W Teatrze Rozrywki, to repertuar muzyczny porusza poważne kwestie

Rozmowa z Dariuszem Miłkowskim

Uprawianie teatru i wykorzystanie umiejętności tkwiących w zespole daje nową jakość sztuki, zwłaszcza musicalu. Dobrze widać to w „Położnicach Szpitala Świętej Zofii", gdzie Paweł Demirski i Monika Strzępka z absolutną fascynacją wykorzystali muzykę, jako element konstrukcji dla spektaklu, odrzucając przy tym amerykański model budowy widowiska muzycznego.

Z Dariuszem Miłkowskim, dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Rozrywki w Chorzowie, rozmawia Ryszard Klimczak.

Ryszard Klimczak: To pana ostatni sezon artystyczny w Teatrze Rozrywki na podstawie obecnego kontraktu. Czym kierował się pan podczas przygotowań do niego?

Dariusz Miłkowski: Przede wszystkim sytuacją ekonomiczną Teatru. Zeszły rok nie był najlepszy, w obecnym sezonie kwestia finansowania również mogłaby się przedstawiać lepiej. Niemniej musiałem pamiętać, żeby 1/3 budżetu zostawić komuś, kto przejmie po mnie stanowisko. Nie jest też tak, że kończę, żegnam się z pewnymi projektami. Ja je w naturalny sposób kontynuuję, prowadząc ku finałowi.

A konkretnie?

Przygotowaliśmy musical, który w latach '60 XX wieku cieszył się wielkim powodzeniem, a który niedawno z sukcesem wrócił na scenę West Endu. To klasyczny musical, którego tytuł został przełożony na język polski, jako „Jak odnieść sukces w biznesie nie przemęczając się". Na brytyjskiej scenie w główną rolę wciela się Daniel Radcliffe, kreujący postać pnącego się po szczeblach kariery młodzieńca. Przesłanie tego widowiska uaktualniło się, od kiedy nasza rzeczywistość tkwi z lekka w korporacyjnych ramach. Spektakl ma bardzo klasyczną warstwę muzyczną, jego realizacją kontynuujemy powrót do nurtu klasycznego musicalu, dlatego wierzę, że część publiczności będzie zadowolona. Premiera w naszym teatrze odbyła się w czwartek 16 listopada. To idealna data.

Dlaczego?

To rozsądne. Przygotowanie do premiery zajmuje sporo czasu. Wchodząc w okres ostatnich prób jesteśmy zmuszeni do zamknięcia teatru na tydzień – począwszy od poniedziałku, kiedy planujemy premierę na sobotę. Wybraliśmy inne rozwiązanie. Zdecydowaliśmy się zamknąć teatr nie od poniedziałku, a od czwartku. Dzięki temu zyskujemy więcej czasu na próby w weekend, na trzy robocze dni tygodnia przypadają próby generalne. Premiera w czwartek gwarantuje nam, że żaden z okolicznych teatrów nie jest dla nas konkurencją w danym dniu.

Interesujące podejście.

Zaobserwowałem, że wiele osób, które chodzą do teatru, traktuje pojawienie się w nim w sobotę czy w niedzielę, jako obowiązek. Od jakiegoś czasu na weekend są planowane inne rozrywki, których nie można zrealizować w trakcie roboczego tygodnia. Do teatru można iść na przykład we wtorek, po prostu kładąc się spać później.
Już pracujemy nad koncertem sylwestrowym i karnawałowym. Na koniec sezonu planujemy przedsięwzięcie pod kierunkiem Andrzeja Bubienia, które będzie bazowało na przebojach operetkowych najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli tego gatunku. Na scenie usłyszymy zarówno kompozycje Straussa, Kálmána, Lehára, Offenbacha. Małgorzata Sikorska-Miszczuk oraz Andrzej Bubień przygotowują właśnie scenariusz tego widowiska i jeszcze nie zdradzili mi, o czym będzie ich opowieść. Na pewno nie będzie to historia lekka i prześmiewcza, choć w warstwie muzycznej wykorzystamy formę muzyczną, która z tym właśnie się kojarzy. Wykorzystujemy walor naszego zespołu, jakim jest ogromna ilość artystów, którzy umieją posługiwać się różnymi technikami śpiewu. Pracy nad takim projektem to czysta radość!

Z jakimi twórcami zdecydował się pan współpracować w obecnym sezonie artystycznym?

Najnowszą musicalową premierę reżyseruje Jacek Bończyk, jej muzyczną stroną zajmuje się Mateusz Walach, wokalną Ewa Zug, choreografię stworzył Jarosław Staniek. Zgłosiła się do mnie również Ewelina Marciniak. Ten fakt bardzo mnie cieszy. Młoda, zdolna, awangardowa artystka ma własną propozycję. Sprawia mi ogromną radość, że zdecydowała się wykorzystać scenę naszego Teatru i naszą orkiestrę. Sam pomysł spektaklu bardzo mnie zainteresował, od razu się zgodziłem.

Jaki to pomysł?

To przedstawienie o Stańczyku, królewskim błaźnie. Tekst wykorzystany w spektaklu właśnie się tworzy, ma być to mocno osadzona w muzyce sztuka. Co mnie najbardziej zainteresowało, to właśnie pomysł. Wykorzystanie postaci, która jest bardzo w Polsce rozpoznawalna. Nie był to typowy błazen, żaden z tych, jacy występowali na dworach europejskich. Jego zadaniem nie było wyłącznie rozweselanie zgromadzonych na ucztach możnych. Stańczyk nie pozwalał przede wszystkim na znęcanie się nad sobą. Miał królewskie zezwolenie na wypowiadanie się, zwłaszcza na tematy zaobserwowane dookoła siebie, w otaczającej go rzeczywistości. To trochę jak przypadek Moliera na dworze Ludwika XIV. Pisarz był chroniony przez francuskiego władcę. Z „mitu stańczykowskiego" można odczytać, jakoby w obecnej chwili Stańczyk stawał się patronem tego odłamu polskiego teatru krytycznego, który ma do powiedzenia najwięcej, który walczy o siebie i nie pozwala zamknąć sobie ust, a który najchętniej zostałby zlikwidowany.

Sądzi pan, że taki spektakl będzie można odnieść do osób, które „są Stańczykami" w obecnej rzeczywistości?

Mam do Pani Eweliny spore zaufanie i uważam, że generalnie spektakl ten ma szansę zostać rozpoznawalnym. Podobnie jak rozpoznawalny jest smutek Stańczyka przedstawiony na obrazie Jana Matejki. Będziemy się doszukiwać prawdy i nowej interpretacji w sytuacji królewskiego błazna, przez pryzmat naszych dziejów. Mam przeczucie, że spektakl o Stańczyku zostanie wydarzeniem sezonu.

Czy spektakle muzyczne, musicale to dobry kierunek dla Teatru Rozrywki?

Jakiś czas temu próbowałem „rozłożyć" Teatr na dwóch szalach. Z jednej strony stawiając klasyczne musicale, który przez wielu młodych reżyserów jest doceniany przez wzgląd na szeroki wachlarz możliwości technicznych, które mogą być wykorzystane przy ich realizacji. Uprawianie teatru i wykorzystanie umiejętności tkwiących w zespole daje nową jakość sztuki, zwłaszcza musicalu. Dobrze widać to w „Położnicach Szpitala Świętej Zofii", gdzie Paweł Demirski i Monika Strzępka z absolutną fascynacją wykorzystali muzykę, jako element konstrukcji dla spektaklu, odrzucając przy tym amerykański model budowy widowiska muzycznego.

Ma pan poczucie, że odrzucanie, a raczej dostosowywanie amerykańskich wzorców kreacji musicalu do naszych potrzeb, narodziło się w Polsce i krąży wśród polskich adaptatorów, czy może przyszło do nas skądś indziej?

Uważam, że takie zjawisko zaistniało w Polsce przypadkiem. Owszem, mieliśmy w kraju tradycję śpiewogry, która niestety nigdy nie osiągnęła stanu popularności operetki czy opery, znikając w końcu ze scen polskich. Teraz tradycja muzyczności w teatrze powoli wraca do łask, tym bardziej, że coraz więcej twórców orientuje się, jak wielką siłę posiada teatr muzyczny, jako środek umożliwiający przekaz treści. Przez swoją popularność, zgromadzenie wielu grup publiczności, która rzadko ma możliwość spotkania się na jednej widowni. Musicale, spektakle muzyczne umożliwiają taki kontakt.
Piosenek i muzyki można używać w spektaklu w postaci lirycznych przerywników, ale można też traktować je jako punkty syntetyzujące akcję. W takim przypadku robi się puentę, która zostaje przedstawiona za pomocą piosenki. Taki przypadek mieliśmy w musicalu „Dyzma", który przygotowywał Wojciech Młynarski. Używał on piosenek na zasadzie kondensacji akcji. Dla mnie było to mistrzostwo. Nie wszyscy umieją pracować w ten sposób, on jednak wskazał drogę, którą warto podążać.
Bardzo chciałbym, aby spektakl o Stańczyku okazał się sukcesem. Przygotowanie go w muzycznej formie nie powinno stanowić problemów, a może tylko zwiększyć zainteresowanie widzów. Chcę doprowadzić do tej premiery i bardzo wierzę w to przedstawienie.

Czy oprócz wymienionych już projektów, planuje pan jeszcze inne, mniejsze?

Jak już wspominałem, przygotowujemy widowisko sylwestrowe i karnawałowe, choć nie jest to wcale mały projekt. Patronem tego przedsięwzięcia jest Jacek Cygan, ponieważ planujemy wykorzystać wyłącznie piosenki z jego tekstami. Mam jeszcze zamiary przygotowania dwóch projektów realizowanych na Małej Scenie, jednak plany rozbijają się o fundusze.

Czy jest szansa na jakiś dopływ dodatkowej „energii finansowej" dla Teatru?

Szukamy i próbujemy. Jednak na poruszanie tego tematu jest jeszcze zbyt wcześnie. Staramy się pozyskać sponsorów, nie mniej relacje pomiędzy nimi a instytucjami kulturalnymi są coraz bardziej skomplikowane. Z przedstawieniami teatralnymi zawsze łączy się ryzyko, zwłaszcza gdy są to prapremiery. Istnieją spektakle, których tytuły wskazują na sukces, znane z innych teatrów, funkcjonujące na scenach od lat. W przypadku przedstawień prapremierowych, nieznanych w Polsce, ich obecność w eksploatacji na danej scenie jest zazwyczaj krótsza. Przez to też trudniej znaleźć sponsorów zainteresowanych współpracą.

Prowadzi pan również inicjatywę, która związana jest z pomocą dla młodych twórców teatralnych.

Nazwaliśmy ten projekt „Obserwatorium artystyczne", obecnie była to już piąta edycja. Pragniemy, aby w inicjatywie brały zespoły niezinstytucjonalizowane, grupy, które dopiero się konstytuują. Obserwujemy coraz wyższy poziom zgłaszanych do nas pomysłów. Na ten projekt nie dostaliśmy dodatkowych pieniędzy, dlatego kwota, jaką dysponujemy na te zadania, nie jest wielka, a jednak przynosi jakieś wymierne korzyści. Prowadzimy „Szkołę teatru", czyli cykl lekcji dla młodzieży gimnazjalnej i licealnej. Są to spektakle, podczas których zajmujemy się kwestiami obecności tekstu w teatrze, aktora, muzyki, plastyczną stroną teatru. Próbujemy odkryć przed oczami publiczności składniki, jakie tworzą teatr. Chcemy edukować młodych widzów. Na potrzeby tej idei przygotowujemy wywiady z twórcami teatralnymi. Nagrywamy i rejestrujemy w formie video rozmowy ze znanymi artystami, którzy odpowiadają na nasze pytania. Podczas lekcji w teatrze używamy tych nagrań, aby wyjaśnić młodzieży pewne kwestie, na przykład „Jak reżyser traktuje tekst?" i prezentujemy wypowiedzi kilku zaproszonych wcześniej do rozmowy gości. W ramach tego cyklu prowadzimy warsztaty dla nauczycieli. Pragniemy, aby kolejna wizyta w teatrze młodych ludzi - już bez towarzystwa nauczycieli – wiązała się z posiadaną minimalną wiedzą.

Jaki gatunek dominuje w repertuarze Teatru Rozrywki?

W obecnej chwili w repertuarze widnieje dwadzieścia spektakli, które gramy od dawna. Główną bazą jest klasyczny musical, pozostała część jest różnorodna. Stawiamy na przedstawienia muzyczne, jeśli już sięgamy do teatru dramatycznego, to jest on farsowo-komediowy. W Teatrze Rozrywki, to repertuar muzyczny najczęściej porusza poważne kwestie.

___

Dariusz Miłkowski - urodził się 18 listopada 1947 w Sopocie – reżyser teatralny i telewizyjny, dyrektor Teatru Rozrywki w Chorzowie.

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
4 grudnia 2017

Książka tygodnia

Opowieści
Wydawnictwo MG
Fiodor Dostojewski

Trailer tygodnia

(F) Paralele
Marek Zimakiewicz
„Paralele”, to inicjatywa Fundacji An...