W poszukiwaniu tożsamości

"Walizka" - reż. Dorota Ignatjew - Teatr Żydowski

Trudno wyobrazić sobie spektakl o Holokauście, w którym motywem muzycznym jest francuski przebój „Szabadabada”. Właśnie takie zaskoczenie zgotowali widzom twórcy spektaklu „Walizka” zrealizowanego w Teatrze Żydowskim. Przygnębiający świat rozpaczy i traumy związanej z Zagładą przeplata się z lekkim (może chwilami zbyt lekkim) światem romansu i paryskich kawiarenek…

Publiczność śledzi dwutorową opowieść: losy Fransua Żako (Marek Węglarski) odbywającego najważniejszą podróż swojego życia do Muzeum Zagłady oraz historię rodzącej się miłości narratora (Piotr Sierecki) do Żaklin (Joanna Rzączyńska).

„Walizka" to, jak pisze autorka tekstu Małgorzata Sikorska-Miszczuk, sztuka o wierze w uzdrawiającą moc prawdy. Fransua Żako od lat czuje się tak, jakby miał pół serca i pół płuca. Nie umie oddychać pełną piersią, ponieważ nie zna swoich korzeni. O ojcu, Leo Pantofelniku, wie tylko tyle, że zginął w Auschwitz, gdy Fransua miał trzy lata. Ponieważ nie wie, kim jest, wyznaje wszystkie religie: czci Buddę, pości i podczas ramadanu, i w Jom Kipur. Pozbawiony tożsamości funkcjonuje jak automat (co widać w jego sposobie poruszania się i dystansie wobec spraw, które go dotyczą) i nie radzi sobie w relacjach interpersonalnych. Jak mówi jego żona, z którą jest w separacji, Fransua nie ma kontaktu z własnym wnętrzem. Wszystko się zmieni, gdy dotrze do Muzeum Zagłady...

Właśnie od tego zaczyna się przedstawienie grane w foyer, którego kształt imituje peron (interesująca scenografia Rafała Sisickiego). Widzowie siedzą w trzech długich rzędach naprzeciwko sterylnie białej ściany przypominającej wagon pozbawiony okien, taki, jakimi w czasie wojny, „nazwiska, które brały walizki, jechały w nieznane". Na chwilę staje się on nawet Ścianą Płaczu, gdy Fransua Żako wkłada tam list zaadresowany do nieżyjącego ojca. Wierzy, że korespondencja trafi do nieba, i wkrótce dostaje znak od ojca: w Muzeum Zagłady odnajduje jego walizkę, jeden z trzech zachowanych francuskich bagaży wypożyczonych z obozu Auschwitz.

Przeciwwagę dla apoteozy prawdy, która chwilami wydaje się zbyt uproszczona i przesłodzona, stanowią niewiara i zwątpienie, na szczęście także obecne w spektaklu. Wątpliwości dopadają Fransua Żako w chwili, gdy ma otworzyć walizkę ojca. Skłania go do tego dopiero spotkany w kawiarni Sfrustrowany Bruno – Poeta Współczesności (Jerzy Walczak).
W przedstawienie wyreżyserowane przez Dorotę Ignatjew wpisany jest dyskurs na temat sensu kultywowania pamięci. Czy służy ono tylko rozdrapywaniu ran i wzmaganiu cierpienia, czy też jest niezbędne do tego, by móc zacząć żyć pełnią życia? Dla Zrozpaczonej Przewodniczki Muzeum Zagłady obcowanie z rzeczami tam zgromadzonymi i ludźmi, którzy za wszelką cenę chcą rozpoznać w nich pamiątki po bliskich, jest nie do wytrzymania. „Wyrzućmy to wszystko, zakopmy i spalmy, przestańmy pamiętać, to nic nie daje, poza tym, że ja jestem wrakiem człowieka" – apeluje bliska obłędu kobieta, która zdecydowała się odejść z pracy. Dostrzeże jej sens, gdy się przekona, że Fransua Żako naprawdę odnalazł walizkę ojca, a wraz z nią utraconą tożsamość. W symbolicznej scenie – jedynej, w której widzimy Leo Pantofelnika (Henryk Rajfer) – ojciec i syn stoją odwróceni do siebie plecami. Leo Pantofelnik wciąga do płuc cyklon B i w tej samej chwili Fransua, zachęcany przez ojca, po raz pierwszy w życiu bierze głęboki oddech.

Równie trudno jednak, jak kwestionować uzdrawiającą moc prawdy i wagę odzyskania tożsamości, jest uwierzyć w ich natychmiastowe działanie, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dlatego utrzymany w konwencji happy endu finał, w którym dowiadujemy się, że Przewodniczka wraca do pracy w Muzeum Zagłady, a narrator radośnie obwieszcza, że Fransua znów zamieszka z żoną, można uznać zbytnie uproszczenie.

Kinga Szafruga
Dziennik Teatralny
28 listopada 2013
Portrety
Dorota Ignatjew

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia