Wartościowy, ale za mało otwarty

festiwal Solidarity of Arts

Fantastycznym monodramem Krystyny Jandy "Biała bluzka" zakończył się w środę festiwal Solidarity of Arts. Dyskusyjnie wypadła natomiast "solidarnościowa" interpretacja "Makbeta" w Operze Bałtyckiej w niedzielę. Choć trwający ponad trzy tygodnie festiwal pokazał, że imprezy ze słowem "Solidarność" mogą być ciekawe i wartościowe, w przyszłym roku organizatorzy powinni pomyśleć o większej ilości wydarzeń otwartych dla szerszej publiczności.

Warto było czekać na spektakl "Biała bluzka" [na zdjęciu] w reżyserii Magdy Umer pół godziny dłużej (z powodu wypadku na linii kolejowej, aktorzy dotarli ze sporym opóźnieniem), gdyż fenomenalna rola Krystyny Jandy dosłownie wbijała w fotel i przez cały czas trwania przyciągał uwagę. Opowieść o młodej kobiecie mieszkającej w Polsce w latach 80. była fascynującym portretem społecznym, ukazującym świetnie kontekst politycznych realiów w trakcie stanu wojennego. Życiowe rozterki głównej bohaterki, Elżbiety, ukazane w formie dialogu, a jak się później okazało monologu z samą sobą, fantastycznie nakreśliły zderzenie emocjonalnego i racjonalnego spojrzenia na rzeczywistość.

Krystyna Janda grała naturalnie, mówiąc niemal słowotokiem, charakterystycznym dla płci pięknej, czasem rozbawiając publiczność do łez, innym razem mówiąc poważnie o miłosnych i społecznych problemach bohaterki, a także nałogu alkoholowym. Spektakl będący adaptacją opowiadania Agnieszki Osieckiej, w ogóle nie stracił aktualności - pomijając wydarzenia sprzed trzydziestu lat, archiwalne filmy wideo ze stanu wojennego czy okresu wydarzeń strajkowych, wszystko to co działo się w "Białej bluzce" rozgrywa się przecież w wielu domach take obecnie. Swego rodzaju nieprzystosowanie i osobiste, czasem nietypowe spojrzenie na świat, o którym w ostatniej części spektaklu mówi Elżbieta, drastycznie zderza się z normami społecznymi i oczekiwaniami, z którymi wiele kobiet najzwyczajniej w świecie nie potrafi sobie poradzić. Czy może uratować je miłość, nad czym zastanawia się w końcowej części spektaklu bohaterka? Możliwe, ale jak pokazuje tamta i obecna sytuacja, rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona.

Najbardziej dyskusyjnym wydarzeniem festiwalu była prawdopodobnie opera "Makbet" Verdiego według dramatu Szekspira, która miała swoją premierę 5 września w Operze Bałtyckiej. Gdański reżyser Marek Weiss zaprosił do współpracy uznanych śpiewaków - w tytułowej roli wystąpił świetny włoski baryton Vittorio Vitelli, a wtórowała mu nie słabsza Katarzyna Hołysz w roli Lady Makbet. Równie udane kreacje stworzyli m.in. Daniel Borowski (Banko) i Paweł Skałuba (Makduf), co złożyło się na naprawdę przejmujące i udane wokalnie przedstawienie.

Sporo emocji, ale już nie tak jednoznacznie pozytywnych, wzbudziła interpretacja opery zaproponowana przez Weissa, który tragiczną walkę o władzę Makbeta wykorzystał do symbolicznych przemyśleń na temat wartości "Solidarności". Kulminacja odwołań do realiów PRL nastąpiła w czwartym akcie, gdy chór przebrany za stoczniowców, klęcząc pod ustawioną na scenie makietą pomnika Poległych Stoczniowców, odśpiewał partie o umęczonej ojczyźnie. Ten sam chór w finałowej scenie zmienia się w wojska Makdufa, które kroczą pokonać Makbeta. Drzewa i gałęzie Lasu Birmańskiego zastępują jednak legendarna stoczniowa brama i kwiaty do niej przyczepione. Trudno jednak odpowiedzieć na pytanie, co nowego metafora solidarnościowa pokazana przez Weissa - oprócz momentami nachalnego epatowania symbolami "Solidarności" - wnosi do interpretacji wydarzeń sprzed 30 lat.

Mocnym punktem festiwalu była premiera również "Vivo XXX" Pawła Mykietyna 29 sierpnia. Ponad godzinna muzyczna interpretacja skojarzeń związanych z okresem powstania "Solidarności" świetnie zobrazowała dramatyzm, niepokój, ale też piękno odwagi i zjednoczenia. Mykietyn posłużył się całą gamą środków, by symbolika zawarta w utworze była jak najbardziej sugestywna. Oprócz wielkiej orkiestry symfonicznej i chóru, można było usłyszeć barwy i dźwięki generowane elektronicznie, były odgłosy radia, a nawet pieśni ludowe. Każdy element był dla całości niezbędny, a jego umiejscowienie - głęboko przemyślane.

Najbardziej przystępnym, zarówno pod względem formy jak i dostępności, był plenerowy koncert Możdżer+, który odbył się 21 sierpnia. Mnogość scenicznych gwiazd - jak John Scofield, Marcus Miller, Steve Swallow, Lars Danielsson czy Zohar Fresco - ukazała różnorodność jazzu. Możdżer udowodnił, że jest artystą wszechstronnym, zręcznie poruszając się między różnymi odmianami tego gatunku. Było różnorodnie, ale nie chaotycznie, było zadziornie, aby za chwilę być przyjemnie. Zarówno wizualnie i dźwiękowo widowisko pokazało, że Trójmiasto stać na wielkie wydarzenia muzyczne.

Trwający od połowy sierpnia festiwal Solidarity of Arts spełnił swoje zadanie - pokazał, że za pomocą przeróżnych dziedzin sztuki można w interesujący sposób mówić o - zdawałoby się do granic już wyeksploatowanych - ideach "Solidarnośći". Podczas następnych edycji imprezy organizatorzy powinni jednak pomyśleć o większej ilości wydarzeń otwartych dla szerszej publiczności. Jedynie widowisko Możdżer+ zostało pomyślane jako wydarzenie masowe, "Biała Bluzka", "Makbet" czy koncert Mykietyna wymagały już jednak bardziej wyspecjalizowanych widzów. Solidarity of Arts - rozwijając formułę słabego Festiwalu Gwiazd i zastępując trochę nieprzemyślany Festiwal Solidarności - ma szansę stać się naprawdę ważnym wydarzeniem mówiącym o "Solidarności" w skali ogólnopolskiej. Organizatorzy muszą jednak pamiętać, o tym - aby zachowując wysoki poziom artystyczny wydarzeń - otworzyć je dla jak najszerszej i najbardziej zróżnicowanej publiczności. A to wcale nie takie łatwe zadanie.

Jakub Knera, Łukasz Stafiej, SW, PR
trojmiasto.pl
13 września 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia