W środku słońca gromadzi się cierpienie

"W środku słońca gromadzi się popiół" - reż. Wojciech Faruga - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Spektakl "W środku słońca gromadzi się popiół" nosi znamiona instalacji w galerii sztuki współczesnej. Jednak w przeciwieństwie do niektórych takich dzieł, jałowych i pustych, w przypadku najnowszej produkcji Starego Teatru zdecydowanie warto się na chwilę zatrzymać, wyciszyć i posłuchać, co twórcy mają do powiedzenia.

Skojarzenia spektaklu Wojciecha Farugi z instalacją buduje przede wszystkim strona wizualna oraz ścieżka dźwiękowa. Pusta, pozbawiona rekwizytów scena zbudowana została z szarej perforowanej blachy, tworząc zamknięty sześcian, otwarty jedynie po stronie widowni. W tej niby-klatce poruszać się będzie czwórka aktorów: Małgorzata Gałkowska, Dorota Segda, Paweł Kruszelnicki i Błażej Peszek. Intensywne światła, atrakcyjnie wkomponowane wizualizacje oraz urywane dźwięki (przypominające hałas wytwarzany podczas trzęsienia ziemi) tworzą koherentną przestrzeń sceniczną, bardzo nowoczesną i minimalistyczną.

Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Teatr Farugi zaczyna się od hitchcockowskiego trzęsienia ziemi. To pożar bloku, w którym ginie kobieta. W następnej scenie policyjny psycholog prosi osieroconą córkę o zidentyfikowanie spalonego ciała. "Musisz potwierdzić, musisz zidentyfikować, potrzebujemy tego potwierdzenia" - słyszy. Dziewczyna nie wierzy, że garść szarego pyłu to wszystko, co pozostało z jej matki

Reżyser zdaje się mówić, że z podobnie traumatycznymi sytuacjami borykają się ludzie na co dzień. Może to brzmieć banalnie, ale spektakl na szczęście wymyka się prostym rozwiązaniom. Mimo że bohaterowie "W środku słońca" znajdują się w sytuacjach granicznych, takich jak wypadek samochodowy, choroba nowotworowa, śmierć w płomieniach, twórcy spektaklu tworzą wiarygodne historie, wycinki, z ich naznaczonej tragedią rzeczywistości. Przez twórców spektaklu akcja określona została jako "za pięć dwunasta", kiedy każda z postaci przeżywa swój prywatny koniec świata. Zamknięta scena,

z której - jak się wydaje - nie ma ucieczki, uwypukla bezsilność wobec choroby czy śmierci, która stanie się cechą dominującą czworga bohaterów przedstawienia.

Dramat Artura Pałygi nie operuje klasyczną narracją; to raczej filozoficzna opowieść o ludzkim cierpieniu, będąca próbą analizy rozumienia końca świata przez współczesnego człowieka. Z trudnego tekstu Pałygi, nagrodzonego Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną, Pawłowi Sztarbowskiemu udało się zbudować konsekwentną fabułę. Dokonując sporych skrótów, wyłuskał najistotniejsze kwestie, przekształcając je w teatralnie spójną całość. Cięcia okazały się skuteczne, spektakl trwa niewiele ponad godzinę, a reżyser niemal przez cały czas trzyma widza w napięciu, którego wcale nie rozładuje w finale. Wychodzimy z teatru z poczuciem podskórnego niepokoju.

W spektaklu nakładają się na siebie różne poziomy rzeczywistości. Rzuceni na głęboką wodę aktorzy, całkowicie pozbawieni rekwizytów (nie licząc paczki papierosów), wykonali dużą pracę. Grając po kilku bohaterów, znajdujących się w różnych miejscach i w różnym czasie, potrafią przykuć uwagę mimo pozornej błahości dialogu. Słowa padające ze sceny to niezmiennie zdania urywane, powtarzane, wykrzyczane lub szeptane. Ich intensywność, wzmocniona poprzez efekty dźwiękowe, dobudowuje dodatkowe piętro znaczeń. Często nie ważne jest to, co aktor mówi, ale jak mówi. Stany emocjonalne bohaterów spektaklu przechodzą od spazmu do głębokiego letargu. Mocna scena snu o rozpadzie świata w wykonaniu Małgorzaty Gałkowskiej połączona z ostrymi światłami, skierowanymi wprost na widownię, buduje uczucie silnego niepokoju i jest chyba jedną z najlepszych w całej inscenizacji.

Nie wszystkie sceny są tak dobrze wyreżyserowane, znalazło się u Farugi kilka nieczystych tonacji. Warto jednak pochwalić twórców za konsekwentny minimalizm, nic w tym widowisku nie jest rozbuchane czy przejaskrawione. Nie ma niepotrzebnych interakcji z widownią, brak tu ostatnio bardzo nachalnej teatralnej nagości. Dobrym pomysłem było umieszczenie spektaklu na małej scenie. Możemy być bliżej, dotknąć prawdziwego aktorskiego teatru w niekonwencjonalnej, współczesnej przestrzeni, gdzie ludzkie cierpienia i traumy silnie oddziałują na widza. Chcąc czy nie chcąc wnikamy w mikrokosmos zaproponowany przez Farugę. Skonfrontowani z sytuacją przedstawioną w dramacie czujemy się z jednej strony bezsilni, z drugiej rodzi się w nas współczucie.

Marcin Miętus
www.rozswietlamykulture.pl
5 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia