W imię Ojca

"Ojciec" - reż: Agata Duda-Gracz - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Poszukiwanie Absolutu jest celem życia ludzi wierzących, jednakże kiedy dochodzi do tego chęć podjęcia próby zmierzenia się Nim - już nie jako twór, ale jako Stwórca - nie mamy wątpliwości, że będzie to prowadzić do zguby. W momencie, gdy rzeźbiarz (Tomasz Międzik) ze sztuki Teatru Słowackiego "Ojciec" dostaje zlecenie, na które czekał od zawsze - wyrzeźbienie ukrzyżowanego Chrystusa - do pracy nie wystarczają mu już zwykłe środki, a codzienna egzystencja staje się katorgą. Bo jak można ze sztucznego materiału stworzyć coś na kształt Boga?

Agata Duda – Gracz od razu wprowadza widza w sytuację sceniczną. Stajemy się świadkami procesu twórczego w żywej pracowni artysty. Żywej dlatego, że z każdej strony bystro spoglądają na nas rzeźby–ludzie, w których role wcieliła się trójka aktorów (Teresa Lipinski, Maciej Nerkowski, Sławomir Rokita). Patrząc na ów „chór” przychodzi nam na myśl skojarzenie z biblijną Trójcą Święta, a symbolika liczby trzy będzie wielokrotnie przewijać się w przedstawieniu w różnych formach. Dodatkowo, jako świadkowie pracy rzeźbiarza jesteśmy sami poddani ocenie – zostajemy wyszydzeni przez ruchome rzeźby. Czyżby czekał nas taki sam los?

Tak naprawdę temat artysty i twórczości jest tylko pretekstem, a spektakl „Ojciec” w swej wymowie kandyduje do grona sztuk ważnych, które chcą mówić o życiu i być jego metaforą. Bo wszystko jest tu symboliczne – drążenie w materiale twórczym to nie tylko poszukiwanie, ale też codzienne „dzianie się”, to ludzka egzystencja, która jest jak kamienista droga, na której ciągle się potykamy. Ale już wychodzenie poza ten materiał to próba sięgnięcia po zabronione, chęć dotknięcia nieuchwytnego, Boga, przejęcia Jego roli, to zabawa w Stworzyciela. Rzeźba ukrzyżowanego Chrystusa symbolizuje ostateczność.

Można odnieść wrażenie, że reżyserka zapragnęła ze swojej sztuki uczynić parabolę. Niestety nie jest to proste do zrealizowania na scenie. Efekt, jaki osiągnęła, to na wpół żywi, na wpół martwi bohaterowie – marionetki pozbawione wolnej woli, ciągane po scenie za sznurki za dużych koszul. Zabieg ten doprowadził do tego, że same sytuacje stały się mocno zeschematyzowane, „typowe”. Mamy więc nieco stereotypowo przedstawione stosunki mąż – żona, ojciec–córka, kobieta–mężczyzna, artysta–dzieło. Relacje są przerysowane, wychodzą poza zdrowe granice, na scenie panuje zezwierzęcenie i szeroko pojęta „monstrualność”. W dodatku wszystko podąża w jednym kierunku – kierunku śmierci. To, czego doświadczamy, to nocna mara, koszmar, który łączy się z życiem tak bardzo, że nie jesteśmy już pewni czy to jawa, czy sen.

 „Ojciec” jest pięknym obrazem, który oglądamy ze wszystkich stron; możemy poczuć się nie jak w teatrze, ale jak w galerii sztuki – śledzimy proces powstawania spektaklu–obrazu, próbowania, zmagania się ze sobą aktorów, by na końcu powstał rys pasji, czyli scena ukrzyżowania. Lecz ostatnia scena, która powinna być apogeum, jest niemożliwa do zrealizowania. A zamiast planowanego szoku, dostajemy pustkę, jakieś niedokończenie, bo coś nie wyszło. Scena cierpienia nie udała się, nie sięgnęła absolutu. Reżyserka przez cały spektakl dążyła do przekroczenia granicy, a w najważniejszej scenie pomysł nie wypalił. Zamiast prawdziwych uczuć pojawia się pozorność. Duda-Gracz tylko na niby rzuca wyzwanie religii. Szkoda.

Karolina Kiszela
Dziennik Teatralny Kraków
4 czerwca 2012

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia