W życiu jak u Szekspira

"Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?" - reż. Paweł Miśkiewicz - Małopolski Ogród Sztuki

Jerzy Trela to marka. Dlatego spektakl „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?" to teatralne „must see" ostatnich kilku miesięcy. Premiera produkcji Teatru im. Juliusza Słowackiego w reżyserii Pawła Miśkiewicza odbyła się w czerwcu w Małopolskim Ogrodzie Sztuki.

Wchodzimy bokiem sceny, kierując się do miejsc siedzących, omijając aktorów. Postaci, ubrane w barwne kostiumy, stoją sztywno rozmieszczone prawie na całej powierzchni. Ascetyczna scenografia jest w pełni wykorzystana – nie ma zbędnego elementu. Już wiadomo, że ta opowieść Pawła Miśkiewicza o Learze rozegra się wyłącznie w sferze psychologicznej.

Król Lear to podstarzały władca, organizujący dla swoich trzech córek turniej w wyrażaniu miłości do niego. Pełen pychy, łaknący czci a zarazem naiwny, z lubością słucha nudnych i nieszczerze brzmiących wyrazów miłości oraz czci dwóch starszych, natomiast oburza się słysząc prostolinijną odpowiedź najmłodszej Cordelii (Monika Frajczyk), stwierdzającej, że kocha go nie więcej niż powinna. Odtrąca ją i wyrzuca z kraju, dzieląc go pomiędzy Gonerylę (Dorotę Godzic) i Reganę (Dominika Bednarczyk).

Leara rozpoznajemy w historiach słyszanych na ulicach: stary głupiec, który miał nadzieję, że dzieci kochają go tak mocno, iż zajmą się nim na stare lata. Tacy ludzie często tracą wszystko: majątek, szacunek u potomnych, własną godność w domach starców, gdzie są upychani przez dzieci, chcące zakosztować życia bez zbędnego balastu. Lear albo kiepsko dobiera sobie współpracowników, albo jest zbyt pewny siebie, by właściwie ocenić swoje córki. One zaś za fanaberie starzejącego się na umyśle biorą pragnienie zachowania przez króla reszty dworu. Młodszej nie zależy na tym, by przejąć część władzy – wrażliwa, szczera dziewczyna, jest tylko przywiązana do grymaśnego ojca. W świecie walki o wpływy jej postawa nie mieści się w palecie barw – dlatego kreacja Moniki Frajczyk stanowi znakomite przeciwieństwo dla gry Dominiki Bednarczyk czy Doroty Godzic. Całe kobiece trio tworzy swoisty napięciowy trójkąt prostokątny.

Drugą tragedią rodzinną w sztuce jest historia Gloucestera (Tomasz Międzik) i jego synów: bastarda Edgara (warta docenienia gra Pawła Tomaszewskiego) i prawowitego Edmunda (Michał Wanio). Tu również rodzi się konflikt o dziedzictwo szlachcica, a także o uznanie praw nieślubnego syna.

Król Lear – grający go rewelacyjny Jerzy Trela to władca w okresie schyłkowym królestwa. Znakomicie oddaje to scenografia: ponure ściany okalające scenę, kilka mebli, klatka, którą pcha Lear. To kawałek purpury, niezgrabnie spoczywający na ramieniu króla, to symboliczny Błazen (Grzegorz Mielczarek), oddający mu czapeczkę i mówiący Beckettem. Władca kurczy się, niedołężnieje, jak królestwo, rozdzielone pomiędzy córki. Grający na żywo muzykanci są wiernymi druhami, ostatnimi, jacy mu zostali. Jeszcze tylko strzeli korek od szampana, jeszcze Lear pożegna się monologiem Ofelii z „Hamleta". A może jeszcze czeka na Godota...

Spektakl nie obiecuje katharsis po zapoznaniu się z nieszczęściem króla Leara. Po spektaklu czujemy w sobie brud społeczeństwa, które skupia się na wiecznym konflikcie pokoleniowym, które odtrąca ludzi starszych. Z tego nigdy się nie oczyścimy.

 

Maria Piękoś-Konopnicka
Dziennik Teatralny Kraków
17 sierpnia 2015

Książka tygodnia

Za kulisami
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Dorota Jarząbek-Wasyl

Trailer tygodnia

XXIV Bydgoski Festiwal...