Warszawa na czele

"Borys Godunow" - reż. Mariusz Treliński - Teatr Wielki-Opera Narodowa

Czy uproszczenie przekazu nie jest zbyt wysoką ceną za obecność na premierze "pudelkowych celebrytów", którzy mają lansować modę na operę?

Kiedy Mariusz Treliński rok temu powrócił na stanowisko szefa artystycznego Opery Narodowej, wielu melomanów i lwia część krytyki odetchnęła z ulgą. Narodowo-przaśna koncepcja repertuarowa poprzedniej dyrekcji mogła nareszcie pójść w zapomnienie, a międzynarodowe kontakty reżysera, jego szeroki estetyczny horyzont i medialna pozycja dawały nadzieję na obecność w Warszawie wielkich nazwisk.

Rozpoczęty sezon, imponująca liczba nowych realizacji i prapremier, lista zaproszonych artystów, wreszcie podjęta współpraca z zagranicznymi teatrami, potwierdzają słuszność nominacji. Wprowadzane na afisz tytuły wskazują nie tylko na repertuarową otwartość, lecz także na odwagę. Nieprzypadkowo na inaugurację sezonu wybrano wznowienie „Wozzecka” w głośnej inscenizacji Krzysztofa Warlikowskiego. To gest wręcz symboliczny, wszak warszawska wizja Bergowskiego arcydzieła dla wielbicieli opery realizowanej przez twórców teatru dramatycznego jest traktowana niemal jak manifest, zaś zwolennicy linii konserwatywnej odczytują ją jako symbol podtruwania gatunku.

Ci pierwsi najpewniej ucieszą się, że Treliński zaprosił do pracy pokolenie młodych, choć już uznanych reżyserów. Inscenizację „Zagłady domu Usherów” Philipa Glassa powierzył Barbarze Wysockiej. Swój debiut operowy – „Oresteię” Iannisa Xenakisa – przygotowuje Michał Zadara. Z kolei Maja Kleczewska podjęła się zadania realizacji dwóch prawykonań – „Sudden Rain” Aleksandra Nowaka oraz „Between” Agaty Zubel. Pokazana zostanie także „Qudsja Zaher”, pierwsza opera Pawła Szymańskiego, której partytura w dyrektorskim gabinecie przeleżała ostatnie trzy lata.

Ale nie zabraknie również kompozycji klasycznych, choć w większości źle obecnych na polskich scenach. W lutym obejrzymy „Traviatę” w reżyserii Trelińskiego, który kornie tłumaczy, że to wynik konieczności planowania przedsięwzięć z artystami z najwyższej półki, niedostępnymi w krótkim terminie, a nie chęci zdominowania programu. Mimo to udało się ściągnąć do Warszawy „Elektrę” Ryszarda Straussa w inscenizacji legendarnego Willy Deckera, z fenomenalną Ewą Podleś w roli Klitemnestry. Pojawi się i „Katia Kabanowa” wciąż mało u nas granego Janaczka, z którym kilkakrotnie na światowych scenach mierzył się już David Alden. Warto też będzie chodzić na spektakle baletowe. Krzysztof Pastor, nasz wybitny eksportowy choreograf, kierownik warszawskiego zespołu, proponuje jeszcze w listopadzie swoje przedstawienie „Kurt Weill”, za kilka miesięcy, z okazji Roku Chopinowskiego, premierę spektaklu „Chopin” francuskiego baletmistrza Patrice’a Barta do libretta Antoniego Libery, a na zakończenie sezonu wieczór baletowy z muzyką Jana Sebastiana Bacha.

Mariusz Treliński wielokrotnie powtarzał, że opera jest gatunkiem żywym, zdolnym przekazywać treści ważne, poruszające współczesnego widza. Potrzeba tylko odpowiednich środków, świeżego spojrzenia, estetyki teatralno-filmowego języka, który będzie odpowiadał jego wrażliwości. Założenia szlachetne, ale premiera „Borysa Godunowa”, poruszającej opery Modesta Musorgskiego, którą dla sceny w Wilnie Treliński przygotował w 2008 r., prowokuje pytania o granice w wyścigu o nowego odbiorcę. Czy uproszczenie przekazu i stworzenie pozoru telewizyjnego serialu, który dobrze się ogląda, nie jest zbyt wysoką ceną za liczną obecność na premierze „pudelkowych celebrytów”, którzy mają wylansować modę na operę?

Mimo że reżyser w ostatnich produkcjach, przykładem chociażby „Orfeusz i Eurydyka” Glucka, podąża w kierunku ukazywania bohaterów w kontekście współczesnym, podejmuje próby ich uwikłania w sieć trudnych wyborów bliskich widzom, nie przekroczył jeszcze w trywializacji dzieł granicy dobrego smaku. A w przypadku wrocławskiej inscenizacji „Króla Rogera” wykorzystał nawet tę konwencję, doprowadzając do mistrzostwa. Zbyt wielkim bowiem jest artystą, zbyt świadomym odbiorcą opery, by bezrefleksyjnie schlebiać gustom pustym.

Jednak oglądając „Borysa Godunowa”, zarówno w Warszawie, jak i przed kilkunastoma miesiącami na Litwie, trudno nie tęsknić za dawnym Trelińskim, jego realizacjami pełnymi erudycyjnych kulturowych odniesień, w których wielopoziomowa interpretacja onieśmielała i zachwycała. „Otello”, „Eugeniusz Oniegin”, „Dama Pikowa”, „Don Giovanni” to przecież fascynujące portrety mężczyzn zbędnych i nieszczęśliwych, w których artysta, korzystając z muzycznej i plastycznej intuicji, karmił się wpisanym w gatunek opery blichtrem, już to z niego szydził, już to odważnie kontestował, już to wykorzystywał. Dziś kolejne jego przedstawienia zbliżają się do opery w stylu pop, w odbiorze gładkiej, ale rzadziej niż kiedyś pozostawiającej głębsze ślady.

Chyba więc symptomatyczne jest, że najpiękniejszymi scenami w warszawskim „Borysie Godunowie” były chwile, w których śpiewający tytułową rolę Nikolai Putilin w intymnym wyznaniu roztrząsał dawne winy. Szlachetną muzyczną frazę głosu solowego, barwioną delikatnym akompaniamentem orkiestry pod batutą Keri-Lynn Wilson, wystarczyło wesprzeć delikatnym reżyserskim gestem. I jest prawdziwie, przejmująco. Jak niewiele trzeba, aby wzruszyć.

MODEST MUSORGSKI, „BORYS GODUNOW” – reż. Mariusz Treliński, dyr. Keri-Lynn Wilson, Teatr Wielki-Opera Narodowa, Warszawa, premiera 30 października 2009.

Daniel Cichy
Tygodnik Powszechny
12 listopada 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia