Wcale nie "przefajnowane"!

"Król Roger" - reż. Mariusz Treliński - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Coraz bardziej mnie kręci teatr nieaktorski. Nie powiem "niedramatyczny", bo opera przecież przewiduje dramat: wielki, operowy!

Mnie to bierze, bo w śpiewogrze, jak złośliwie moja koleżanka nazywa operę - w śpiewogrze śpiewają, a nie mówią do mnie, a po drugie - o kwiatkach, nie o polityce.

(Przy okazji zaznaczę, że gdyby istniała tylko Opera Krakowska, byłbym nie polubił).

Opera dopiero zaczyna mnie jarać, więc chyba powinienem posłuchać mądrzejszych i powiedzieć, że "Król Roger" w reżyserii Trelińskiego to niefajna sprawa. Tak by wynikało z recepcji prasowej. Jest jechane po Trelińskim, dla odbiorców młodszych: Treliński jest jechany. "Reżyseria to kompletne dno" (Oskar Świtała), "żal dupę ściska" (melomanka cytowana przez Oskara Świtałę), "Treliński odlatuje - pytanie tylko dokąd" (Jacek Hawryluk), "klęska Trelińskiego" (Jacek Marczyński), "dał się ponieść błyskotkom" (Sylwia Krasnodębska), "dyrektor artystyczny Opery Narodowej podszedł do opery Szymanowskiego po raz trzeci. I szkoda" (Dorota Szwarcman), "w Teatrze Wielkim została popełniona zbrodnia. Jej ofiarą padła opera Szymanowskiego, dosłownie zamordowana" (Marcin Bogucki), "był hejt na bankiecie" (esemes od koleżanki), "przefajnowaliśmy" (Jarosław Iwaszkiewicz, współautor libretta). No dobra, już dobra, niech będzie, że ja też tak myślę i że też tak mówię, potępiam "Rogera" w sensie oficjalnym, "bo jestem gruby jak świnia i nie będę się afiszował ze swoimi myślami" (Dorota Masłowska, "Między nami dobrze jest"). A teraz zapraszam do loży dla friendsów i co zaraz powiem, zostaje pomiędzy nami.

(Przy okazji chciałbym sprostować Jacka Marczyńskiego: Elin Rombo, śpiewaczka w roli Roksany, nie nazywa się Rambo!).

Zawsze można liczyć na jakiegoś ignoranta, który nie rozumie, że nie mogło się podobać. Nie powiem, że się nie znają, ale że ktoś musi być tym nieznającym się, no to dobra, ja! Skupmy się na zdaniu autora libretta - o tym, że za fajne. Bo czy w operze można PRZEFAJNOWAĆ? Nie uważam. Opera w oczach laika jest właśnie od tego, by było za bardzo i było za dużo: za dużo świateł, za dużo efektów, za dużo panierki. Spektakl operowy jest jak zestaw w McDonaldzie, burger, frytki, cola: za dużo tłuszczu, za dużo cukru i za dużo soli. I właśnie to I'm loving - I'm lovin' IT! Oczekuję od opery, że będzie droga, zadrożona i po prostu CHORA.

Szymanowski, Iwaszkiewicz i kwestie w stylu "Mój Bóg nad lustrem wód, / W ciemności szklanych fal przeziera się, / By ujrzeć uśmiech swój. / Z różanych zórz ma szaty, / Stopy ma mocne i złote, / Bezskrzydły, a skrzydlaty!" - czego chcieć więcej? Sto procent gejozy. Przy zdaniu "Mój Bóg jest piękny jako ja" bez mej woli się przypomniał świąteczny odcinek "Muppetów" z arią Świnki Piggy: "Wszystko pachnie tak odświętnie, wszystko pachnie tak jak jaaa!".

Główni twórcy wieczoru to nie byli Szymanowski, Treliński i Nowak. Raczej bym powiedział, że Boris Kudlička, Konrad Parol i Marc Heinz: scenografia, ciuchy, światła. Proszę wybaczyć to bezwiedne skojarzenie, które jest jak bezwiedne oddanie moczu, ale nazwiska Kudlička i Heinz, kiedy występują razem, kojarzą mi się z przetwórstwem owoców i warzyw.

Oni "robią wieczór", ponieważ wiadomo: aktor operowy nie umie grać, bo nie jest aktorem, reżyser nie umie wystawiać, bo się nie zna na muzyce, a dyrygent nie patrzy, co się odbywa na scenie. Tylko pan dizajner, pan szafiarz i pan elektryk umieją robić, co robią.

Zaczyna się "Warlikiem": elegancki czarny dekor, segmenty boczne za pleksą, na proscenium kibel. Na środku okrągły stół, a do tego obrotowy. Gdy w tej schludnej przestrzeni pojawi się Pasterz, wyglądający jak dziecko piekarza, będzie przełamanie i zapowiedź drugiej części, która będzie cała biała. Jest nierokokowo, ale też niebiednie. Na taki rodzaj bogactwa język polski ma jedno branżowe słowo: wysuczone. Na przykład Isabelle Huppert jest symbolem wysuczenia: nie musi się pindrzyć, żeby być tą boską Izą. Wysuczone to bogate, ale naprawdę bogate: srebro, a nie złoto. Bogate nie po rosyjsku.

Pierwszy akt jest black, a drugi jest white. W pierwszym scena jest jak showroom, a w drugim jak przymierzalnia. Pomiędzy aktami, w końcówce pierwszego, wydarza się numer, który mnie powalił, scena zarzynania. Facet powiewa nad sceną do góry nogami, krew się z niego leje i skapuje na kobietę, która na okrągłym stole urządza blood orgy. Jak w bożonarodzeniowym odcinku South Parku! Białość drugiej części wynika z okoliczności, że ta scena jest pośmiertna, coś jak na dworcu w Harrym Potterze, część siódma, coś jak w Matriksie po odłączeniu, po powtórnych narodzinach.

Warto się kopnąć do stolicy na to.

Maciej Stroiński
Przekrój online
31 grudnia 2018

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia