W tym kraju nie będzie już kobiet z wąsami

"Wszystko o mojej matce" - reż. Michał Borczuch - Radio Kraków SA

To nie jest słuchowisko dla słuchacza poszukującego logicznej, składnej i poprawnej audio-opowieści. Powtarzam, to słuchowisko chorobotwórcze. Zasiewa w nas pewien rodzaj niepokoju, niezrozumienia, mnożenia pytań - o słuchowisku Radia Kraków "Wszystko o mojej matce" w reżyserii Michała Borczucha pisze Janusz Łastowiecki.

Nie starczyłoby mi czasu i energii, by opisać większość słuchowisk ukazujących się na antenach Polskiego Radia. Nie wszystkie też tego wymagają i na to zasługują. Zbliża się kolejny festiwal w Sopocie, a kolejne odsłuchy zgłoszonych spektakli niestety rzadko przypominają podróże w mniej lub bardziej nieznane miejsca. Jedno słuchowisko przemówiło do mnie jednak na tyle, że nie chciało być pozostawione bez komentarza. To "Wszystko o mojej matce" Tomasza Śpiewaka w reżyserii Michała Borczucha, którego premiera odbyła się w Radiu Kraków w grudniu ubiegłego roku. Aldona Kopkiewicz w tekście poświęconym scenicznej wersji dramatu pisała o ucieczce twórców od poetyckiej metafory na rzecz gry z tekstem, który stwarza się w momencie odbioru. Tak jest i z foniczną wersją. Myślę, że właśnie dzięki temu zabiegowi, spektakl z powodzeniem odszedł od taniej symbolizacji realizowanej bez opamiętania w wielu słuchowiskach z tak zwanego "nurtu misyjnego". Odnalazłem w tym krakowskim słuchowisku pewien nurt, którego teatr radia w szerszym wymiarze nie chce rozwijać i chronicznie się go boi.

Jest w teatrze wyobraźni kategoria spektakli, których odbiór przypomina niejako stan gorączkowy. Swoją drogą, zapalenia wirusowo-bakteryjne zawsze sprzyjały nasłuchiwaniu. Stanowiły nie tylko okoliczność ułatwiającą godzinne trwanie przy radioodbiorniku, ale i somatycznie współgrały z owym gęstym "mówieniem radiowym" poszczególnych słuchowisk. Takie były radiowe teatry Federico Felliniego wyróżniane na europejskich festiwalach (mam w głowie "Siódmy wpływowy kanał życzeń" realizowany również w polskiej radiofonii). Gdzieś w tę stronę biegły radiowe poczynania Helmuta Kajzara z lat 60. i 70. Kilka lat temu Radio Kraków rozpoczęło kampanię na rzecz poszukiwań nowej formuły słuchowiska. Była w tym ta właśnie filozofia, która traktowała utwór radiowy jako proces dziejący się "w trakcie" nagrania, w silnym związku z warunkami stwarzanymi przez medium. Warsztatowość rozwijana przez konceptualizm radia, pozorowane audycje, imitowany autentyzm ocierający się o bezwzględny, nieartystyczny język. Te krakowskie próby wiązały doraźności z głębokim nurtem poetyckiego, hermetycznego często radia. Tak. Myślę, że "Wszystko o mojej matce" w jakiejś mierze jest dojrzałym i przepracowanym podsumowaniem tamtych konceptów.

Słuchowisko zostało zrealizowane w ramach konkursu "Transfer". Jego zasady są proste. Kapituła wybiera najlepszy jej zdaniem spektakl z danego sezonu do zrealizowania w formule słuchowiska. Po średnio przyjętej w radiu "Nie-boskiej komedii. Wszystko powiem Bogu" Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego (laury w pierwszej edycji), druga realizacja znacznie lepiej sprawdziła się w niewidzialnej scenografii. Premierowa emisja trwała 90 minut i była zbyt obszerna. Znikały w niej fabularne punkty ciężkości, można było wyłączyć się na dobrych kilka minut, by stracić odbiór (poznawanie słuchowiska to nie taka znowu bajkowa sprawa). Festiwalowa wersja została skrócona i to w jakimś sensie pomogło postawionym tu pytaniom dookreślić się w ramach przestrzeni radia. Duża w tym zasługa Ewy Ziembli, która nadzorowała prace nad drugą wersją słuchowiska.

Sztuka wystawiona po raz pierwszy w Teatrze Łaźnia Nowa zyskuje w radiu na melancholii, co wpisuje ją w bliski psychoanalizie wymiar wspominania. Archiwa radiowe to przecież muzea pamięci ruchomej. To kilometry taśm z pomontowanymi kwestiami przypadkowych przechodniów, o których być może mało kto dziś pamięta, a tutaj w jakimś sensie trwają. Słuchowisko Borczucha balansuje między nostalgicznym powrotem do przeszłości z matką w roli głównej a reżyserską kontrolą nad "zapamiętanym", a wreszcie i nad sobą samym. "Teatr to matematyka" napomina aktorki w jednej ze scen Krzysztof Zarzecki, kreujący tu siebie (jak właściwie wszyscy inni). A może lepiej nazwać to słuchowisko radiowym work in progress (czy to przypadek, że termin przejąłem z krakowskiej realizacji "Nietot"?), w którym żałoba gra z melancholią w kości? Na ile pamiętamy kogoś, kto był nam bliski, a na ile go stwarzamy, przeinaczamy, reżyserujemy poprzez filtr interpretacji?

Mamy tu umierającą na raka matkę reżysera, pracownicę zakładu kosmetycznego, pamiętaną dzięki niebieskim powiekom, które malowała "błękitem pruskim". Środek miał być alchemicznym eliksirem nieśmiertelności, a stał się osłoną na radioaktywny cez. Za oknem schyłkowego, peerelowskiego osiedla rozprzestrzenia się śmiercionośna chmura znad Czarnobyla. Druga matka znacznie bardziej wyzwolona, wielbicielka bosych wycieczek na grzyby o twardych piętach. Mamy tu świat fabryki Pollena, zapachy z zakręcanych słoików, stosy flakoników. Matura z biologii z pogrzebowym finałem w małej kaplicy. Naturalny świat kobiecych głosów powoduje, że słuchowisko wreszcie zaczyna żyć, pulsować. Staje się eteryczne, kreuje rozmaite ścieżki mentalne. Iwona Budner, Monika Niemczyk, Halina Rasiakówna, Ewelina Żak, Maria Ojrzyńska i Dominika Biernat znakomicie radzą sobie ze światem radia, ponieważ nie ulegają panicznej często reakcji na mikrofon. Znajomość tekstu z teatralnej wersji pomogła odrzucić im kartki z zapisanymi linijkami (jak to pomaga w odsłuchu!). Miło było słuchać Rasiakówny po tylu latach (pamiętam ją z wrocławskich słuchowisk Ewy Góral). Kwestie Borczucha i Zarzeckiego, reżysera i aktora, którzy opowiadają tu o swoich zmarłych matkach i instruują aktorki, tną słuchowisko na mniejsze kawałki, rozbrajają świat dźwiękowej pamięci. Ot i dekonstrukcja rytuału. Coś, co się stwarza tu i teraz jest jednocześnie pamięcią i jej ironią. Awersem i rewersem. To aktorki kreujące zmarłe matki muszą tu wziąć odpowiedzialność za losy obcych sobie życiorysów. Proces pracy nad rolą, zrealizowany w formule reportażowej, powoduje, że historia w słuchowisku jest jeszcze bliżej niż mogłoby się wydawać. Jesteśmy w środku, chociaż utwór Borczucha chce nas cały czas zniechęcić do tego poznania. Poszukujący słuchacze takie właśnie gry odbiorą jako wyzwanie i będą tej nie-historii wierni do końca. To nie jest słuchowisko dla słuchacza poszukującego logicznej, składnej i poprawnej audio-opowieści. Powtarzam, to słuchowisko chorobotwórcze. Zasiewa w nas pewien rodzaj niepokoju, niezrozumienia, mnożenia pytań. Być może to sprawka saksofonowego soundtracku, ale atmosfera radiowej wersji "Wszystko o mojej matce" przypomina mi inne krakowskie słuchowisko "Życie przez telefon" Tomasza Łubieńskiego w reżyserii Wojciecha Markiewicza z muzyką Bartłomieja Gliniaka.

Sądzę, że radio znacznie lepiej przysłużyło się tej opowieści niż teatr żywego planu. Chodzi mi tu głównie o rodzaj psychoanalitycznej spowiedzi, pozorowanej nocnej audycji z cyklu "Zwierz się". Sytuacja jednak niestandardowa dla słuchowiska: zwierza się aktorka, zwierza się reżyser. Jest kapitalna, choć krótka scena, w której pracownice Polleny mają pocałować szefa zmiany, by ten zgodził się zwolnić je do domu. Pocałunek Zofii Borczuch (zapadająca w ucho, zmysłowa choć wycofana Ewelina Żak) to jeden z kluczowych fragmentów tej memorialnej układanki Borczucha. "Meszek... jak ty pachniesz... to chyba ten meszek tak ci pachnie, dlatego się nie golisz (...) Ja z zatkanym nosem bym cię poznał (...) Ja ci mówię, że w tym kraju, w Polsce, już niedługo nie będzie kobiet z wąsami" - komentuje kokieteryjny Zarzecki (tutaj w roli przełożonego). Na co Zofia: "Że co? Że mnie nie będzie?". Nastrojowa, skrzypcowa muzyka rozrywa w tym momencie słuchowisko. I już w następnej scenie słyszymy o serii złych wyników farmakologicznych, które wprost mówią o nieuchronnym końcu Zofii. Młodzieńczy głos bohaterki kontrastuje z nadciągającym finałem życia. Napięcie powoduje u słuchacza niezgodę na taki układ rzeczy, przez co w pewien sposób realizuje się pełna melancholijnych zwrotów intencja twórców. Borczuch z Zarzeckim będą wchodzić do "środka" słuchowiska co chwilę, by przerwać ten nieuchronny bieg rzeczy, odwrócić czas przy pomocy sterowanej inscenizacji. Świat teatru nie dźwiga jednak tego ciężaru i przegrywa. Radio oddaje to mocniej, z charakterystyczną dla siebie zdolnością do uwypuklania pauz, intonacji i improwizacji głosowych.

Poklejony jest obraz dźwiękowy Borczucha. Żyje tu kosmiczny Doktor Love wyjęty ze stylistyki Philipa K.Dicka, a peerelowski świat kiczu zatruty jest mieszanką glikolu i metanolu. Halina Rasiakówna czyli Huma (jak u Almodóvara, tak każe na siebie mówić odtwórczyni roli drugiej matki, Zarzeckiej) ucieka w niedosłowność, pozwalając sobie na osobliwy flirt z synem ("jak ty się czujesz z tym, że gram twoją matkę?"). Wbrew pozorom, ta fono-widokówka z Czarnobylem w tle ma swoje stałe amplitudy. Nie mała w tym rola muzyki Bartosza Dziadosza, która tutaj mogła zabrzmieć bez sugerujących wizualizacji z żywego planu. Sprawna realizacja Wojciecha Gruszki pozwala muzyce wpłynąć bez przeszkód w kwestie i związać melancholijne dna słuchowiska. Plany akustyczne przechodzą co rusz to w ciemniejsze, to w cieplejsze rejestry, a co najważniejsze nie umyka tu jakość nagrania (regiony różnie sobie z tym radziły), co akurat w krakowskich słuchowiskach jest już dobrą tradycją.

Znajdzie się i kilka niedoskonałości. Można się było pokusić o odtworzenie radiowej scenerii - tak, by aktorki rzeczywiście pracowały w radiu, a Borczuch z Zarzeckim stawali się instruktorami świata konsolet i mikrofonów. Być może zbyt deklaratywna jest tu końcówka, pełna światopoglądowych wyznań na wyrost, która uszczupla estetykę całości. To, co jest w niej wypowiedziane, wprawny słuchacz zrozumie poprzez konteksty. Nie wiem, jak słuchowisko odebrane zostanie w Sopocie. Krakowskie poszukiwania nie zawsze były w jurorskim guście, werdykty były zachowawcze (wyróżnienia dla "Nietot" i "Nienawidzę" to zaledwie promyki, które giną w obliczu większych laurów). Jego nastrój nie zgrywa się zupełnie z kuracyjnym pejzażem festiwalowego miasta (choć wcale nie musi, to w końcu festiwal tego, co w słuchowisku najlepsze). Wszystko tu przeczy poprawnej poetyce sformatowanych, grzecznych popołudni ze słuchowiskiem w tle. Nie ma nawet zapowiedzi początkowej i końcowej, całość jakby wyrwana ze swoich "napisów". Utwór wymaga również kilkukrotnego odsłuchu, aby w pełni przejrzeć wszystkie dźwiękowe slajdy. Być może pomocna w przypadku niektórych produkcji radiowych byłaby "mapa po słuchowisku", odpowiednia kolaudacja. Piszę jednak o krakowskiej realizacji, bo wyróżnia się na tle pozostałych, często podobnych do siebie, gdzie imitacja i przesadnie literacki sposób opowiadania prowadzą do radiowej klęski.

Słuchowisko Borczucha jest głosem zdynamizowanym, rozwijającym się na podobieństwo procesu słuchania, gdzie architekturę radia pozostawia się odbiorcy do dowolnego zaprojektowania. Chciałbym, by takie realizacje miały swoje drugie życie. Warto je prezentować na antenach częściej, wracać do nich. Najbliższa okazja w Sopocie.

Janusz Łastowiecki
Radio Kraków
6 maja 2017
Portrety
Michał Borczuch

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...