Warto pozostać dzieckiem

rozmowa z Janem Peszkiem

Jestem człowiekiem teatru i przede wszystkim chcę być wierny własnej intuicji i doświadczeniu, zrozumieniu "Wrońca" w teatrze - mówi JAN PESZEK przed premierą we Wrocławskim Teatrze Lalek.

Małagorzata Matuszewska: W powieści Jacka Dukaja Wroniec porywa Adasiowi rodzinę w grudniową noc stanu wojennego. W Pana spektaklu pojawi się uosobiony Wroniec?

Jan Peszek: To jest kluczowa postać, która odbiera głównemu bohaterowi niewinność czyli dzieciństwo. Zbyt wcześnie odbiera młodość za cenę uwolnienia najbliższych. Widzowie zobaczą Wrońca uosobionego.

Urzekła Pana powieść Jacka Dukaja?

- Tak. Przeczytałe powieść tuż po jej wydaniu, wkrótce dostałem propozycję nagrania audiobooka. Ucieszyłem się podwójnie.

Aż tak bardzo powieść się Panu spodobała?

- To jest niezwykła literatura, nie tylko dlatego, że wypełnia lukę w literaturze dotyczącej najnowszej historii dla młodego widza. Młody widz nie ma świadomości stanu wojennego i nie musi jej mieć, choć uważam, że powinien.

A co w powieści jest niezwykłego?

- Poza językiem, bardzo bogatym światem fantastycznym, perspektywa, z której stan wojenny jest oglądany. To perspektywa siedmioletniego chłopca. Adaś, wychowany w rodzinie inteligenckiej, słyszy dziwne nazwy od swoich rodziców. Przekręca te nazwy. Z ZOMO powstaje MOMO, milicjant to milipant - w ten sposób koszmar stanu wojennego zostaje zinterpretowany przez dziecko. Nie mamy takiej literatury, bo koszmar dorosłych w stanie wojennym i koszmar dziecka, które zupełnie inaczej rozumie mechanizmy rządzące światem dorosłych, jest zupełnie innym koszmarem.

Jacek Dukaj stworzył fantastyczny świat.


- To nadzwyczajne, co mu się udało. Z jednej strony stworzył świat pokrewny Alicji w krainie czarów i Alicji po drugiej stronie lustra - z wynaturzonymi bohaterami, bliskimi dzieciom, ale przede wszystkim dorosłym. Powieść Wroniec Dukaja ma także dwa końce, jest przyswajalny dla dzieci, które mogą go rozpatrywać jak straszny sen rodem z baśni braci Grimm.

One też są czytane przez dorosłych.


- Właśnie: dzieci rozumieją je inaczej, a filozoficzny kontekst rozumieją wyłącznie dorośli. I w tym sensie Wroniec jest unikalną literaturą na naszym rynku, bo syci młodszych, średnich i dorosłych.

Postawił Pan barierę między swoją wrażliwością dotykającą stanu wojennego a wrażliwością dziecka?

- Jestem człowiekiem teatru i przede wszystkim chcę być wierny własnej intuicji i doświadczeniu, zrozumieniu "Wrońca" w teatrze. Kiedy nagrałem audiobook, dostałem niezwykle pochlebną recenzję od samego autora. Jacek Dukaj nie wyobrażał sobie, że można tę książkę przeczytać na głos. Razem z recenzją dostałem do ręki klucz, który otworzył mi drzwi do teatru. Wcześniej wyobrażałem sobie Wrońca z całym jego bogactwem w teatrze, nie mając pojęcia, jak go można przedstawić. Ale rzeczy niemożliwe zawsze mnie fascynują i lubię się z nimi mierzyć.

Pomyślał Pan o teatrze lalkowym?


- Pierwszym skojarzeniem był teatr lalkowy. To w nim zamieszkują "byty nieludzkie", bo tak wolę określać teatralne lalki, czy konstrukty różnego rodzaju. W połączeniu takiego bytu z człowiekiem może powstać niezwykła przygoda teatralna, zarówno dla dorosłych, jak dla najmłodszych. Pozostaję zawsze wierny autorowi, wsłuchuję się w słowa dobrego tekstu, żeby zrozumieć każde jego drgnięcie i przesłanie. Chcę skonstruować świat, w którym nie ma cezury między sferą dorosłych a dzieci.

Warto zachować w sobie dziecko?


- Aktorzy powinni jak najdłużej, dla skuteczności bycia w tym zawodzie - utrzymywać w sobie dziecko.

Dziecięctwo kojarzy się z naiwnością, ale chyba nie chodzi o zachowanie naiwności?

Nie, to stan wrażliwości. Jeśli aktorzy są tylko "duchowymi biznesmenami", nie mają czego szukać w sztuce, czy jej okolicach.

Każdy człowiek, nie tylko aktor, powinien zachować w sobie dziecko?

- To naturalne pragnienie człowieka, do którego ludzie się nie przyznają, bo boją się kompromitacji. Zupełnie, jakby niewinność albo wiara w baśnie były czymś kompromitującym. Marzenia dorosłych stoją zawsze na krawędzi baśni. Gdybyśmy wypowiedzieli na głos nasze marzenia, czy nie brzmiałyby jak bajki? Nie robimy tego. A dziecko jest bezwstydne, otwarcie komunikuje swoje potrzeby, do chwili, kiedy wierzy w baśnie i w św. Mikołaja.

A potem je chowa przed światem?


- Wkracza w świat dorosłych, pełny rozmaitych cieni i skrzętnie ukrywa marzenia. Stawianie cezury między dorosłością a dzieciństwem równałoby się dla mnie z przeznaczeniem spektaklu tylko dla jednej grupy wiekowej. A mam poczucie, że jeśli teatr jest magiczny i przenosi nas w inne światy, to fakt dorosłości czy dzieciństwa nie ma znaczenia. Dorosły człowiek zapomina tak samo szybko, jak dziecko o tym, że jest w teatrze - miejscu umownym. Teatr może przenieść go w inne światy, jeśli spektakl jest dobry, mądry i piękny. Chcę, żeby "Wroniec" taki był, żeby pokazał przejmującą tezę Jacka Dukaja: nie ma takiej ceny, którą warto zapłacić za własne przekonania i za własną wolność.

Pana dzieci pamiętają stan wojenny?


- Nie pytałem ich o to, w jaki sposób pamiętają. Myślę, że pamiętają. Błażej miał wtedy 10 lat, a Maria była w wieku Adasia z powieści "Wroniec". Marysia była zresztą naszym zaopatrzeniowcem.

Małe dziewczynki w ciężkich czasach często stały w kolejkach po wszystko.


- Nie wiem, skąd w tym dziecku wzięła się taka cecha: pierwsza wypatrywała kawę, batony, świeże bułki. Żyła w najlepszej zgodzie z ówczesnymi władczyniami sklepu, od których zależało życie konsumentów. Pamiętam przygotowania do pierwszej komunii Marii, do której córka szła w stanie wojennym. Sukienkę miała z okropnego materiału. Wszystko było mroczne, ale dla dziecka przeżycia pierwszej komunii w stanie wojennym niczym się nie różniło od przeżycia w każdym innym stanie.

A może było bogatsze?

- Pewnie tak, przez tamto materialne ubóstwo, zostało zachowane bogactwo duchowe.

Stan wojenny kojarzy się z songami bardów. Jaka będzie warstwa muzyczna spektaklu?

- Proszę sobie wyobrazić gimnazjalistę, nie mówiąc o siedmiolatku, słuchającego "Murów"! Dla nich to nieznana muzyka, niezrozumiałe słowa. Sam Dukaj proponuje różne piosenki, wybraliśmy pięć zakorzenionych w przestrzeni stanu wojennego, snu, który się śni Adamowi. Widzowie usłyszą: Piosenkę milipantów, Piosenkę szarych przechodniów, Piosenkę pozycjonistów - powinny być zrozumiałe dla najmłodszych, a bliskie dorosłym widzom. Pomyślałem, że warto zasugerować kompozytorowi Dominikowi Strycharskiemu, żeby napisał piosenki w stylistyce lat 80. Powstała radosna piosenka o tym, że "wiosna będzie nasza". Dorosły widz przypomni sobie wiarę opozycjonistów, a dzieci dojrzą pasję tych ludzi, ich wiarę w skuteczność drukowania i podawania ulotek. Będą też dźwięki, które przybliżą dziecku świat zagrożeń, tupot nóg biegnących zomowców, skrzek Wrońca.

W dzisiejszej rzeczywistości istnieje coś, co może tak przerazić dziecko, jak Wroniec przeraził Adasia?

- Strasznie tanieje kultura. Dzienniki, filmy, gry komputerowe są przepełnione okrucieństwem, natłokiem sfery dźwiękowej nie do rozróżnienia. Przestajemy być w ogóle muzykalni, a to także forma śmierci. Młodzi ludzie są uodpornieni, oswojeni z natłokiem rzeczy, które dla mojego pokolenimogły być groźne. Oczywiście istnieje sfera podświadomości, snu, gdzie najprawdopodobniej może zostać głęboki ślad. I choć wierzę w stałość natury ludzkiej, to problem, kto i czym może się przestraszyć, jest indywidualny.

Adaś zostawił dzieciństwo, to też jest przerażające.

- Przedwcześnie zapłacił najwyższą cenę, za wcześnie pożegnał się z dzieciństwem, podpisał cyrograf. To jest faustowski motyw, za cenę ratowania najbliższych utracił młodość, a przede wszystkim wyrzekł się pisania, czyli bycia artystą.

To znaczy, że współczesny człowiek może przerazić się rynkowych mechanizmów istnienia?

- Adaś wyrzekł się czegoś w zamian za coś. Człowiek musi dojrzeć, żeby się przestraszyć nieprawdopodobnej, głębokiej interwencji mechanizmów rynkowych. Interwencji psychicznej, w ślad za tym fizycznej. Chcę, żeby taki duch unosił się nad spektaklem.

Kiedyś był Pan aktorem Teatru Polskiego. Dobrze jest wrócić do Wrocławia?


- Fantastycznie. Do znudzenia to powtarzam, bo bardzo lubię to miasto. Zaoferowało mi wiele, i ja mu coś dałem, mieszkając tu przez dziewięć lat. Pierwsze dziewięć lat mojego zawodowego aktorskiego życia przeszły we Wrocławiu. Tu się urodziły nasze dzieci, tu wspaniale wystartowałem, zaakceptowała mnie publiczność i krytyka. Opuszczałem Wrocław w aurze oraz poczuciu całkowitej akceptacji i spełnienia.

Szkoda, że Pan wyjechał.


- Dobrze zrobiłem, bo aktorstwo przejawia się w ruchu. Aktor musi zmieniać otoczenie: ludzi, miejsca, bodźce.

Gdzie Pan mieszkał w tamtych czasach?


- Przy placu Zgody, w pobiskupim pałacyku, wtedy domu aktora, w którym gnieździli się jak w tyglu aktorzy Teatru Pantomimy Tomaszewskiego, Laboratorium Grotowskiego, Teatru Polskiego. Kiedy urodziły się dzieci, dostałem przydział na mieszkanie. Byłem stypendystą Wrocławia, a w tamtych czasach dostawało się granty. Mieszkaliśmy w budynku Mister Wrocławia przy ul. Sokolej na Krzykach. Patrzyliśmy na Wrocław z dziesiątego piętra, mieszkanie było w pięknej, zielonej okolicy. Pod każdym względem Wrocław jest dla mnie szczęśliwym miejscem. Tamten czas to soczewka, przez którą oglądam miasto, kiedy tu przyjeżdżam, choć oczywiście mam świadomość, że to jest normalne miasto, z całym bagażem zła i dobra, zagrożeń i bezpieczeństwa. Póki co, przyjeżdżam tu w jak najlepszym poczuciu i cieszę się, jeśli dostaję propozycje pracy. Czuję z nim mocno emocjonalnie związany.

Przed Panem premiera filmowa. Kogo Pan zagrał w filmie pt. Syberiada polska w reż. Janusza Zaorskiego?


- Korcza, nauczyciela, który został wywieziony z córką na Syberię w 1942 roku. Uczy polskiego i za to zostaje zesłany do łagru, z którego wraca jako kompletna ruina człowieka. W przejmującej scenie, kiedy po powrocie spotyka córkę, a ona go nie poznaje, jest starcem, zarośniętym, brudnym żebrakiem. Korcz przeszedł przez piekło, po czym szybko umarł, bo w dniu zwycięstwa. Film opowiada o piekle wojny i zesłań. W latach 80. byłem w Chabarowsku, poznałem tam potomków zesłanych Polaków. Byliśmy wtedy z żoną poruszeni ich niezwykłym wewnętrznym pięknem. Pytani, czy nie chcą wrócić, mówili, że zachowują polskość, ale jednocześnie asymilują się. Emanował z nich spokój, a przeszłość ich przodków była okropna. Warto, żeby powstawały takie filmy, bo pokazują nie tylko naszą naturę, ale także ciągle pokazują, kim jest człowiek.

Nawiązując do powieści Wroniec, do losu zesłańców - człowiek może podnieść się po przeżyciu strasznego losu, tragedii. W czym leży siła człowieka?


- W możliwości niepoddawania się. Dorośli zachowują cechy dziecka także wtedy, kiedy się nie poddają, są wierni wyznawanym zasadom. Wielu ludzi, którzy przeszli obóz koncentracyjny, a pozostali wierni swoim wartościom, podnieśli się i żyl dalej, zdrowi psychicznie. Jesteśmy sumą paradoksów, co można stwierdzić, oglądając ludzkie piekła różnego rodzaju, także zupełnie prywatne.

Kim w Pana życiu był Bogusław Schaeffer?


- Dzięki niemu przeszedłem niezwykłą szkołę komponowania napięć, rytmów, przestrzeni. Poznałem go jako bardzo młody człowiek w 1963 roku. Zaczynając studia, obserwowałem jego pracę w szkole teatralnej, zetknąłem się z awangardą muzyczną i teatralną. Dostałem dzięki temu narzędzie komponowania, analizowania. Komponując "Wrońca", posługuję się narzędziami sprzed wielu lat. Konstrukcja "Wrońca" to rozsypana partytura, puzzle czekające na złożenie. Bardzo kolorowe, ale trzeba je dobrze dopasować, żeby stały się czytelną całością. Każda część zawiera treść, ale można ją odczytać dopiero w całości, bo osobno nie mają większego znaczenia. Sam fakt składania jest energetyczny, to ekscytujący proces prowadzący do powstania pełnego obrazu. Tej zasady nauczył mnie Schaeffer. Można ją zastosować w każdej innej literaturze z Szekspirem i Czechowem włącznie, jest stricte matematyczna, czy raczej muzyczna. Doświadczenia zdobyte dzięki pracy z Bogusławem Schaefferem stosuję bezpośrednio, one mają nieskończone możliwości. Schaeffer w moim życiu pełni rolę poznawczą, wychowawczą, kształtującą. Od naszego poznania do dziś jest moim mistrzem, w pełnym znaczeniu tego słowa.

Nie lubi Pan seriali, ale patrząc na Pana, przypominam sobie ojca Romka z serialu pt. Rodzina zastępcza. Mądre seriale są potrzebne?

- Serial może być mądry. Do odcinka tego serialu zaprosił mnie Michał Kwieciński, razem pracowaliśmy przy świetnym spektaklu telewizyjnym pt. Usta Micka Jaggera. Nie odmówiłem i nie żałuję, choć nie powinienem był tego robić. Nie lubię seriali, choć uznaję, że mogą być wartościowe. W zawodowym życiu robię tak dużo, że nie mam czasu oglądać seriali ani pracować w nich. To szczęście innych ludzi. Moje jest gdzie indziej. I nie czuję się ani lepszy, ani gorszy od innych.

Małgorzata Matuszewska
POLSKA Gazeta Wrocławska
7 marca 2011
Portrety
Jan Peszek

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia