Weryzm odrealniony

„Rycerskość wieśniacza", „Pajace" - reż. Lorenzo Fioroni - Oper Graz

„Cavalleria Rusticana”

Lorenzo Fioroni – reżyser oraz cały zespół tworzący spektakl: Paul Zoller – scenografia, Annette Brown- kostiumy, Frank Evin – światło, są już znani nie tylko publiczności w Grazu. Za wystawioną tam w 2016 roku „Grecką Pasję" zostali nominowani do International Opera Awards, czyli tak zwanych operowych Oscarów.

Cały skład z wielką kreatywnością podchodzi do czytania na nowo dzieł i szukania w nich innych smaczków i punktów zaczepienia. Z wielką przyjemnością wybrałam się na kolejną premierę proponowaną na nowy sezon w Operze w Grazu. Tym razem reżyser zmierzył się z „Rycerskością Wieśniaczą" oraz „Pajacami", które połączył w sensowną całość.

W klasycznym ujęciu „Rycerskość Wieśniacza" to jeden z typowych przykładów opery werystycznej. Prostej, mocnej  historii, której towarzyszy wspaniała muzyka. Główne role pokazują życie ludzi, których określamy zwykłymi, normalnymi, realistycznymi. Melodie są przyjemne dla ucha, a całokształt dzieła zahaczającego raz o dramat, raz o komedię wieńczy zemsta miłosna.

Wraz z początkiem uwertury, kurtyna podnosi się i odsłania widok na scenę urządzoną na razie dosyć minimalistycznie. Parę stołków, wazony z białymi kwiatami. W jej głębi stoi pianino, zza którego wyłania się postać klauna w różowym kostiumie. Niezrozumiałe jest jego pojawienie się na scenie. Wydawać by się mogło, że jest pewnym tłem i obrazkiem dla uwertury. Reżyser przenosi fabułę w bliżej nieokreślone miejsce i czas. Ostateczna scenografia jest stonowana, przeważa drewno, czerń, kolorowe lampki. Z jednej strony kojarzy się ona z prostotą, z drugiej jest na tyle nowoczesna i ciepła, że powoduje uczucie spokoju i przyjemności podczas patrzenia. Daje się odczuć iście sycylijski klimat włoskiego miasteczka. Mimo jesiennej pogody obrazek sceniczny wprowadza pewną miłą atmosferę. Kojarzy się z plenerowym ślubem lub podobną uroczystością. Zarówno dzięki scenografii, jak i strojom, udało się ukazać uniwersalność tych dzieł i werystyczny realizm.

Aldo di Toro- australijski tenor od kilku lat przeszedł metamorfozę z romantycznych ról takich jak Nemorino G. Donizettiego, Nadir G. Bizeta w kierunku dramatycznych partii, wliczając ten sezon, w którym zagrał Turiddu i Cania, ale również Otello G. Verdiego. Posługuje się bardzo mocnym, dźwięcznym i lirycznym głosem tenorowym, pełnym ciepłej barwy i jednocześnie bardzo dobrze osadzonym, który idealnie pasuje do partii w „Rycerskości wieśniaczej". Świetnie radzi sobie także aktorsko. Przyjemna barwa i elastyczność sceniczna wpływa na wysoki poziom wiarygodności śpiewaka w danej roli. W „Pajacach" wypada równie dobrze, jednak brakuje mu większej ekspresji, jak i ciemniejszej, szlachetniejszej barwy do roli Cania, która jest napisana na głos tenorowy o jeszcze głębszym brzmieniu.

Ezgi Kutlu jako Santuzza, nie przekonała mnie zarówno pod względem wokalnym, jak i aktorskim. Nie do końca poradziła sobie z wyrazistą rolą femme fatale, która jest osią tej jednoaktowej opery. Jej aktorstwo ograniczało się do zaledwie kilku gestów, które w pewnym momencie zaczęły nużyć. Momentami ciężko też było wyczuć jej intencje, na czym całość dzieła bardzo traciła. To ją najczęściej i najdłużej widzimy na scenie i powinna być bardziej charyzmatyczna, umiejąca zaciekawić całą historią, którą na scenie opowiada. Jeśli chodzi o głos – posiada bardzo liryczny mezzosopran, którym posługuje się dosyć sprawnie, jednak w wyżej wymienionej partii, traciła moc swojego wolumenu i wkradało się często zbyt rzęsiste vibrato.

Nienagannie, ale zbyt zachowawczo rolę Alfia odgrywał Norweski baryton Audun Iversen, przed którym czekało wyczerpujące wyzwanie wcielenia również w postać Tonia z „Pajaców". Mimo wszystko po pierwszej części wieczoru pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie, szczególnie podczas duetu z Santuzzą. Przyjemna barwa głosu i duża nośność sprawiła, że nie dało się nie zauważyć tego śpiewaka.

W mniejszych rolach zaprezentowały się Mareike Jankowski – nowa adeptka w Opernstudio w Grazu oraz gwiazda światowych scen z lat 80' i 90' – amerykanka Cheryl Struder. Wypadły bardzo pozytywnie w swych rolach. Dopełniały całość spektaklu.

Przepiękne Intermezzo zostało zagrane w głębi sceny przez muzyczny kwintet. Podczas kiedy muzycy prezentowali urzekające dźwięki, na scenie wśród chóru zrobiło się delikatne zamieszanie, które później przerodziło się w wygłoszenie przez każdego z chórzystów do mikrofonu swego rodzaju zażaleń, mądrości lub życiowego credo. Można było usłyszeć między innymi: „kobiety nie umieją i nie powinny grać w piłkę nożną", „mama mi każe dokładać sobie zupy", „nie chcę iść na wesele siostry, bo wesela są badziewne". Zastanawiające jest, czy pierwsza scena, jak i ta trwająca przy dźwiękach intermezzo mają tak bardzo ważne znaczenie dla całej sztuki, czy są raczej swego rodzaju wypełniaczami. Można by się pokusić o interpretację poruszenia tłumu jako pokazania jakiegoś oczyszczenia dla społeczeństwa, przerwania ciszy, poczucia się ważnym we wspólnocie, uwolnienia od ograniczeń i potrzeby wyrażenia własnego zdania. Wydaje mi się jednak, że mogłaby to być nadinterpretacja. Cenię tę reżyserię za chór, który uczestniczy w wydarzeniach i ogólne wykorzystanie przestrzeni i czasu. Natomiast nie jestem zwolennikiem wypełniania każdego momentu muzycznego zbędnymi gestami, bądź aktorskimi etiudami. W Operze warto też czasem tylko posłuchać.

Zaskoczeniem, które jak się później okazuje, jest punktem łączącym „Rycerskość wieśniaczą" z odegranymi po przerwie „Pajacami", stała się ostatnia scena, w której udział bierze Santuzza i Łucja – matka Turiddu. Z góry sceny po śmierci syna Łucji, do zrozpaczonej matki zbliża się makieta przestawiająca niebiosa. Chmury, pośród nich Bóg w stroju klauna z pierwszej sceny i wiele znanych solistów, twarzy z chóru, orkiestry, umieszczonych na ogromnym wykroju, który powoli spaja się ze sceną i tworzy całość ze zrozpaczonymi kobietami. Makieta wzorowana na obrazie „Sądu Ostatecznego" Michała Anioła to mocne zakończenie „Rycerskości Wieśniaczej" i część nawiązująca do „Pajaców".

„Pagliacci"

Po przerwie kurtyna ponownie podnosi się, na scenie pojawia się Alfio z „Pajaców", który śpiewając prolog, ubiera się w strój klauna i dopiero staje się Toniem. Czy Alfio z rycerskości nieudolnie odkupuje winy w postaci Tonia? A może to wciąż Alfio?

Znika w kulisach a scenę zaczyna wypełniać się podobny do tego z pierwszego spektaklu, ale żywy obraz. Canio w różowym stroju klauna stoi w chmurach w miejscu boga, z nim chór i statyści. Reszta chóru i tancerze zapełniają całą scenę. Ciężko jednak określić, co właściwie się na niej dzieje. Przez chwilę miałam wrażenie, że oglądam wielką imprezę z okazji Halloween. Pierwszy akt bowiem jest jak wyjęty kadr prosto z festiwalu Día de Muertos (Dzień zmarłych) w Meksyku. Kapłani w maskach inspirowanych właśnie tradycyjnie zdobionymi maskami z tamtej części Ameryki Północnej. Oprócz tego nagromadzenie dziwnych stworów, klaunów, syjamskich sióstr, aniołów, rycerzy, także dzieci w strojach zombie. Duży chaos i odrealnienie panuje na początku pierwszego aktu. Początkowo całość robi wrażenie, duże ukłony w stronę osób zajmujących się kostiumami, natomiast po dłuższym czasie staje się trochę podobne do podrzędnego, kiczowatego musicalu. Groteskowy dance macabre nie wpisuje się do końca w dalszą część, dosyć stonowaną, jest ogniem, który szybko gaśnie i nie wraca. Widać duże ambicje i rozmach reżysera, wydaje mi się jednak, że postawił za mocno na widowisko, a za mało na operę. Śpiewacy w maskach zakrywających całą twarz są ledwo słyszalni dla widza i na pewno dla nich również nie była to komfortowa sytuacja. Chęć stworzenia teatru w teatrze, gdzie rzeczywistość staje się grą, gra – zabawą rzeczywistością nie była do końca przemyślana.

Canio w miejscu Boga z obrazu jako boski głupiec zostaje oszukany przez swoją żonę Neddę, a teatr i rzeczywistość zamieniają się w zgorzkniałą, złą grę o byt. Fioroni dostrzega związek między świętym głupcem a Bogiem. Reżyser ukazuję tę wizję dosyć przewrotnie i idzie z tą konwencją pod prąd. Sprytnie łączy role Alfio – Tonio oraz Turiddu – Canio i uwydatnia pojedynek między tymi dwoma samcami alfa. Canio w stroju i na wozie w sklepieniu niebieskim, niczym Bóg z obrazu Michała Anioła z „Rycerskości wieśniaczej" jest połączeniem trochę Boga, trochę Bachusa i klauna. Oglądamy coś w rodzaju tragedii dell'arte.

Na intermezzo rozpoczynającym drugi akt wyświetlona zostaje projekcja, w której samotny Canio błąka się po ulicach miasta, szukając pomocy. Niezauważony przez tłum osamotniony przywołuje w pamięci obraz Neddy. Ciekawe prowadzenie nowych mediów do opery, wprowadziło nostalgiczny nastrój i dopełniło tragizm sztuki.

Finałowa scena, w której Canio zabija Neddę, zwykle pokazywana jest jako teatr w teatrze, przewrotnie reżyser akurat tę scenę zamyka w pomieszczeniu. Mieszkaniu, w którym Nedda jest zamknięta przez Cania i nie może się z niego uwolnić. Chór razem z Silviem ogląda całą tragedię, stojąc na widowni między widzami w przejściach. Na sam koniec Canio idzie w głąb sceny wypełnionej czerwienią.

Audun Iversen, świetny aktorsko i brawurowy wokalnie. Zaczynając już od prologu, podczas którego nie było słychać żadnych oznak zmęczenia poprzednią rolą, aż po finał, umiał efektownie korzystać ze swoich warunków wokalnych, w pełni wykorzystał swój potencjał aktorski.

Jako Nedda zaprezentowała się Rumuńska sopranistka Aurelia Florian, po której widać było charyzmę i charakter, który umiejętnie włożyła w swoją postać. Mocny, liryczny sopran z pewnymi górami, było widać, że umie nad nim panować w trakcie ekwilibrystyki podczas śpiewania swojej arii, ale także efektownego piana w ducie z Silviem.

Silvio – Ivan Orescanin – baryton, dobry aktorsko, nieco za mało blasku i czaru w głosie w duecie z Neddą, która ewidentnie przejęła inicjatywę nie tylko głosowo, ale i we wspólnych scenach.

W komediowej arii Arlekina świetnie sprawdził się tenor z Polski Albert Memeti, zarówno aktorsko oraz wokalnie. Piękny dźwięczny głos, który śpiewak mimo początkowego ustawienia w kulisach poprowadził z dużą nośnością.

Orkiestra została poprowadzona przez Oksanę Leniv bardzo sprawnie. Jednak czasem brakowało wykrzesania z partytury z wielu pięknych fraz, nieco ciepła i melodii, tak charakterystycznych w operach weryzmu. Chór brzmiał okazale i był bardzo żywy jeśli chodzi o zadania aktorskie, współgrał z solistami.

Drugi spektakl jest bardziej odrealniony i mocniej odchodzi od klasycznego ujęcia. Wszystkie dotychczasowe realizacje w Operze w Grazu, na których miałam przyjemność być, są opracowywane z dużym rozmachem i dokładnością i naprawdę zasługują na podziw. W tej reżyserii zabrakło mi trochę poszanowania libretta i głosu śpiewaków schowanych za maskami lub w kulisach. Muszę mimo wszystko przyznać, że było to ciekawe doświadczenie. „Rycerskość wieśniacza" i „Pajace" są często zestawianymi ze sobą spektaklami, natomiast pierwszy raz w tak sprytny sposób jak w tej produkcji.

Katarzyna Wawarzyńczak
Dziennik Teatralny Gratz
1 grudnia 2018
Teatry
Oper Graz
Portrety
Lorenzo Fioroni

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia