Werter magiczny

Obraz otwierający operę to Werter w długim płaszczu w głębi sceny.

Stoi z pistoletem przystawionym do głowy, pod stopami ma żółtą ziemię, wokół kobaltowe niebo. Przypomina Małego Księcia na złotym globie, samotnego wrażliwca zagubionego gdzieś pomiędzy światami. I nawet jeśli na początku rezygnuje ze strzału, to owa pierwsza scena jest zapowiedzią jego losu.

Mężczyzna, który popełnia samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości – ten romantyczny koncept ujęty w epistolarnej powieści Goethego porwał osiemnastowieczną Europę. Tam miłość Wertera do Lotty pozostała nieodwzajemniona - w operze Masseneta, mimo wzajemności, nie ma szans da spełnienie, bo ukochana jest zaręczona, a potem zaślubiona innemu. Poruszamy się w świecie honoru, obowiązują tu zasady, uczciwość i wierność, które ilustruje scenografia ciemna i stonowana, a od której odcinają się jasne kolory płomiennych uczuć bohatera. Jego garnitury i płaszcze ujawniają targające nim namiętności, podczas gdy wszyscy inni noszą na sobie czerń, granat i szarość. One maskują prawdę i zakrywają ją sztywnym kołnierzem obowiązku.

Bajkowa scenografia, przepiękne kostiumy i świetna reżyseria oraz doskonała muzyka francuskiego kompozytora gwarantują wzruszenia widzom stęsknionym za operą. Sala była pełna – publiczności, nieco ograniczonej liczbowo ze względu na obowiązujące wymogi bezpieczeństwa, oraz emocji i wsparcia. Bez limitów.

W tytułowej roli wystąpił Piotr Beczała, artysta klasy światowej. Od pierwszych wyśpiewanych przez niego dźwięków słuchacze odczuwają niezwykły komfort i przyjemność słuchania jego jedwabistego i pełnego wyrazu głosu. Beczała partię Werthera w tej inscenizacji wykonuje od lat. Jego interpretacja roli jest zatem niezwykle swobodna, a zarazem dramatyczna i wzruszająca. Wykonana wczoraj słynna aria z III aktu, „Pourquoi me réveiller", to prawdziwe mistrzostwo, które całkowicie uzasadnia opinie wielu, jakoby Piotr Beczała był najlepszym tenorem świata. Szkoda, że – bo tak to wyglądało z widowni – dyrygent, a zarazem dyrektor muzyczny Teatru, Patrick Fournillier, nie zgodził się na bis, o który głośno wołali zachwyceni widzowie. Beczała jest do tego, można rzec, przyzwyczajony, bisowanie podczas spektaklu zdarza mu się na innych scenach świata. W Barcelonie można, a w Warszawie nie?

Rolę Charlotty wykonuje ukraińska mezzosopranistka Irina Zhytynska, której smukła, pełna wdzięku sylwetka doskonale prezentuje się w pięknych sukniach z epoki. Natomiast powierzenie tak wymagającej partii wokalnej właśnie tej śpiewaczce pozostaje zagadką. Zadania nie ułatwiało jej chwilami zbyt głośne prowadzenie orkiestry, choć Fournillier jest dyrygentem doskonałym, kształconym między innymi w Paryżu, co bardzo słychać w jego prowadzeniu muzyki francuskiej.

Świetny wokalnie i wyrazowo był Stanisław Kuflyuk jako Albert, prawowity małżonek Charlotty. Spośród grona bardzo dobrych śpiewaków najbardziej zachwycało dwoje przedstawicieli młodego pokolenia – Sylwia Olszyńska jako Sophie, siostra Alberta, oraz Jasin Rammal-Rykała jako Johann. Johann i Schmidt – w tej roli Jacek Ornafa – pełnią rolę komentatorów i zarazem uczestników akcji, są trochę jak chór w tragedii greckiej. Przepiękny bas Rammala-Rykały i doskonały, czysty sopran Olszyńskiej wybrzmiewają na scenie wróżąc młodym śpiewakom przyszłość w najlepszych teatrach operowych świata.

Pięknie spisał się też zespół dzieci przygotowanych przez Danutę Chmurską. Ich wesoły śpiew o świętach Bożego Narodzenia stanowi tło dramatycznej sceny umierania Wertera. Noël, czyli Narodziny, nowy początek i nadzieja, które nieuchronnie nadejdą, po największym nawet kryzysie i osamotnieniu. Czasami trzeba tylko trochę poczekać.

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
10 października 2020
Portrety
Stefan Heinrichs

Książka tygodnia

Życie niedokończone
Wydawnictwo Żywosłowie
Lech Raczak, Jacek Głomb

Trailer tygodnia