W zwierciadle jeziora

"Samotny Zachód" - reż. Robert Czechowski -

Drugiego dnia XXXIII Gorzowskich Spotkań Teatralnych na scenie Teatru im. Juliusza Osterwy wystąpili aktorzy Teatru Lubuskiego, którzy zabrali widzów w oniryczną podróż do pogrążonego w mroku i mgle irlandzkiego miasteczka, skrywającego ponure tajemnice. W zapowiedziach spektaklu powtarzały się porównania do stylistyki filmów Quentina Tarantino oraz wyjątkowego klimatu „Miasteczka Twin Peaks".

I rzeczywiście „Samotny Zachód" okazał się mieć po trosze z obu – po Tarantinowsku męski i brutalny, intryguje jednocześnie odrealnionym tańcem topielców bądź ekscentryzmem bohaterów, którzy dom ozdabiają kolekcją figurek Maryi, a babeczki najchętniej zapijają bimbrem.

Przedstawienie wyreżyserowane przez Roberta Czechowskiego jest realizacją czarnej komedii Martina McDonagha. Sztuka opowiada o losach mieszkańców zapomnianego przez świat i Boga miasteczka, które lata klęsk, porażek i straconych złudzeń zmieniły w przeklętą krainę wygnańców bez moralności. To miejsce, w którym z zazdrości się okrada, okalecza, a nawet odcina uszy cudzym psom. Jedno nieprzychylne słowo jest zaś wystarczającą pobudką do morderstwa. Ludziom przytłoczonym codziennością albo ciężarem win przygląda się tu jedynie niewzruszona tafla wielkiego jeziora, nakłaniająca do przejrzenia się w jej surowym lustrze, kusząca chłodem zapomnienia, ciągnąca na dno. Stojąc na brzegu można niemal dojrzeć pląsające pod powierzchnią wody ciała miejscowych ofiar – trzech młodych dziewcząt i chłopaka, o czym widzowie przekonują się dzięki wydzieleniu dodatkowego przestrzennego planu.

To sceniczne rozwiązanie (zrealizowane zgodnie z projektem Wojciecha Stefaniaka) jest zresztą najmocniejszym elementem „Samotnego Zachodu". Wplecione między kolejne sceny sekwencje podwodnego tańca topielców (ubranych w powłóczyste białe stroje), w rytm psychodelicznej muzyki Damiana Neogenna Lindnera, naprawdę elektryzują!

Pierwszy plan jest tymczasem królestwem dwóch pozbawionych skrupułów braci Connor (Janusz Młyński i Jerzy Kaczmarowski), którzy licytują się w popełnionych przez siebie okropieństwach. I choć wcielający się w nich aktorzy dają popis scenicznej charyzmy, przyćmiewając Ernesta Nitę (w roli księdza) i Romanę Filipowską (kreującą postać Girleen), bohaterowie nie budzą sympatii widzów, a ich przesycony wulgaryzmami język i obsceniczne zachowanie (m.in. nieustanne spluwanie na scenę) wyraźnie balansuje na granicy wytrzymałości części odbiorców.

„Samotny Zachód" zapisze się więc pewnie w pamięci gorzowian jako widowisko kontrastów, skierowane do tych, którzy do teatru przychodzą głównie po mocne wrażenia, jeśli nie po prawdziwy wstrząs.

 

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny
15 listopada 2016

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia