W wersji semi-stage

"Madama Butterfly" - reż. Tomasz Podsiadły - Opera Bałtycka w Gdańsku

"Madama Butterfly" wróciła do Opery Bałtyckiej po kilkuletniej nieobecności. Wystawiona jako "semi-stage" opera Giacomo Pucciniego okazała się pełnowymiarowym, choć skromnym spektaklem operowym, z bardzo dobrą kreacją tytułowej bohaterki w wykonaniu Elizy Kruszczyńskiej.

Jedna z najpiękniejszych operowych opowieści i miłości, wierności i oddaniu biednej Cio-cio-san od lat święci triumfy na scenach operowych całego świata. Nie inaczej było w Gdańsku, gdzie "Madama Butterfly" Giacomo Pucciniego w reżyserii Marka Weissa z 2000 roku utrzymała się w repertuarze Opery Bałtyckiej przez dekadę. Trochę nieoczekiwanie i bez długotrwałych przygotowań po ten tytuł sięgnięto ponownie 20 stycznia w interpretacji Tomasza Podsiadłego, dla którego (nie licząc grudniowej gali "Viva Baritone", poświęconej Florianowi Skulskiemu) był to debiut operowy.

Widzowie, wypełniający w komplecie widownię Opery Bałtyckiej, pierwotnie podziwiać mieli "Madamę Butterfly" w wersji koncertowej. Jednak dzieło to, dzięki dopracowanej wizualnie oprawie scenograficznej Joanny Maciejewskiej i choreografii Wojciecha Warszawskiego oraz Izabeli Sokołowskiej-Boulton (efektowna gra cieni, z wykorzystaniem tancerzy Baletu OB), w połączeniu z pracą inscenizacyjną Podsiadłego, momentami daleko wykraczającą poza ramy operowego koncertu, zyskało status semi-stage.

Pół-sceniczna "Madama Butterfly" przygotowywana była znacznie krócej niż pełnoprawne produkcje operowe. Kostiumów nie ma bardzo dobrze dysponowany Chór Opery Bałtyckiej, który pod kierunkiem Anny Michalak staje się czołowym zespołem artystycznym Opery. Również reżyseria postaci jest zredukowana, a soliści większość swoich kwestii śpiewają zwróceni do widzów. Nie ujmuje to jednak wartości spektaklu, który choć skromny, jest w inscenizacji Tomasza Podsiadłego kompletnym przedstawieniem operowym.

Oczywiście kluczowy dla powodzenia przedsięwzięcia jest wybór solistów, szczególnie sopranistki i tenora do ról gejszy Cio-cio-san (zwanej Butterfly) i oficera marynarki wojennej USA Pinkertona. Duet Eliza Kruszczyńska i Paweł Skałuba staje na wysokości zadania. Kruszczyńska czystym, mocnym sopranem precyzyjnie buduje dramaturgię swojej bohaterki, by zachwycać w drugim akcie, choćby przejmującą arią "Un bel di vedremo". Do Skałuby z kolei należy cały pierwszy akt. Śpiewak swoim jasnym, dźwięcznym, delikatnym głosem świetnie wypada m.in. podczas arii "Dovunque al mondo" czy duetu Pinkertona z Butterfly "Bimba dagli occhi", podczas którego Skałuba brzmi nawet lepiej od Kruszczyńskiej.

Udanie, choć nie tak efektownie, partneruje im Bartłomiej Misiuda jako Sharpless, amerykański konsul w Nagasaki. Ciekawsza teatralnie niż muzycznie jest służąca Butterfly - Suzuki w wykonaniu Elwiry Janasik.

Plan główny wydarzeń skontrowany został teatrem cieni, odgrywanym przez tancerzy Opery Bałtyckiej, znajdującymi się za ruchomymi, dzięki sztankietom, elementami dekoracji, nawiązującymi do charakterystycznej, tradycyjnej japońskiej chaty. Przeważnie tancerze (Beata Giza, Filip Michalak i Marianna Młynarska wraz z grającą dziecko Amelią Kapturską) swoimi pozami lub działaniami ilustrują sytuację bohaterów, czasem ich postaci uzupełniają sylwetki śpiewających bohaterów o emocje czy reakcje, stanowiąc niemy komentarz do sytuacji na scenie.

Tomasz Podsiadły wyraźnie akcentuje swoją obecność w dwóch momentach. Oczekiwanie na powrót Pinkertona staje się bardzo dosłowne, gdy śledzimy przez dobre kilkanaście minut wschód słońca do wtóru pozbawionej śpiewu (nie licząc kilkuminutowej efektownej wokalizy chóru) muzyki Pucciniego, która w "Madamie Butterfly" jest przecież bardzo malownicza, ilustracyjna, niemal filmowa. Jednak scena ta jest zdecydowanie za długa. Drugim takim momentem jest bardzo zgrabnie wyreżyserowany, pełen dramaturgii finał spektaklu.

Tym, co w "Madamie Butterfly" szwankuje najbardziej, jest zbyt wolne tempo i dramaturgia całego przedstawienia, budowana niemal tylko przez wystąpienia solistów i Chóru. Między bohaterami (poza bardzo udaną sceną wręczania Butterfly listu od męża przez Sharplessa) nie ma większych napięć. W tak statycznej operze, jaką z natury rzeczy jest "Madama Butterfly", rozgrywająca się w i przed domem oczekującej na męża tytułowej bohaterki, bardzo wolne tempo i braki dramaturgiczne przy oszczędnej reżyserii mocno osłabiają wymowę opery. Dobrze, choć zaskakująco wolno, gra również prowadzona przez Piotra Deptucha Orkiestra Opery Bałtyckiej.

Jednak pół-sceniczna "Madama Butterfly", pomimo tych mankamentów, jest przedsięwzięciem udanym. Gdańska inscenizacja opowieści o zakochanej bez pamięci i porzuconej kochance przekonuje, że warto było podjąć ryzyko takiej realizacji. A spektakl powinien gościć w repertuarze Opery Bałtyckiej dłużej niż tylko podczas styczniowych pokazów.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
24 stycznia 2017

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...