W małym dworcu

"Dwanaście stacji" - reż: Eva Rysova - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Dwanaście stacji" to efektowna i rozbuchana lokomotywa działań scenicznych. W natłoku konwencji i gagów ginie jednak uroczy i błyskotliwy tekst, na którym spektakl jest oparty.

„Dwanaście stacji” Różyckiego ma w sobie błyskotliwy humor, pozorną lekkość i niebanalną konstrukcję. W zgrabnej i ciekawej formie zawiera współczesny epos polskości, w rezolutnej zabawie słowem przenosi tyleż sensu, co „Pan Tadeusz”, ba, nawet więcej - to echo narodowej epopei, które sensy zwielokrotnia i niesie je coraz dalej i dalej. Jest bowiem bliższa nam - współczesnym prowincjonalnym pijaczynom i mieszkańcom cywilizowanych miast, pachnących „postindustrialną rozpierduchą”. To wykoślawiony polski świat, który ma w sobie ogrom czułej patologii i krytycznej prostoty, na które nie sposób patrzeć bez sentymentu i uśmiechu. To wszystko starali się ująć twórcy spektaklu w Teatrze Starym - reżyserka Eva Rysova i dramaturg Mateusz Pakuła. Zadanie karkołomne nie tylko ze względu na trudność oddania atmosfery, ale i pozorną statyczność tekstu. Próbowano więc na wszelkie sposoby - trochę powagi, trochę rubasznego humoru, wyjście do widza, projekcje wideo, muzyka, monologi, improwizacje… Trochę sentymentu, trochę dramatyzmu, zabawy słowem i teatralną formą. Podsumowując myślenie twórców - trochę się udało, trochę nie.

Pojemny jest sentymentalny worek, który nazwać możemy polskością. Mieszczą się tam i tradycyjne polskie dania serwowane na babcinych obiadkach, i zabawy na podwórku z kolegami, wiecznie pijane popegeerowskie wsie i krajobrazy oglądane przez brudne okno PKP. Reżyserka na każdy z tych elementów znalazła inny teatralny sposób. Jest w tym przyjemność z obcowania z teatralną wariacją środków, jednak nie mogłam się pozbyć przekonania, że znaczeniowo jest to puste. Efektowna muzyka, przepiękne śpiewy, genialna scenografia w żaden sposób nie poszerzają sensu ani nawet nie próbują znaleźć sposobu na tekst Różyckiego. Nawiązanie do fabuły jako trasy pociągu przejawia się tylko w oznajmianiu kolejnego aktu w konwencji dworcowej, robiąca wrażenie scenografia jest tylko miejscem dla umieszczenia kolejnych, licznych gadżetów, wykorzystywanych w gagach i zmiennych konwencjach. Jest w tym teatralna uroda, ale z czasem przychodzi także znużenie. W pewnym momencie nieznośna robi się konwencja narratora, spoglądającego wciąż z projekcji wideo i strojącego miny, choć z początku pomysł literackiego demiurga, kierującego z ekranu bohaterem, wydawał się świetnym rozwiązaniem dla trudnego przełożenia tekstu na scenę.

Trzeba jednak przyznać, że z ogromu nieraz niespójnych i chaotycznych teatralnych chwytów przeziera co jakiś czas trafione rozwiązanie, błyskotliwa puenta, sentymentalny urok. Wiktor Loga-Skarczewski budzi ogromną sympatię jako stłamszony wnuk, pałętający się po polskich wsiach, aby zebrać całą rodzinę w szczytnym celu. Świetna jest scenografia Joanny Jaśko- Sroki, która nie tylko wiarygodnie i z niezwykłą atmosferą oddaje aurę starego dworca, ale skrywa w sobie kolejne przestrzenie, które robią wrażenie na tak małej scenie. Przede wszystkim zaś broni spektaklu zakończenie, które, co prawda nieznośnie ocierając się o kicz, broni sensu i wydźwięku całości, jest efektowne i wręcz wzruszające. Jest to memento mori polskości, tęskne spojrzenie za światem, który zostaje w tyle, podczas gdy my poruszamy się pędzącym pociągiem do kolejnych stacji rozwoju cywilizacyjnego. To ciepłe spojrzenie na nierozerwalne rodzinne więzy, skromne dziwactwa, ludzką ułomność. Do ukazania takiej nastrojowości wcale nie potrzeba rozbuchanej lokomotywy działań scenicznych i dowcipów.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
23 stycznia 2010

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...