W imię ojca & syna

"Śpiewak jazzbandu" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie

Jak nie lubisz musicali, to łaski bez! Bo co tracisz, nie wiesz. Też nie lubiłem, bo też nie wiedziałem. Niby tego nie lubimy, my - Polacy, tego - musicali, bo to raczej Broadway, Stany, a u nas teatry robi się inaczej, nie tak komercyjnie. Tylko od kiedy amerykańskość to jest jakiś problem w Polsce? Musical to nie jest "rdzennie polska" forma sztuki, ale która jest? Trollowanie?

Czym "Chicago" było najpierw: filmem czy musicalem? Najpierw miastem, oczywiście, ale wiecie, o co pytam. Otóż najpierw było tym drugim, jakkolwiek dziwnie by to brzmiało. Gdy Wojciech Kościelniak wystawia "Chicago", nie inscenizuje filmu (odwrotność "ekranizacji"), a robi normalnie, "wedle przykazania". Krakowskie "Chicago" (czytaj: cikago) jest do przełknięcia i do wytrzymania - i do obejrzenia (Krakowski Teatr Variété). Teatr muzyczny ubogi, oparty na numerasach i na niczym więcej, pozbawiony rokokoko, ale jak ubogi, to nieprzesadzony. Nie płaciłbym za bilet 120 złotych, wyceniam na 50, na 60 góra.

W mieście stołecznym niekrólewskim bardziej się postarał albo miał lepsze waruny. Zresztą dobre musicale powstają jakby eksterytorialnie, wszystkie jakby na Broadwayu. Warszawski "Śpiewak jazzbandu" lepszy od "Chicago".

"The Jazz Singer", zanim był pierwszym filmem nieniemym, był dziełem scenicznym i miał wtedy tytuł "The Day of Atonement", czyli "Dzień Przebłagania", czyli "Jom Kipur". Ocieplono tytuł i zrobił karierę. To jakby wziąć "Wielki tydzień" Wajdy i przerobić na "'Allo 'Allo!", w końcu też o wojnie. "Śpiewak jazzbandu" w Teatrze Żydowskim w jakimś sensie twierdzi, że jest prapremierą.

Młody mężczyzna żydowskiego pochodzenia chce zrobić karierę i ma do wyboru dwa rodzaje show-biznesu: parafialny i prawdziwy. A show-biznes i judaizm to niekoniecznie, nawet w tamtym czasie, było jedno i to samo. Będzie śpiewał, to wiadomo, tylko gdzie? - pytanie. Albo w synagodze, albo na Broadwayu, jest też trzecia droga, wschodnioeuropejska: NIGDZIE, ale nie będę spojlował.

Bohater przeżywa "drugą falę feminizmu": napięcie na linii rodzina-kariera.

Pisze list do mamy z tego robienia kariery i gdy ona go nam śpiewa (listy śpiewające), nie wiem, jak Państwo, ale ja się popłakałem! I bynajmniej nie ze śmiechu. Chytało za serce... Matka tęskniąca za dzieckiem, która zawsze będzie czekać i wszystko wybaczy, ojciec się ze synem pożre, a ona przecierpi i jednego, i drugiego (skąd ja to znam) (skąd Państwo to znają) - to jest tak zwany archetyp, czyli temat na maturę. Na to wygląda, że w każdym kraju mają swoją "matkę Polkę", na przykład jidysze mamę. Szczerze kochającą i martwiącą się o wszystko.

Ojciec żre się z synem, bo syn miał być ojcem, miał ciągnąć tradycję rodu, wielkim kantorem miał zostać (kantor to śpiewak, nie kasjer w kantorze), a on swe nazwisko włóczy pośród aktoreczek! Tu pojawia się temat: konflikt syna z ojcem. Nie wiem, czy ojcowie mogą mieć z synami cokolwiek innego (nie wiem nawet, czy powinni). Gdy tata śpiewa "Kol nidre", pieśń otwarcia na Jom Kipur, również się wzruszyłem.

Dramatyzm Jom Kipur, Święta Pojednania, proszę zrozumieć na takim przykładzie. Franz Rosenzweig, wielki myśliciel żydowski (por. "Gwiazda zbawienia"), chciał się ochrzcić, porzucić judaizm i już był w ogródku, już witał się z gąską, ale zaszedł na "Kol nidre" do jakiejś małej, biednej synagogi. Dość powiedzieć, że po wyjściu już nie miał takich pomysłów. Przeżył COŚ i został żydem w znaczeniu "pozostał". Dla żydów Jom Kipur jak dla nas Wigilia.

Kiedy w "Śpiewaku jazzbandu" ojciec stawia ultimatum, że albo zaśpiewasz na wieczór Jom Kipur, albo koniec z nami (a w ogóle to umieram), a tymczasem impresario naciska podobnie, tylko w drugą stronę (Broadway), można zrozumieć, że protagonista jest w poważnej dupie. Mam nadzieję, że z tą wiedzą się Państwo poryczą, gdy będzie ta scena.

Nie dość, że musical, to w ogóle o śpiewaniu. Jakby zrobić "porno w porno", a to porównanie nie jest wcale tak dowolne, bo teoria filmu twierdzi, że musicale mają strukturę filmów dla dorosłych: skąpa fabuła przedzielana numerami.

Widać, że Kościelniak, musicalotwórca, robi to, co robi, od już bardzo dawna: nie że pajęczyna, ale zawodowstwo. Musical należy przede wszystkim zrobić, również w znaczeniu "odstawić": ma być ładna i sensowna, i praktyczna scenografia, ma być ergonomia, to znaczy takie choreo, żeby się aktorzy nie pozabijali, i mają czysto zaśpiewać. A wiecie, co śmieszne? Granie samo przyjdzie. Teatr tak szczelnie zaprogramowany, tak dopięty, dopieszczony nie daje miejsca na niedobre granie. Tak "opinająca" forma to niegłupi pomysł. Emocje wychodzą same jak cycki z góry gorsetu.

Nareszcie forma nieoszczędzająca na pogłowiu. Jak ma być tłum, to jest. Dużo młodych ciałąt i ogólnie w musicalach dominują świezi. Bo kto połączy taniec ze śpiewem i brakiem zadyszki? I żeby make-up nie spłynął.

Ramą spektaklu jest taśma filmowa, oddzielająca scenę od widowni, ze ścieżką dźwiękową w dole. Aluzja do pierwowzoru, potem ładnie pociągnięta, gdy grają sekwencje nieme jak z niemego kina. My siedzimy przed ekranem, oni ze swej strony również przed ekranem. Dzieło w gatunku judeonostalgic, por. "Dawno temu w Ameryce" o żydowskiej mafii z Robertem De Niro. Chodzi o judaizm ortodoksyjny, czyli taki, w którym obcej kobiecie mężczyzna nie poda ręki. Show jest po researchu i ma "konsultantkę ds. żydowskich". Dobre chorełki zbiorowe.

Wraca retro, bo co innego może retro robić? Na przykład Witkowski pisze powieść przedwojenną. Z drugiej strony możliwe, że w musicalach retro nigdy nie odeszło i że z własnej perspektywy one nie są żadne vintage. To jak z Kościołem, który nie rozumie zarzutów o "średniowiecze" i można zrozumieć, czemu nie rozumie.

Wieczór niepolityczny i nietraumatyczny. Pisanie o takich dziełach jak "Śpiewak jazzbandu" to jest sama rozkosz i sam brak wysiłku, bo one nie są podwójnie kodowane. Nic nie trzeba wyczytywać, nic tłumaczyć i wypacać - ogląda się samo. Szkoda, że wcześniej tego nie widziałem. Wpisałbym jako "najlepszy spektakl muzyczny" w posezonowej ankiecie miesięcznika "Teatr".

Produkcja - Teatr Żydowski. Niedługo kończą 70 lat, a materia nieożywiona tym się różni od ożywionej, że lubi się chwalić wiekiem, więc będą obchody. "Śpiewaka" grają w Klubie Dowództwa Garnizonu Warszawa, al. Niepodległości 141a, w dniach 3-6 i 19-20 października. Najtańsze bilety - 45 zł. Do chwili publikacji tego artykułu Klub nie odpowiedział, po ile wejściówki.

Bardzo dziękuję Bibliotece Kraków, filia numer 21 koło Biprostalu. Mam awarię kompa ("Carlos mi spalił", cyt. za "Pretty Woman") i tekst pisałem u nich w czytelni. Gdyby nie Wy (załamanie głosu), musiałbym na telefonie. Nawet mi colę pozwolili łoić, napój gazowany z cukrem! Wiem, że to niezdrowe, ale tym niezdrowsze, że nigdzie niezakazane: piję i na przedstawieniach, i podczas pisania o nich, i nawet w kościele, jak se stanę za filarem. Palacze, zazdrośćcie.

Maciej Stroiński
Przekrój online
18 września 2019

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski