Waszych reżyserów też wsadzają do więzienia?

Rozmowa z Agnieszką Lubomirą Piotrowską

Zdarzały się sytuacje, gdy mój przekład sztuki klasycznej czy współczesnej był trudny do rozpoznania, ale nie jestem ortodoksyjna. Uważam, że ja swoją robotę zrobiłam, przygotowałam materiał dla reżysera, a on niech z nim robi, co uważa, niech lepi z niego swój świat. Nie jestem nadzorczynią, tylko tłumaczką podającą reżyserowi świat dramatopisarza, a on go przenosi do świata swojego.

Z Agnieszką Lubomirą Piotrowską rozmawia Maciej Stroiński.

Maciej Stroiński: Twój przekład Czechowa (Dramaty, wyd. Officyna, Łódź 2019) ukazał się i odniósł sukces krótko przed "zamknięciem świata". Poszedł cały pierwszy nakład, jeśli dobrze myślę. Miałaś farta! Udzieliłaś wielu wywiadów i zrobiło się o tej książce naprawdę głośno. Czy jest jakieś pytanie, którego jeszcze nikt Ci przy tej okazji nie zadał, a chciałabyś je usłyszeć? Na przykład: co nosisz w torebce?

Agnieszka Lubomira Piotrowska - Tak, to prawda. Antologia ukazała się pod koniec grudnia i zdążyłam odbyć kilka spotkań, ukazało się sporo recenzji i wywiadów, zauważono ją w środowisku teatralnym. Promocja była zaplanowana na całą wiosnę, więc kilka spotkań musiało zostać już odwołanych. Ale faktycznie, cały nakład oraz dodruk w miękkiej oprawie zostały wyprzedane. Planowany jest kolejny dodruk. Spotkań i rozmów odbyło się tyle, że pytania wręcz zaczęły się powtarzać. Na szczęście nikt o torebkę nie pytał. A jeśliby pytał, to raczej należałoby postawić pytanie: "Czego nie masz w torebce?", bo ja nieustannie zmieniam torebki/torby i zawsze zapomnę coś przepakować z jednej do drugiej, i już daleko od domu okazuje się, że nie mam portfela, telefonu, notesu albo czegoś innego, akurat potrzebnego...

Pytanie o torebkę było tylko pozornie z gatunku tak zwanych głupich, ale mnie naprawdę interesuje fizyczne "wyposażenie" ludzi pióra. Czym piszesz i na czym? Jeśli na kompie, to jakim fontem i z jakimi odstępami? Dyskutowałaś z wydawcą, jak ma fizycznie wyglądać Twój zbiór przekładów Czechowa?

- Pracuję zawsze na laptopie i trzymam się też od zawsze standardów wydawniczych: dwunastka, odstęp 1,5, Times New Roman. Ale używam też papieru i ołówka do robienia notatek podczas tłumaczenia, wypisywania wariantów jednego zdania, pomysłów na frazę, wyrażeń, synonimów. Segreguję też sobie zawsze postaci dramatu na kartce i przypisuję im odpowiedni styl mówienia, porządkuję ich języki. Z wydawcą ustalałam kolejność tekstów i układ dramatów, zapis postaci, didaskaliów. Okładkę zamawiałam u stale współpracującego z nim grafika, poznałam już wariant ostateczny. Bardzo jestem z niej zadowolona. Wyszła piękna wizualnie książka.

Odhaczmy ten dyżurny, ale nieprzyjemny temat, bo i ludzie kultury miewają problemy nie tylko "pierwszego świata". Jak koronawirus wpływa na Twój budżet? Teatry nie grają, pozostają wpływy z prozy?

- To naprawdę bolesny temat. Mój dochód roczny w 90% pochodzi z tantiem. Teatry nie grają i pozostaję bez wpływów jakichkolwiek. Prozy tłumaczę mało, skupiłam się wiele lat temu na dramaturgii (wyszukiwaniu nowych tekstów, ich tłumaczeniu i poszukiwaniu dla nich reżyserów i scen), a z powieści wydawałam głównie Władimira Sorokina. Nie ukrywam, że chętnie wróciłabym do prozy, ale nie mam zleceń, dawne kontakty z wydawcami się pourywały, a tłumacz dramaturgii nie jest w tym środowisku zauważany (i chyba poważany), traktowany jest trochę jako tłumacz "użytkowy": przekładam coś, czego zwykle nikt nie drukuje, mój przekład (często w zmienionej już wersji, mocno czasem przyciętej) pada ze sceny, schodzi spektakl - i znika tłumaczenie. Dlatego tak szczególnym dla mnie wydarzeniem jest antologia dramatów Czechowa. Moja pierwsza antologia dramatów w ogóle (chociaż razem z librettami oper i adaptacjami prozy przetłumaczyłam ich już niemal 80).

Ciekawi mnie pewna kwestia lifestyle'owa - między nami dziewczynami. Którą z trzech sióstr jesteś? Byłbym Maszą w wykonaniu Jandy, ale to może kiedyś, po zmianie płci, tymczasem czuję się trochę wujaszkiem Wanią z "Wujaszka Wani", a trochę Siergiejem z "Płatonowa".

- Oj, trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Nie utożsamiam się z postaciami tak mocno i całościowo. Niektóre są mi bliskie, rozumiem je, na przykład właśnie Maszę z "Trzech sióstr" czy Annę z "Płatonowa". Anna jest mi chyba najbliższa ze wszystkich postaci kobiecych. Najbardziej mnie dotyka. I również Płatonow. Tę parę rozumiem, współodczuwam. Ich decyzje życiowe, emocje, ironiczność, wręcz sarkazm wobec samych siebie i otoczenia. Uwielbiałam ich w spektaklu Bogomołowa w Starym Teatrze, w wykonaniu Anny Radwan i Adama Nawojczyka. I jeszcze bardzo lubię doktora Dorna z "Mewy" - z podobnych względów co Płatonowa i Annę. Cudownym Dornem był Paweł Wawrzecki w spektaklu Agnieszki Glińskiej w Teatrze Narodowym.

Jak to się w ogóle stało, że jesteś tłumaczką? Taki był plan od początku?

- Nie, to nie był mój plan. Od zawsze byłam tzw. umysł ścisły, moje ulubione przedmioty to były matematyka i chemia. W podstawówce brałam udział w olimpiadzie chemicznej. Poszłam jednak w liceum do klasy matematycznej (ze względu na niechęć do biologii). Ale z niezrozumiałych dla mnie dziś powodów po semestrze przeniosłam się do klasy humanistycznej, jak się z czasem okazało - klasy humanistycznej z rozszerzonym rosyjskim. Z całej kadry najwspanialszą nauczycielką była rusycystka. No więc - znowu olimpiada. Z tą olimpiadą miałam zapewnione przyjęcie na rusycystykę bez egzaminów. Naprawdę, w życiu nie planowałam tego kierunku, ale w czasach licealnych byłam baaardzo rozrywkowa i podjęłam decyzję, że idę bez egzaminów, bo wolę imprezować, niż uczyć się do egzaminów wstępnych na jakieś inne studia. I chociaż nadal w wolnych chwilach, zamiast czytać książki, rozwiązywałam zadania matematyczne, poszłam na studia filologiczne. Już na pierwszym roku musiała mi przyjść do głowy myśl o przekładzie literackim, bo pamiętam pracę domową z przedmiotu "Praktyczna nauka języka rosyjskiego: pisanie", za którą dostałam szóstkę: opisz pomieszczenie. Napisałam monolog przewodniczki po domu-muzeum słynnej tłumaczki A.L. Piotrowskiej...

Mega! Taką drogę do zawodu lubię. No więc jesteś już tłumaczką i teraz sprawa warsztatu. Masz jakąś swoją strategię? Przekład wierny czy piękny? Bo ciągle się Ciebie czepiają, że NIE TAKI.

- Ooo, to nawet nie wiedziałam, że "ciągle się czepiają". Na szczęście wiele osób ceni moje przekłady. Zawsze staram się być wierna autorowi, jego stylowi, intencjom, zachować piękno jego świata i języka, czy to proza Władimira Sorokina, czy dramaty Antona Czechowa lub Iwana Wyrypajewa. Mam to szczęście, że tłumaczę teksty, które lubię. O tłumaczenie Sorokina bardzo zabiegałam, byłam wtedy początkującą tłumaczką, ale uparłam się, chciałam tłumaczyć mojego ukochanego autora, aż wydawnictwo W.A.B. i osobiście Beata Stasińska z Wydawnictwa W.A.B. zaufała mi i zleciła Sorokina. Przetłumaczyłam siedem jego powieści, każda była wielkim wyzwaniem translatorskim. W pewnym momencie skupiłam się bardziej na dramaturgii i z prozy został mi już tylko raz na kilka lat Sorokin. A dramaturgię współczesną sama wynajduję, jeżdżąc nieustannie na festiwale teatralne i dramaturgiczne do Rosji, czytając teksty przesyłane mi przez autorów. Wybieram sztuki, które uznaję za interesujące dla polskiego teatru i widza, tłumaczę, a potem proponuję reżyserom.

A wracając do moich translatorskich początków, to miałam ogromne szczęście, że (byłam wtedy chyba jeszcze przed dyplomem albo tuż po) znalazłam ogłoszenie w "Gazecie Wyborczej" o naborze na warsztaty dla początkujących tłumaczy z języków słowiańskich. Należało wysłać fragment swojego przekładu i na ich tej podstawie komisja wybierała uczestników. Wysłałam esej Nabokowa - mój pierwszy przekład i debiut (tekst został opublikowany w "Zeszytach Literackich"). Z tych warsztatów organizowanych przez Fundację Batorego zrodziły się coroczne letnie warsztaty już tylko z języków wschodniosłowiańskich organizowane przez Międzynarodową Szkołę Humanistyczną Europy Środkowo-Wschodniej. Przez dwa lata zaraz po dyplomie pracowałam też w redakcji "Literatury na Świecie", byłam tam redaktorką działu literatur słowiańskich i uczyłam się warsztatu tłumacza i redaktora od najlepszych.

Jak Ci się współpracuje z reżyserami? A zwłaszcza z młodymi, którzy lubią tekst wziąć i go, cokolwiek to znaczy, przepisać. Idziesz potem na spektakl (jak to abstrakcyjnie brzmi obecnie!) i co słyszysz? Nie swój przekład. Stosujesz czasem "nadzór autorski"? Kolega radca prawny mi podszepnął, że jest coś takiego. Pytam jako powoli rozkręcający się tłumacz: ile wolno wojewodzie? Bo mam obawę, że jak tylko coś pisnę, to reżyser zrobi to, co ludzie teatru potrafią najlepiej: strzeli focha.

- Rosyjskie sztuki współczesne są w zdecydowanej większości pisane klasycznie, opowiadają współczesne historie współczesnym językiem w tradycyjnej formie. Sięgają więc po nie najczęściej reżyserzy, którzy szukają takiego materiału i na nim pracują. Część tekstów znów to pewne zamknięte partytury, jak sztuki Iwana Wyrypajewa czy chociażby wystawione niedawno w Teatrze Polskim w Poznaniu oratorium "28 dni. Tragedia cyklu miesiączkowego" Olgi Szalajewy. Z takich tekstów usuwasz jedną cegiełkę i cały się rozsypuje. Znowu więc - sięgają po nie reżyserzy zafascynowani propozycją dramatopisarza. Owszem, zdarzały mi się sytuacje, gdy mój przekład sztuki klasycznej czy współczesnej był trudny do rozpoznania, ale wiesz, ja nie jestem ortodoksyjna. Uważam, że ja swoją robotę zrobiłam, przygotowałam materiał dla reżysera, a on niech z nim robi, co uważa, co czuje, jak go czyta, niech lepi z niego swój świat. Ja się w tym świecie odnajdę lub nie, ale nie jestem nadzorczynią, tylko tłumaczką podającą reżyserowi świat dramatopisarza, a on go przenosi do świata swojego.

No to masz zdrowe podejście! Jeździsz często do Rosji - na festiwale teatralne i literackie. Wolisz teatr ich czy nasz? Co w Rosji robią inaczej?

- To się tak nie da: wolę ten albo tamten. Oba wolę. A przede wszystkim wolę dobry teatr. Nasze teatry są bardzo różnorodne, nie da się powiedzieć, co konkretnie "robią inaczej". Na pewno kształcenie odbywa się nieco inaczej, jest dużo więcej szkół teatralnych, mających też swobodę w układaniu programu. Na przykład Kiriłł Sieriebriennikow stworzył swój "kurs" w Szkole-Studiu MChAT (w ich szkolnictwie jeden mistrz prowadzi jeden rocznik od początku do dyplomu) i teraz jego pierwszy rocznik stanowi trzon zespołu w jego teatrze Gogol-centr: rocznik kaskaderów, świetni aktorsko, świetni tanecznie, śpiewają nawet pieśni barokowe w jednym z ostatnich spektakli Kiriłła "Barokko". Roczniki absolwentów również Szkoły-Studia MChAT, ale z "kursu" zmarłego rok temu Dmitrija Brusnikina, nazywane brusnikincami, stworzyły własną grupę teatralną. Jest sporo teatrów niezależnych, żyjących z grantów i datków od widzów, przoduje w tym Petersburg. I często pracują tam znani reżyserzy. Tak samo funkcjonują znane na całym świecie Teatr.doc w Moskwie i Kolada Teatr w Jekaterynburgu. To prywatne teatry, które czasem otrzymają jakiś grant, a utrzymują się głównie ze sprzedaży biletów i z datków. Z drugiej strony są megabogate teatry narodowe - "federalne". Oglądasz ich spektakle, widowiska i rozumiesz, że za budżet scenografii utrzymałby się niejeden polski teatr. No i jeszcze jedna różnica: sponsorzy. Oligarchowie, biznesmeni wspierają duże państwowe teatry. Każdy duży, dobry, ceniony teatr tworzy fundację, która zbiera pieniądze od bogaczy. Na przykład Roman Abramowicz wspiera m.in. Teatr Bolszoj, Gogol-centr Sieriebriennikowa. Fundacja oligarchy Dmitrija Prochorowa - Teatr Narodów i Festiwal Złota Maska. No i jeszcze jedna różnica. W grudniu w Petersburgu miałam spotkanie w Bibliotece Teatralnej, opowiadałam o polskim teatrze. I padło pytanie z sali "Czy waszych reżyserów też wsadzają do więzień?".

A teraz wróćmy do kraju. Idziesz na wybory?

- Zależy, kiedy będą i w jakim trybie. Nigdy nie opuściłam jeszcze wyborów, ani razu, ale w wypadku najbliższych będzie pewnie ten pierwszy raz.

W czasie kwarantanny nie mam na nic siły: ani pisać, ani oglądać (zwłaszcza teatru w sieci), ani na wybory. Z życia wewnętrznego zostało mi czytanie, m.in. Lorki i Twojego Czechowa, oraz audiobooki, głównie Witkowskiego. Szukam tekstów smutnych, najlepiej, żeby bohaterowie też siedzieli na chacie i mieli wszystkiego potąd. Cytując "Wszystko o mojej matce" Borczucha: "A Ty czym się pocieszasz?"

- Mam tak samo: zero energii do pracy, nie mogę się skupić. Ciągle czytam doniesienia z kraju, Rosji i ze świata, to odbiera resztki sił. Nadrabiam zaległości i oglądam trochę teatru, chociaż w sieci jest trudny do odczucia, zaangażowania. Trochę seriali. I tak dzień za dniem ucieka. Nagrałam miniwykład o relacjach polsko-rosyjskich w teatrze współczesnym dla Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Trochę próbuję pracować, dostałam zlecenie za bardzo marne pieniądze, ale teraz trzeba brać, co dają. Zaproponowałam pewien projekt sieciowy, może uda się go zrealizować. I tym się pocieszam: nadzieją na zlecenia i pracę.

W wywiadzie radiowym mówiłaś, że Czechow był feministą. Ale w sztuce czy w życiu? Bo żył, jeśli się nie mylę, zgodnie z duchem czasu, nie był zbyt rewolucyjny.

- Nazwałam Czechowa feministą ze względu na tworzone przez niego postaci kobiece, na słowa, które one wypowiadają. To kobiety najczęściej nieszczęśliwe w związkach, wykształcone, ale bez pracy, bez zajęcia, czują się zbędne, gorsze w tym męskim świecie. Choćby Anna Wojnicew (Płatonow):

"Nie ma nic gorszego, niż być inteligentną kobietą. Wykształcona kobieta i bez zajęcia... Co ja znaczę, po co żyję? (Pauza) Chcąc nie chcąc, staję się niemoralna ... Jestem niemoralna kobieta, Płatonow... (Śmieje się głośno) Co? I ciebie kocham, może dlatego, że jestem niemoralna (Trze sobie czoło) I zginę ... Takie zawsze giną marnie ... Powinnam być gdzieś profesorem, dyrektorem... Gdybym była dyplomatą, cały świat bym zbałamuciła... Wykształcona kobieta i bez zajęcia. Znaczy niepotrzebna... Konie, krowy i psy są potrzebne, a ty nie, zbyteczna jesteś".

A wszystkie trzy siostry? Znają po trzy języki, wykształcone, bezradne, niepotrzebne, bez celu, bez sensownego zajęcia. Jednocześnie otaczają je, te czechowowskie bohaterki, słabi, bezwolni mężczyźni, którzy w żaden sposób nie mogą, nie umieją być dla nich partnerami. Zauważ też, że prócz Nataszy z "Trzech sióstr" (swoją drogą, ona ustawia sobie życie zgodnie ze swoim planem: ma męża, dom, z którego stopniowo wykurza siostry, bogatego kochanka - szefa jej męża, i dzieci, którymi opiekują się wyznaczone przez nią osoby) żadna kobieta też nie czuje się spełniona jako matka. Weźmy Maszę w "Mewie":

"Miedwiedienko (błagalnie): Jedźmy, Masza! Nasze maleństwo pewnie głodne. Masza: Akurat. Matriona go nakarmi. (Pauza) Miedwiedienko: Szkoda dziecka. Już trzecią noc bez matki. Masza: Nie nudź. Dawniej chociaż pofilozofowałeś, a teraz tylko dziecko, do domu, dziecko, do domu - nic więcej nie słyszę. Miedwiedienko: Jedźmy, Masza! Masza: Sam sobie jedź".

Czechow też unikał stałych tradycyjnych związków, nie chciał dzieci. Kiedy w końcu zdecydował się na małżeństwo z aktorką Olgą Knipper, w listach do przyjaciół podkreślał, że nie planował ślubu, ale to może być nawet udany związek, bo ona jest ciągle w próbach w MChAT w Moskwie, a on mieszka w Jałcie, więc nieczęsto będą się widywać, każdy może się skupić na swoim życiu i pracy.

Co pierwsze zrobisz, gdy się skończy kwarantanna?

- ...zasiądę spokojnie do pracy. Będę się mogła skupić, będę miała (mam nadzieję) zlecenie, zostanę sama z tekstem. Wiesz, po trzech tygodniach w mieszkaniu w centrum Warszawy przeniosłam się na kwarantannę do dużego ponadstuletniego domu moich przyjaciół na Lubelszczyźnie, więc kontaktu z żywymi ludźmi, z naturą i przestrzenią mi nie brakuje. A już stęskniłam się za takim translatorskim cugiem, kiedy wchodzę z głową w świat autora i niczym więcej się nie zajmuję, i niczym nie rozpraszam.

Pozwól, że na koniec zadam Ci rzadkie, nawet szokujące pytanie. Nad czym obecnie pracujesz?

- W mojej obecnej sytuacji to pytanie szokujące. Chyba pierwszy raz w życiu mogę tak odpowiedzieć: nad niczym. To znaczy: zaczęłam robić to małe (pod względem finansowym) zlecenie, napisy do spektaklu na jesienny festiwal (jeśli się odbędzie). Mam kilka pomysłów na sztuki, ale żadnych zleceń czy choćby zapewnień, że jakiś teatr jest zainteresowany. Głównie więc teraz pracuję w ogrodzie. Wczoraj podcinałam gałęzie krzewów i siałam rzodkiewkę.

Bardzo dziękuję za rozmowę!

I- do zobaczenia w nowym (lepszym?) świecie!

___

Agnieszka Lubomira Piotrowska - tłumaczka literatury rosyjskiej, znawczyni teatru i kultury rosyjskiej, kuratorka projektów teatralnych w Polsce i Rosji. Tłumaczyła m.in. powieści Sorokina i Jerofiejewa, dramaturgię klasyczną (m.in. Czechowa, Gogola, Puszkina) i współczesną (m.in. Wyrypajewa, Koladę, Sigariewa, braci Presniakow). Pracowała na filologii rosyjskiej UMCS i w "Literaturze na Świecie". Laureatka Nagrody Stowarzyszenia Autorów ZAIKS "za wybitne osiągnięcia w dziedzinie przekładu literatury rosyjskiej na język polski". Ostatnio ukazała się antologia jej przekładów Czechowa (Dramaty, wydawnictwo Officyna).

Maciej Stroiński
Przekrój
4 maja 2020

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...