Wcale nie taka śmieszna komedia

"Don Juan" - reż. Mikołaj Grabowski - Teatr Ateneum w Warszawie - foto: Bartek Warzecha - mater. prasowe

Molier był geniuszem. W odpowiedzi na zdjęcie z afiszy „Świętoszka" wykpiwającego obłudę religijną, wziął się był za temat hipokryzji w nieco innym ujęciu. Zainspirowała go postać na wpół legendarnego szlachcica, piekielnego Don Juana Tenorio, o którego podbojach i bezwzględnym traktowaniu kobiet krążyło w szesnastowiecznej Europie południowej wiele opowieści, zanim spisał je po raz pierwszy hiszpański dramaturg, Tirso de Molina. Jego „Zwodziciel z Sewilli i kamienny gość" stał się potem także podstawą libretta mozartowskiej opery „Don Giovanni" oraz dramatu Lorda Byrona „Don Juan".

Ale wróćmy do Moliera i do najnowszej inscenizacji jego dzieła w warszawskim Teatrze Ateneum. Przedstawienie w reżyserii Mikołaja Grabowskiego nosi znamiona geniuszu. Nie jest łatwo przenieść na scenę klasykę, która będąc dramatem napisana jest prozą; będąc formalnie komedią, jest w istocie mocnym moralitetem. Molier miał ambicję wychowywać ze sceny i przekaz utworu wcale nie jest lekki ani przyjemny – to paląca satyra, pogłębione studium postaci, przejmująca analiza natury ludzkiej, bezpardonowe obnażanie prawdy.

Grabowskiemu udało się jednak tchnąć w ten utwór wybitnego francuskiego komediopisarza ogromną dawkę humoru, który, zgodnie z zamysłem autora, niweluje i umożliwia widzom emocjonalne przebrnięcie przez zło, przewrotność, krzywdę i ból. Reżyser osiągnął to głównie dzięki gwiazdorskiej obsadzie spektaklu, choć swoją zasługę ma też Jerzy Radziwiłowicz jako autor przekładu, niestroniący od zabawnych współczesnych wtrętów w molierowskim tekście.

Tytułową rolę odegrał wielokrotnie nagradzany za kreacje teatralne i filmowe Tomasz Schuchardt. Jego uroda amanta i szlachetna prezencja poddane zostały konwencji, w której, bardziej niż uwodzicielski i przystojny, Don Juan ma się wydać zblazowanym sybarytą bez skrupułów. I taki jest, w istocie. Schuchardt idealnie wpisał się w postać mężczyzny zmordowanego kolejnymi kobietami, prawie zmęczonego własnym uzależnieniem od seksu i podbojów, znudzonego poczuciem bezkarności. Zapowiadana i w końcu wymierzona mu kara jest niemal ciekawą odmianą dla wyrafinowanego obłudnika i manipulatora, dreszczykiem emocji dla osoby zupełnie już nieczułej na bawienie się ludzką krzywdą. Wykreowana przez aktora postać ma jednak swój urok; jego czar, zdegenerowana inteligencja i odwaga budzą, mimo woli, podziw, i każą się nad nim ostatecznie litować.

Przeciwwagą dla zmanierowanego Don Juana jest jego sługa, Sganarel. Dorota Nowakowska, której reżyser powierzył tę rolę – a było to posunięcie genialne – , zupełnie zawładnęła sceną i wygrała u publiczności wszystko swoim niezwykłym temperamentem. W męskim garniturze, ze skrzekliwym głosem i tanią moralnością prostego człowieka Nowakowska przyćmiewa Don Juana; to ona jest motorem działań, to ona ma najwięcej do powiedzenia, to ona, w finałowej scenie, ma ostatnie słowo. Nowakowska operuje ogromnym talentem komediowym, wyrazistą ekspresją i fantastycznym wyczuciem gestu, ruchu scenicznego, mimiki. Serwuje widzom wybuchy śmiechu nic nie tracąc ze swej żarliwej woli nawrócenia źle prowadzącego się pana, któremu jednak nie przestaje obłudnie przytakiwać i lojalnie służyć w swoim wiernopoddańczym prostactwie. Wspaniała kreacja, świetnie oddany zamysł Moliera.

Paulina Gałązka jako Doña Elwira jest doskonała. Odegrała postać na wskroś tragiczną – kobietę uprowadzoną przez Don Juana z klasztoru, poślubioną i porzuconą, która podąża jego śladem, aby mu... na siłę wybaczać, płaszczyć się przed nim, błagać go o oszukiwanie, że nadal ją kocha. Znam dobrze tę postać z opery Mozarta – Donna Elwira to kobieta prawdziwie niezrównoważona, targana wielkimi namiętnościami, marząca o zemście, ziejąca ogniem furii, uległa, łagodna i przebaczająca – na zmianę. Wszystkie te kolory Gałązka przedstawiła mistrzowsko na scenie Ateneum. Marzę o ujrzeniu tej aktorki w jakiejś większej roli.

Kolejna ofiara naszego casanovy to Karolka pomiatająca swoim narzeczonym, Piotrusiem. Otóż patrząc na Katarzynę Ucherską w roli tej wioskowej piękności, doznaje człowiek przedziwnego uczucia niedowierzania – jak to możliwe, żeby tak cudnie piękna istota mogła być w dodatku tak świetną aktorką? Patrząc na jej twarz, włosy, niebotycznie długie i zgrabne nogi oraz na ogromny talent komediowy, wspaniały głos, magnetyzującą charyzmę i seksapil na scenie, pozostaje osłupiałemu widzowi winszować teatrowi takiej aktorki na etacie. Bezbłędnie odegrała głupiutką lalę o idealnym ciele tworząc z Julią Konarską – w roli kolejnej uwiedzionej wiochny, Małgośki – bardzo zabawny duet sceniczny.

Świetny był również Dariusz Wnuk w podwójnej roli – głupawego Piotrusia ogrywanego przez puszczalską narzeczoną oraz jako Pan Niedziela, naiwny kupiec, którego Don Juan jest dłużnikiem. Aktor był bardzo przejmujący w obydwu kreacjach – policzkowany jako Piotruś, który udaje gieroja, wzbudza politowanie; jednak na jeszcze większą litość zasługuje jako wierzyciel poddany manipulacji aroganckiego i przewrotnego Don Juana. To trafne szyderstwo z ludzi uczciwych i prawych, którzy uwiedzeni słodkimi słówkami i pustymi obietnicami możnych tego świata zbyt łatwo dają sobie odebrać prawo do elementarnej sprawiedliwości.

Bartłomiej Nowosielski i Przemysław Bluszcz wykrzesali wszystko ze swoich ról – występują jako broniący honoru siostry bracia uwiedzionej i porzuconej Elwiry. Konwencja pojedynku, wzniosłe słowa o czci i godności odegrane są z dużą dozą komizmu, choć bez odbierania im należnej powagi. Ponadczasowość dzieła Moliera co raz uderza widza swoją głębią i trafnością, po choćby najserdeczniejszym wybuchu śmiechu. I wstrząsa nim, jak Tomasz Schuchardt w szczerym – szczerość obłudnika! – monologu Don Juana do Sganarela; mówiąc o najlepszym sposobie na bezkarne, wyrachowane życie kosztem innych, nasz bohater twierdzi, że wystarczy przywdziać na siebie maskę świętoszka:

„świątobliwe pochylenie głowy, pokorne westchnienie i oczy wzniesione w górę wystarczą, aby okupić w oczach świata (...) wszystkie postępki. Pod tą wygodną pokrywką pragnę i ja się schronić, i zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim sprawkom. Nie wyrzeknę się bynajmniej dawnych słodkich przyzwyczajeń; ale będę się z niemi starannie ukrywał, zabawiając się w ciszy i bez rozgłosu. Gdyby mnie wreszcie i odkryto, palcem nawet nie potrzebuję ruszyć; cała klika ujmie się za mną natychmiast i bronić mnie będzie zawzięcie wbrew wszystkiemu i przeciw wszystkim. Słowem, to jedyny sposób, aby móc bezkarnie robić, co tylko człowiek zapragnie. Uczynię się cenzorem wszelkich postępków bliźniego, wydawać będę wyroki na wszystkich, a dobre mniemanie mieć będę jedynie o sobie. Gdy mnie kto raz bodaj najlżej obrazi, nie przebaczę mu nigdy, i zachowam dlań, pod maską słodyczy, nieubłaganą nienawiść. Ogłoszę się mścicielem interesów nieba i, pod tym wygodnym pozorem, będę ścigał mych nieprzyjaciół, oskarżając ich o bezbożność." (tu w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego).

Monsieur Molière, czy można być bardziej aktualnym? Retoryczne.

Ale, ale, oto wisienka na torcie wspaniałych aktorskich popisów: przed państwem – Artur Barciś. Trudno wręcz znaleźć słowa adekwatne do opisu wybitnej gry aktorskiej tego artysty. Także on wystąpił w podwójnej roli – leśnego żebraka oraz ojca Don Juana. Już pierwsza, epizodyczna postać, została przez Barcisia odegrana z poruszającą głębią. Jak on operuje głosem! Samym tembrem i natężeniem mowy jest w stanie oddać rozdarcie nędzarza, któremu wielki pan oferuje złocisza w zamian za bluźnierstwo. Natomiast jako Don Ludwik jest przekomiczny – ojciec Don Juana pozornie besztając i potępiając syna za jego niemoralne życie, tak naprawdę dba o własne interesy, o swoją tylko opinię i pozycję na dworze; los syna marnotrawnego w istocie wcale go nie obchodzi – oto obłuda! Prawdziwa jabłoń, od której niedaleko padło jabłko... Ale oddać to wszystko na scenie, w dodatku powodując u publiczności niepohamowane ataki śmiechu w absurdalnej plisowanej kryzie à la Hamlet – to trzeba być Arturem Barcisiem. Chapeau bas, mistrzu, że tak powiem po polsku.

Ostatnia rzecz – Katarzyna Łuszczyk reżyserią światła umiejętnie wspomogła dramatyzm spektaklu, zwłaszcza scen z udziałem posągu Komandora, widoku jego grobu i piekła. Gratuluję reżyserowi, twórcom i całej obsadzie „Don Juana" w Teatrze Ateneum. Z całego serca.

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
15 czerwca 2021

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...