Warto ufać widzom

rozmowa z Bronisławem Wrocławskim

Teatr nie zbawi świata, ale okazuje się, że inspiruje do zadawania sobie trudu myślenia. Miałem wiele tego rodzaju doświadczeń. Na koniec "Śmierci komiwojażera" chustki szły w ruch, panie dostawały spazmów, pocieszali je mężowie. Każdy zobaczył coś z życia swojej rodziny. Co więcej aktor może zrobić?

Z Bronisławem Wrocławskim rozmawia Jacek Cieślak

RZ: W znakomitym „Rewersie” gra pan redaktora naczelnego wydawnictwa, którego aresztuje UB. Rzecz dzieje się w czasach stalinowskich, kiedy pan się urodził. Jakie są doświadczenia rodzinne z tamtych lat?


Ojciec był przed wojną elektrykiem. Montował pierwsze aparaty rentgenowskie w Łodzi. Przed wrześniem został powołany do wojska, do Dęblina. Potem już tylko uciekali. Najpierw na Węgry, gdzie jego oddział został internowany. Wymykali się z obozu w małych grupkach, a Węgrzy przymykali na to oko. Później przez Rumunię trafił do Splitu w Jugosławii. A stamtąd na węglowych statkach do Maroka, które było pod francuskim protektoratem. Wspominał wspaniałe przyjęcie – stoły pełne jedzenia i owoców. Ale celem była Szkocja. Służył tam w 302. Dywizjonie Bombowców. Zachowały się jeszcze legitymacja i odznaki. Był w obsłudze naziemnej, ale kilka razy brał udział w lotach bojowych na pokładzie lancastera. Opowiadał tragiczne historie o powrotach podziurawionych samolotów. Ledwo dolatywały do lotniska. W 1947 roku wrócił do Polski i nie mógł znaleźć pracy. Szykan nie było, ale czuł się marginalizowany. Większe problemy miał mój teść, major armii Andersa. Już nie wrócił na profesorską katedrę, a w 1950 roku nagle zniknął na parę miesięcy. Siedział w więzieniu. Później udzielał, po cichu, korepetycji z angielskiego.

Jaka atmosfera panowała w domu?

W czwartki odbywały się kolacyjki starszych panów. Przychodził wuj Józio, maszynista. Przed 1939 rokiem należał do kolejowej arystokracji – lokomotywę obsługiwało się wtedy w białych rękawiczkach. Bywali mistrz tkacki Schultz i wuj Ewaryst, księgowy. Znali się z przedwojennej fabryki dywanów, której współwłaścicielem był daleki wuj Uliński. Już w luźniejszym klimacie panowie, rozebrani do szelek, grali w preferansa. Napatrzyłem się na ludzi z przedwojennym sznytem. Pozostało mi zamiłowanie do szelek.

Holokaust zdziesiątkował Łódź. Jaka była po wojnie?

Kilku moich kolegów pochodzenia żydowskiego ze szkoły i podwórka wyjechało w 1968 roku do Izraela.

A inni?

Większość źle skończyła. Wychowałem się na Bałutach, obok „Parku śledzia”, w mało bezpiecznym miejscu. W czasie wojny było tam getto. Grając w piłkę, wykopałem dzbanuszek z monetami. Mam ich jeszcze parę.

Przed „Rewersem” oglądaliśmy pana w „Radegaście”, filmie dokumentalnym Barta i Lankosza o łódzkim getcie.

Andrzej Bart poprosił mnie, żebym był tam komentatorem. A później Borys Lankosz dał do przeczytania scenariusz „Rewersu”. Poczułem smak artystycznej prozy. Prawdziwą literaturę. Spodobało mi się, że pokazuje lata stalinowskie nie w martyrologiczny sposób, tylko z perspektywy zwykłych ludzi. I atrakcyjnie, poprzez kryminalną fabułę – groteskowo. Bo system był straszny, ale i tragikomiczny. Pamiętam polityczny kryzys, który wybuchł w 1961 roku, po inwazji w Zatoce Świń. Niby bawiłem się beztrosko na podwórku, ale widziałem, jak robotnicy budowali schrony w nowych blokach. Ojciec słuchał Radia Wolna Europa i powiedział, że musimy się przygotować na najgorsze. Dodał: „Trzeba suchej kiełbasy kupić!”.

Jak u Gombrowicza.

A mama odpowiedziała: „A gdzie my będziemy tę kiełbasę trzymać?”. W takich sytuacjach ujawniała się groza i śmieszność.

Przed „Rewersem” nie pokazywano socjalistycznych gabinetów, gdzie szef uprawia seks z sekretarką na biurku pod portretem Lenina.

W tej sferze życie toczyło się normalnie. Tak myślę.

Jak pan trafił do zawodu?

Pani nauczycielka od polskiego kazała nauczyć się wiersza. Powiedziałem go chyba lepiej od innych, bo dostałem propozycję występu na apelu. Chodziłem do Liceum im. Władysława Broniewskiego, ale nie chciałem mówić utworów wojennych czy patriotycznych. Znalazłem liryk miłosny „Przypływ”.

„W morze spienione, w szumiące
morze
gwiazdy spadały i nikły
Oto ci serce dzisiaj otworzę
To przypływ, miła, to przypływ!”.

Tak się złożyło, że mówiąc te piękne strofy, patrzyłem na swoją lubą i wyznawałem jej młodzieńczą miłość. Ale czułość, z jaką recytowałem, wywarła chyba wrażenie nie tylko na ukochanej. Koledzy zaczęli krzyczeć „Bis!”. Pewnie żeby nie iść na lekcje. Ale kiedy jeszcze raz powiedziałem trzykartkowy referat miłosny – zapadła wyjątkowa cisza. Dziś jako aktor wiem, że tak nagradza się niebanalny występ. Gdyby nie to, skończyłoby się pewnie na wygłupie. Potem był konkurs recytatorski, teatr amatorski. I tak mi zostało.

Po łódzkiej szkole trafił pan do Olsztyna.

W Łodzi nikt mnie nie chciał zaangażować. Nadarzyła się okazja, postanowiłem się wyrwać z domu. Poszaleć. Bardzo sobie chwalę tamten sezon. Założyłem z olsztyńskimi jazzmenami klub poetycki. Nauczyłem się radia. Grałem z Wandą Laskowską. Wsiadaliśmy do autobusu i jechaliśmy do Braniewa, innych pięknych miejscowości albo jednostek wojskowych. Zdarzało się, że na widowni było zielono od mundurów i panowała cisza. A potem brawa. Okazało się, że był rozkaz, by w czasie spektaklu się nie śmiać. Często nie mieliśmy garderoby. Przebieraliśmy się w kulisach. Kiedy graliśmy zimą, woda zamarzała w wiaderkach. To była dobra szkoła aktorstwa. Trzeba było dać z siebie więcej.

Zamojskie Lato Teatralne to spotkania z Szekspirem w plenerze.

Zainicjował je Jan Machulski z Teatrem Ochota. Zaprosił mnie i zagrałem w „Królu Lirze”, „Ryszardzie III”, „Miarce za miarkę”. Był też „Makbet” w fosie i „Otello” na rynku przed ratuszem. Muzykę komponował Niemen albo Grechuta, który z Zamościa pochodził. Plener funduje wiele zbiegów okoliczności, które wzbogacają dramaturgię. „Otella” nie zapomnę nigdy. Rynek był pełen ludzi. Siedzieli w oknach i na dachach kamieniczek. Operator lotniczego reflektora uchwycił puszczyka w locie, gdy właśnie o puszczyku mówiłem. Zbliżała się burza. Podświadomie myślałem, jak tu szybciej skończyć, bo miałem na sobie farbę, która w deszczu mogła spłynąć. W dwie minuty po ukłonach rozpoczęła się ulewa, która zmyła wszystko. Czegóż więcej żądać od teatru?

Debiut kinowy w „Vabanku 2” w roli Sztyca to było wejście smoka.

Juliusz Machulski wyczuł szansę na kostiumową kreację w przedwojennej aurze.

Musiał się pan czuć jak w rodzinnym domu.

Beata Tyszkiewicz powiedziała: „Świetnie pan nosi kapelusz!”. A to miałem po ojcu ojca, który zawsze nosił kapelusze ze Skoczowa z lekko przygiętym rondem i rękawiczki z renifera.

Ale nie był pan do końca retro. Kramer się dziwił, że maszyna może latać, a pan proponował ucieczkę do Szwajcarii – samolotem.

Kiedy mieliśmy kręcić samolotową scenę, zasiedliśmy w kukuruźniku. Ujęcie miało być trickowe, w maszynie przywiązanej do ziemi. Okazało się jednak, że znam pilota. Zacząłem żartować, co by było... No i polecieliśmy! W starej latającej budzie nie było się czego złapać. Towarzystwo Leonarda Pietraszaka było niepowtarzalne. Bawiliśmy się rolami w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu, bo wcześniej przygotowywaliśmy się na próbach. W filmie rzadko się to zdarza. Bawiliśmy się też poza planem. Jednego dnia mieliśmy wolne i lekko przesadziliśmy.

Balantines, najlepsza whisky na świecie?

Poszliśmy w miasto, bo nie mieliśmy tekstu do nauczenia. Kiedy wróciliśmy na krótką chwilę wypoczynku do mojego domu, okazało się, że przysłano nam nowy tekst. Po niemiecku! Leonard szybko opanował sytuację. Powiedział: „Nic się nie martw, mówimy tylko »nicht fersztejen«, a cienie pod oczami przysłonią nam kapelusze...”. Było tak, jak powiedział. Kilka lat temu grałem w filmie Andrzeja Maleszki, z udziałem wielu statystów. Okazało się, że są z fanklubu „Vabanku”. Nie pamiętałem moich kwestii, a oni recytowali wszystko, jak leci.

Dziś wszyscy zachwycają się trikami w „Avatarze”, a Szuflandię w „King Size” trzeba było zbudować naprawdę.

Z Lonią Charewiczem graliśmy krasnali. Podbijał mnie z huśtawki, wylatywałem w górę i wpadałem do komina. Tak było w scenariuszu. Ale jak to nakręcić? Nagraliśmy scenę od tyłu. Zawisłem na szelkach i opuszczono mnie na huśtawkę. Cudem było, że mieliśmy magnetowid. Mogliśmy oglądać duble. Taśmy starczało na dwa – góra trzy. Amerykanie w takich sytuacjach mówią, że się dobrze bawili. A my jeszcze powiedzieliśmy coś o naszym kraju.

W teatrze zdobył pan wiele nagród za spektakle „Przychodzi mężczyzna do kobiety” i „Tutam”.

W „Tutam” rozpocząłem współpracę z Jackiem Orłowskim. To był jego dyplom. Z początku byłem trochę nieufny. A okazało się, że spotkałem reżysera wyjątkowo wrażliwego, dociekliwego i zawsze dobrze przygotowanego. Zrobiliśmy już dziesięć spektakli, ale, na dobrą sprawę, mamy jednego bohatera – człowieka i aktora. Łączę ich swoją osobą.

Orłowski robi teatr surowy, bez dekoracji. Wszystko spoczywa na panu.

Nie ma się za co schować i to jest pobudzające.

Monodramy Erica Bogosiana zaczął pan grać w spektaklu „Sex, prochy i rock and roll”. Pokazał pan amerykański sen, który jest podszyty kłamstwem i bywa, że kończy się niespełnieniem.

Dostałem tłumaczenie od Sławomira Chwastowskiego i z początku wydawało mi się, że te sztuki są zbyt amerykańskie. Minął rok i poczułem, że Ameryka nas dogoniła. Naszymi problemami są frustracja i zagubienie. Jak mówi Bogosian, wszyscy wszystko wiedzą, a nic nie ma żadnego znaczenia. Był jednak problem. Nie wiedzieliśmy, jak się zabrać do sztuk, bo to były monologi.

Stand up comedy.

Teraz w Polsce znają to wszyscy. Ale wtedy? Zaczęliśmy tę historię. A niedawno przyszedł do mnie widz ze Śremu i opowiedział, że wraz z grupą znajomych, solidnych obywateli, założył teatrzyk. Poprosił o zgodę na granie „Seksu...”, który oglądał już dziesięć razy: dziewięć razy z DVD rejestrację spektaklu pokazywanego przez TVP Kultura, a ostatnio na żywo. Powiedział, że sztuka utrzymuje go w przekonaniu, że trzeba czynić dobro. Przyszła też do mnie młodzież licealna, która znalazła w monodramach Bogosiana klucz do pisania własnych tekstów. Zaprosili mnie, pokazali trzygodzinny program. Teatr nie zbawi świata, ale okazuje się, że inspiruje do zadawania sobie trudu myślenia. Miałem wiele tego rodzaju doświadczeń. Na koniec „Śmierci komiwojażera” chustki szły w ruch, panie dostawały spazmów, pocieszali je mężowie. Każdy zobaczył coś z życia swojej rodziny. Co więcej aktor może zrobić?

Ile razy zagrał pan monodramy Bogosiana?

Żartuję sobie czasem, że lubię przystąpić do sztuki, która idzie co najmniej sto razy. No bo jak? Reżyser zrobi, pojedzie, ja się morduję, a tu raptem zdejmują mi spektakl po trzydziestu wyjściach na scenę. A mówiąc serio, „Seks...” przez 12 lat zagraliśmy ponad sześćset razy – do śmiechu. „Czołem wbijając gwoździe w podłogę” dwieście kilkadziesiąt razy – dla refleksji. A „Obudź się i poczuj smak kawy” sto razy – do płaczu. Ten ostatni monodram jest najpoważniejszy, najtrudniejszy. Mówi o konieczności dokonywania wyborów zgodnych z własnym sumieniem. Nieuleganiu modzie.

Pan się nie pogubił.

Staram się twardo stąpać po ziemi. Analizuję swoje postaci i dowiaduję się coraz więcej o sobie. Najnowszy spektakl „Przypadek Iwana Iljicza” według opowiadania Lwa Tołstoja dotyka tematu śmierci. Daleko zaszliśmy. Boję się, co dalej.

Serial „Barwy szczęścia”...

Mam, nomen omen, szczęście pracować ze świetnymi ludźmi, m.in. Dorotą Kolak i młodymi adeptami sztuki aktorskiej. Towarzystwo jest sympatyczne, a producenci i reżyserzy, scenarzyści pozwalają więcej grać, niż mówić. Warto zaufać inteligencji publiczności. W myśl starej zasady, że jak aktor chce dobrze zagrać – to zagra, a widz to zrozumie. Wystarczy go odpowiednio zachęcić.

Bronisław Wrocławski - Prawie całe życie związał z Łodzią. Skończył tamtejszą Filmówkę – dziś jest jej wykładowcą i aktorem Teatru im. Stefana Jaracza, gdzie przebojami są monodramy Erica Bogosiana w jego wykonaniu: „Sex, prochy i rock and roll”, „Czołem wbijając gwoździe w podłogę” i „Obudź się i poczuj smak kawy”.

Chyba jedynie przywiązaniem do Łodzi można wytłumaczyć, że nie święci triumfów w jednym z warszawskich teatrów, gdzie zostałby też obsypany propozycjami filmowymi. Tylko kilka razy w miesiącu przyjeżdża do stolicy, żeby grać w serialu „Barwy szczęścia”. Ostatnio mogliśmy go podziwiać w „Rewersie” Borysa Lankosza, gdzie zagrał dyrektora wydawnictwa. Wcześniej wcielił się postać Ojca Leona w „Idealnym facecie dla mojej dziewczyny”, przypominającą pewnego toruńskiego księdza.

Rewelacyjny debiut miał w „Vabanku II” Juliusza Machulskiego – zagrał niezapomnianego Edwarda Sztyca. Potem oglądaliśmy go w „King Size”. Stworzył charakterystyczne postaci we „Francuskim numerze” i „Ciele”. Ma 58 lat.

"Vabank 2, czyli riposta"
3.35 | Kino Polska | PIĄTEK

"Barwy szczęścia"
20.05 | tvp 2 | poniedziałek – czwartek

„Obudź się i poczuj smak kawy”
18.00 i 20.30, 19 stycznia, piątek - Teatr Korez w Katowicach, 3. Katowicki Karnawał Komedii

Jacek Cieslak
Rzeczpospolita
29 stycznia 2010

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia