Wampir idealny to właśnie ja

rozmowa z Januszem Chabiorem

O wieku, zjawiskach paranormalnych, dywersji, strachu przed Józefem Cyrankiewiczem i o tym, jak zmienia się Legnica i jakie miejsca w mieście lubi najbardziej, aktor Janusz Chabior, który gra jedną z głównych ról w najnowszym filmie Juliusza Machulskiego.

W czarnej komedii Juliusza Machulskiego "Kołysanka", która od dziś gości w kinach, grasz nestora rodu wampirów. To pierwsze spotkanie z reżyserem? 

- Tak, to moje pierwsze spotkanie z mistrzem. Zadzwonił do mnie, zaproponował rozmowę. Powiedział, że obserwuje mnie od dłuższego czasu i uważa, że będę idealny do roli wampira-dziadka.

Nie jesteś przypadkiem za młody? 

- Wampiry nie mają wieku. Dziadek Makarewicz ma 450 lat, więc wystarczyło, żebym wyglądał na 80, wizerunek starca zyskałem dzięki charakteryzacji, trwającej zresztą codziennie dwie godziny przed rozpoczęciem zdjęć. 

Obejrzałeś już film?

- Nie, pokaz został zorganizowany w czasie, kiedy pracowałem na planie następnego filmu. Ale w "Kołysance" fantastycznie się pracowało, podobał mi się scenariusz i temat.

Lubisz horrory?

- Oczywiście, szczególnie filmy o wampirach: "Draculę", "Rodzinę Addamsów", "Od zmierzchu do świtu", "Nieustraszonych pogromców wampirów", "Nosferatu" w kreacji Klausa Kinskiego. Zawsze interesowały mnie paranormalne historie, obarczone tajemniczą aurą. Kiedy byłem chłopcem, przerażały niedopowiedzenia, przestrzenie schodów i tajemnicze kroki na nich. Potem te historie zaczęły mnie śmieszyć, dorastałem i nie było już tak łatwo mnie nabrać. Ale przygotowując się do roli Dziadka Makarewicza, nie szukałem czarnej peleryny w sklepach z używaną odzieżą i nie latałem nad miastem, próbując wcielić się w wampira. Umówmy się, to komedia, nie psychologiczny portret wampirów. Intuicja mnie nie zawiodła. Kiedy ubrałem kostium, byłem Makarewiczem. Pomogła mi mistrzowska charakteryzacja Tomka Matraszka: dolepiona powieka, postarzona twarz. Na planie przeszkadzały filmowe niesforne zęby, kiedy chciałem coś zjeść w przerwie między ujęciami, musiałem je wyjmować. W kostiumie nie ma kieszeni, więc odkładałem na bok i natychmiast zapominałem, gdzie je położyłem, więc przed ujęciem wszyscy ruszali na poszukiwanie moich zębów. 

Legnica, w której się wychowałeś, była otoczona tajemniczą aurą. Pamiętasz miasto swojego dzieciństwa?

- Z perspektywy czasu myślę, że powinienem wystąpić o status bojownika z okupantem. Z kolegami z podwórka prowadziliśmy działania dywersyjne. Np. wbijaliśmy gwóźdź w deskę, przykrywaliśmy liściem łopianu albo rabarbaru i kładliśmy przy wjeździe do radzieckich koszar. Obserwowaliśmy jadącą maszynę, której koło się przebijało. Rosjanie byli opóźnieni technologicznie. Łączność między jednostkami zapewniały kable wiszące na drzewach. Kawałkiem szkła przecinaliśmy przewód i siedząc na murku patrzyliśmy, jak dwaj żołnierze łączą kabel. Dzięki obserwacjom wpadliśmy na pomysł ukrywania przecięcia: izolowaliśmy końcówki i łączyli "na niby", a oni miotali się, długo szukając uszkodzenia. Mieszkałem w samym sercu "małej Moskwy", przy ulicy Wojska Polskiego, gdzie stacjonowali cywilni pracownicy Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckich, a w kilku domach ostali się Polacy. Praktycznie co-dziennie mijaliśmy się na ulicy. 

Z Wojska Polskiego do teatru nie miałeś daleko. 

- Rzeczywiście, a kiedy poznałem przyszłą żonę, aktorkę Anitę Poddębniak, stało się jeszcze bliżej. 

W życiorysie masz napisane, że w latach 1991-1999 byłeś adeptem Teatru Dramatycznego w Legnicy. Dziwne określenie pracy aktora.

- Rzeczywiście, dziś już wpadło do lamusa. Kiedyś stary aktor powiedział mi: "Panie Januszu, jak pan jest adeptem, to nawet nazwiska nie będzie na afiszu, tylko trzy kropki". Ale nie przejmowałem się kropkami, nie znałem specyfiki teatru, nie orientowałem się w animozjach między ówczesną dyrekcją i aktorami. Po prostu dostałem propozycję zagrania głównej roli w sztuce renesansowego autora Angelo Beolco pt. "Dialog wtóry, czyli Łasica", którą reżyserował Łukasz Pijewski. W realnym świecie byłem zakochany w Anicie i tylko to było dla mnie ważne. Zresztą parę lat później zdałem egzaminy eksternistyczne i dziś jestem dyplomowanym aktorem dramatu. I nikt mnie trzema kropkami straszyć nie będzie.

Ze swoją żoną grasz też w filmach. Ostatnio wystąpiliście w rolach rodziców w "Powiedz prawdę, przecież cię nie biję" wrocławianina Witolda Świętnickiego.

- Tak, w tej historii tylko dziecko nie było nasze (śmiech). Anitka jest fantastyczną aktorką i praca z nią sprawia mi autentyczną frajdę. Niektóre pary mają problem we wspólnej pracy, my nie, bo zawsze potrafimy czymś się zaskoczyć. Staram się oglądać wszystkie legnickie premiery i widzę, że to, co ona proponuje na scenie, to są brylanty. Proszę mi wybaczyć małe rodzinne samochwalstwo (uśmiech).

Słynne "Made in Poland" Przemysława Wojcieszka, grane na legnickim osiedlu Piekary, trafiło na duży ekran. Zagrałeś tam nauczyciela Wiktora. 

- Film pokazany zostanie na gdyńskim festiwalu. Kręciliśmy go w domu socjalnym we Wrocławiu, w istniejącej tam atmosferze totalnej degrengolady. Dom socjalny składał się z małych klitek z zaciekami na ścianach, grzybem na podłodze, kratami w drzwiach - scenografia była gotowa, prawie nic nie trzeba było poprawiać. Na szczęście niedaleko było do mieszkania Przemka, gdzie wpadliśmy odetchnąć normalnością i odpocząć. 

"Made in Poland" zostało przeniesione do Teatru Telewizji, wcześniej trafiła tam też "Ballada o Zakaczawiu", w której zagrałeś Mańka Pecaja, "Wschody i zachody miasta". Jak to się stało, że zagrałeś Józefa Cyrankiewicza w "O prawo głosu"? 

- Janusz Petelski zaproponował mi tę rolę. Przyjąłem ją bez czytania scenariusza. Cyrankiewicz fascynował mnie w dzieciństwie. Wysoki, łysy, wyglądał jak kosmita. Mówiło się, że kobiety za nim szalały, a ja się bałem, że wyjdzie z telewizora i nas zje.

W kinach jest już "Zero" Pawła Borowskiego, w którym jako recepcjonista spotkałeś się m.in. z Przemkiem Bluszczem, kiedyś też legnickim aktorem.

- "Zero" to bardzo dobre kino, uniwersalna historia o współczesnej kondycji ludzkości. Scenariusz tchnie autentyzmem, bohaterowie działają jak połączone kuleczki przekazujące sobie drgnienia jednym ruchem. Wszystko tam jest chłodne, pozbawione emocji. Ze mną na szczęście nie jest tak źle, jak z portretowanymi w "Zerze" ludźmi, wciąż potrafię się wzruszyć. 

Grasz w filmach, na scenie głośnego TR Warszawa Grzegorza Jarzyny. Widzowie poznają Cię na ulicy? 

- Trochę tak, co nie jest komfortową sytuacją, aczkolwiek wpisaną w zawód. Czasem ktoś pokazuje mnie komuś palcem z drugiego końca sklepu, przygląda się, co kupuję. Żałuję wtedy, że nie mam w szafie innej twarzy, którą mógłbym zakładać na zakupy. Ale są też pozytywne strony popularności. Łatwiej jest coś załatwić, np. kilogram kiełbasy śląskiej spod lady, albo dwa metry wzorzystego bistoru na spodnie. 

Legnica wciąż jest dla Ciebie domem?

- Tak, Warszawa to praca, praca, praca i małe mieszkanko. Do Legnicy wracam do bliskich.

Masz tu ulubione miejsca? 

- Z perspektywy nieobecności na co dzień dostrzegam zmiany. Gdybym tu mieszkał stale, na pewno bym ich nie widział. Miasto zmienia się na lepsze, przez lata było dość zapuszczone, teraz przechodzi lifting i przeżywa drugą młodość. Moim ulubionym miejscem jest park, który tak bardzo ucierpiał podczas huraganu. Oby jak najszybciej powrócił do dawnej świetności. Dla następnych pokoleń, oczywiście. Bliski jest mi kościół Mariacki, w którym graliśmy "Szawła", okolice kościoła św. Jana, Akademia Rycerska - to miejsca magiczne. 

W jakim filmie grasz teraz? 

- Leszek Dawid kręci "Ki". Gram kierowcę taksówki wiozącego bohaterkę, która rodzi dziecko w czasie podróży. Potem się jeszcze spotkamy..

Małgorzata Matuszewska
POLSKA Gazeta Wrocławska
15 lutego 2010
Portrety
Wojciech Nowak

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski