W farsie sprawdzają się aktorzy tragiczni

Rozmowa z Włodzimierzem Nurkowskim

Uważam, że nie ma lepszego widowiska teatralnego niż znakomicie wystawiona opera. To dla mnie najwyższa forma ekspresji teatralnej. O inscenizacji "Turka we Włoszech", którego premiera już 4 marca w Operze Krakowskiej.

Mateusz Borkowski: W operze debiutował Pan w 1984 roku "Orfeuszem i Eurydyką" Ch. W. Glucka.

Włodzimierz Nurkowski: - Pierwsze moje przygody z Operą Krakowską zaczęły się w czasach, kiedy próby odbywały się w różnych dziwnych salach przy ul Senatorskiej - m. in. W gabinecie dyrektor Ewy Michnik albo w sekretariacie. Niedługo po "Orfeuszu i Eurydyce" wyreżyserowałem jeszcze "Tetydę na Skyros" Domenica Scarlattiego, a następnie "Eugeniusza Oniegina" Piotra Czajkowskiego. Potem miałem dosyć długą przerwę.

Do opery trafił Pan przez przypadek?

- Nie do końca. Mogę powiedzieć, że byłem w tamtym czasie wziętym reżyserem Poza tym jestem płytomanem. Niektórzy mówią, że mam prawdopodobnie największą płytotekę w Polsce południowej. Uważam, że nie ma lepszego widowiska teatralnego niż znakomicie wystawiona opera. To dla mnie najwyższa forma ekspresji teatralnej. Pod warunkiem, że wszystko jest wspaniale zsynchronizowane, doprowadzone do perfekcji, bez fałszów i bez ustępstw na rzecz tzw. konwencji. Najgorsze, co może spotkać człowieka, to źle wystawiona opera. Oczywiście niektórym melomanom to nie przeszkadza, po prostu przychodzą, siadają, zamykają oczy i słuchają. Ale przyznam, że po wystawieniu "Ariadny na Naxos" udało mi się przekonać wielu kolegów, którzy nigdy wcześniej w operze nie byli, uważając tę formę za coś strasznego. Po spektaklu byli przejęci i nie mogli uwierzyć, że śpiewacy mogą grać, tak jak świetni aktorzy.

Ostatnio częściej reżyseruje Pan w operze niż w teatrze.

- Po 40 latach pracy jestem już trochę zmęczony teatrem mówionym, tym bardziej że zwykle właśnie takie sztuki robię. Zawsze interesuje mnie jednak wytrącenie z pewnych kolein, nawet w tak oczywistym gatunku jak farsa. Z mojego doświadczenia jako widza farsa kojarzy się źle, z bardzo umownym aktorstwem. Tymczasem wcale nie musi tak być. Jestem zwolennikiem szkoły Raya Cooneya, który twierdzi, że tylko aktorzy tragiczni powinni występować w farsach, ponieważ mają szansę być jednocześnie naprawdę śmieszni i przejmujący. Mówię nie bez powodu o farsie i komedii, bo "Turek we Włoszech" to opera par excellence buffa, trochę nawet wyzywająca, z elementem parodystycznym. Antycypuje trochę dzieła Jacques'a Offenbacha, teatr absurdu i Monty Pymona. Choć sytuacje bazowe, zwłaszcza psychologiczne, są prawdopodobne. Jest stary, nieszczęśliwy mąż, który jest na granicy zejścia zawałowego z powodu licznych zdrad żony, którą mimo wszystko ciągle kocha. A ona mu umyka i zdradza niczym królowa karnawału. Życie dla niej to właśnie nieustający karnawał, czyli moment, kiedy wszystko wolno. To chwila odpuszczenia, otwarcia wentylu bezpieczeństwa, kiedy można zawiesić wszelkie normy. Akcję przenieśliśmy więc dosłownie w przestrzeń karnawału, w dodatku do Wenecji. U nas jednak będzie to lato. Karnawał to feeria kostiumów i nasze przedstawienie będzie nadzwyczaj kostiumowe, mimo że dziejące się współcześnie. Uznaliśmy, że ubieranie aktorów w kostium historyczny, żeby następnie przebierać ich w stroje karnawałowe, nie ma sensu. Zamiast tego wybraliśmy klasyczną współczesność, raczej tę z końca XX wieku. Nie będzie więc epatowania komórkami i laptopami.

Jednym z bohaterów jest wścibski Poeta, który szuka tematu na swoją operę i wszystko, na co się natknie, chce przełożyć na literaturę.

- W naszej inscenizacji to paparazzi. Nie wie do końca, czy to, co ma stworzyć ma być operą buffa, dramma buffa czy melodramatem. Szuka inspiracji i w związku z tym robi dokumentację. To przewrotna postać. Jako mitoman, narcyz i autokreator wyobraża sobie, że to on rządzi i tworzy. Mimo że jest manipulatorem, to w naszej realizacji jest w nim coś ludzkiego.

Za życia Rossiniego "Turek we Włoszech" nie odniósł sukcesu...

- Ponieważ nie spełnił do końca oczekiwań publiczności. Zwłaszcza po "Włoszce w Algierze", którą skojarzono z powodu tematyki z "Turkiem" i uznano za dzieło zbyt podobne. Nie ma tu aż tyle muzyki belcantowej, co we "Włoszce". Nie znam jednak drugiego tak doskonałego przykładu opery buffa w historii. To niesłychanie efektowne dzieło, trochę na granicy burleski, a trochę poza-gatunkowe. Trudno znaleźć przykład opery z tak opisową muzyką i takim zagęszczeniem wokalnej wirtuozerii. To także bardzo trudna w realizacji opera, która nie uda się, jeśli będzie zrobiona na pół gwizdka.

Na stoliku przed Panem widzę płytę ze słynnym nagraniem "Turka" z udziałem Cecilii Bartoli oraz orkiestry i chóru z mediolańskiej La Scali. Czy przy reżyserowaniu inspiruje się Pan innymi inscenizacjami?

- Staram sieje wszystkie oglądać. Nie tylko po to, by nie zarzucono mi, że coś skopiowałem, ale także, aby zobaczyć, co jest dobre, a co nie. Chcę wiedzieć, czym grozi takie czy inne rozwiązanie. Problem może powstać wtedy, kiedy zobaczy się coś, co wydaje się rozwiązaniem idealnym. To może przyblokować. Na szczęście rzadko się to zdarza. Uważam jednak, że jeśli jakiś element został dobrze zrobiony i jest optymalny, to czemu nie zrobić tego podobnie? Jeśli zakładamy, że musimy zrobić coś koniecznie zupełnie inaczej, to może się to okazać pułapką.

A jeśli się nie uda? Ma Pan takie nieudane spektakle na koncie?

- Pewnie tak. Zależy też, w jakim stopniu coś się może nie udać. Nigdy inscenizacja nie jest do końca skażona ani do końca udana. Każda jest kompromisem, np. czasu, który ma się do dyspozycji pieniędzy, którymi się dysponuje, i obsady. My możemy mieć poczucie rzetelnie wykonanej pracy, ale to widz ocenia skuteczność. W młodości robiłem rzeczy, które dzisiaj prawdopodobnie by mnie żenowały, a które wtedy były sukcesem. Miałem dobre recenzje, poczucie misji i byłem strasznie spięty. Uważałem, że teatr powinien zmieniać świat, być brzytwą przykładaną między oczy. Dziś jestem kompletnie wyluzowany. Z tego też względu nie mogę oglądać takiego typu teatru, jaki oferuje dziś np. Stary Teatr.

W operze też panuje tendencja, żeby wszystko wywracać.

- Ale ja nie jestem przecież jakimś mamutem, który trzyma się konwencji [śmiech]. Wprost przeciwnie, sądzę, że staram się robić teatr nowoczesny. Po prostu nie mam ochoty na teatr, który będzie pokazywał zwierciadło i pruł bebechy. Oglądając wiele spektakli mam wrażenie deja vu, bo większość reżyserów rozprawia się ze swoimi traumami. Też taką fazę przeżywałem, ale byłem z innego pokolenia. To był teatr, w którym fascynowano się Grotowskim, mistrzami byli Jarocki i Swinarski. Spektakle robione były perfekcyjnie, aż do granic bolu. Dziś panuje moda na teatr z premedytacją niechlujny i byle jaki. W dużej mierze nie liczy się metier i najlepiej, kiedy aktorzy nic nie grają. Na szczęście nie jest to do końca możliwe w operze - w końcu wszystkie nuty trzeba wyśpiewać. Choć parę takich inscenizacji również w swoim życiu widziałem.

Mateusz Borkowski
Dziennik Polski
1 marca 2016

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia