, jeżeli pochyli się blisko.” Co innego chór. Ma taką siłę, że potrafi usunąć ze sceny głównych aktorów. Nie tylko ukochanych przywódców Narodu, ale nawet primadonny. Chór w operze czasem zmienia bieg zdarzeń, czasem bywa tylko komentatorem albo zaledwie tłem, ale zawsze warto uważnie go słuchać.

Jutro zaśpiewają chóry Chińczyków, Egipcjan, Cyganów (oraz Cyganek, parytet został zachowany), Hiszpanów, Polaków i Czechów, a także młodych, starych, chłopów i szlachty, żołnierzy i matadorów. Dzięki Moniuszce, Verdiemu, Pucciniemu, Gounodowi czy Smetanie nie zna bowiem granic ni kordonów pieśni zew.

Koncert zacznie się relaksowo, bo „Po nieszporach przy niedzieli, / Skoro jeszcze słonko jasne; / Człek się nieco rozweseli, / Wszak się cały tydzień poci! / Niech się nieco rozochoci!

Toć to tylko jego własne „.  Tak przynajmniej będzie przekonywał chór wieśniaków  z „Halki” Moniuszki.  I nawet pracoholicy powinni przyznać im rację. „  Więc wesoły, więc ochoczy, / Niech nam będzie dzień dzisiejszy! / Jutro znowu dzień roboczy / I pojutrze dzień roboczy”, dlatego bez wyrzutów sumienia można spędzić niedzielę na koncercie.

Ale jak już słuchacze wpadną w pułapkę zastawioną przez chór i prowadzącego koncert maestra Mieczysława Dondajewskiego, wygodnie się rozsiądą i będą oczekiwać delikatnej pieszczoty uszu, zostaną wciągnięci w sam środek krwawych dramatów. Emocji będzie dużo, chóralne opowieści o miłościach niemożliwych i tragicznie zakończonych - takich jak Leonory i mimowolnego zabójcy jej ojca Don Alwara („Moc przeznaczenia”  Verdiego) albo dowódcy wojsk egipskich Radamesa i etiopskiej niewolnicy („Aida”) -  chwytają za serce, podnoszą ciśnienie i obniżają poziom optymizmu. Na szczęście szkody na duszy naprawi chór uczestników kuligu ze „Strasznego Dworu”, choć ich rady są adresowane wyłącznie do słuchaczy posiadających już dowody osobiste:  „gdy ci mróz do gardła sięga / Złotym je węgrzynem płucz.../ Hej Mieczniku! zima tęga, / Od piwnicy dawaj klucz!” Ale takie są prawa kuligu, bo jak pokpiwał pewien dowcipny moralista z czasów stanisławowskich, zabawa ta „jeszcze od Popiela - ma za cel, by zalać każdemu gardziela". Ale poza tym można przy okazji zdobyć miłość wzajemną.

To właśnie na kuligu Rafał Olbromski z „Popiołów” spotkał po raz pierwszy Helenę i przebrany za krakowiaka krzesał z nią hołubce. I to na kuligu pocałował ją we włosy tak namiętnie, że „w czaszkę waliły młoty krwi, a w oczach płomienie – więc migotały jak sama wcielona, widoma rozkosz miotająca się w sercu”. Pan Michał Wołodyjowski tak mocno ściskał swoją Krzychnę w saniach,  że nieboga przyrzekła mu miłość do grobowej deski, choć później straciła ochotę na amory. A hrabia Croy – Dülmen na kuligu opisanym przez Rodziewiczównę recytował Słowackiego nastrojonej patriotycznie poznaniance, w celach wiadomych.

Czy to działa, sprawdźmy sami (skoro tylko zima przyjdzie), w ostateczności zostanie nam węgrzyn i moniuszkowski krakowiak.

Beata Maciejewska
Materiały OiFP
5 stycznia 2012

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia