Wesele tu i teraz

"Wesele" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr Polski w Warszawie

Ciemność. Cisza. Tylko płonąca świeca wniesiona przez Gospodarza (Andrzej Seweryn) zwiastuje początek. A czy na początku była ciemność, czy może Słowo? „Słowa, słowa, słowa" – powie wkrótce Poeta (Marcin Kwaśny). Wesele czas zacząć. Pierwsze chwile okażą się decydujące – czy warto zostać do białego rana, czy lepiej wyjść po angielsku jeszcze przed oczepinami?

W Teatrze Polskim w Warszawie odbyła się niedawno premiera „Wesela" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, człowieka, który do przedstawienia tego dramatu przygotowywał się od wielu lat. Dzięki temu stołeczna inscenizacja wolna jest nie tylko od nachalnych nadinterpretacji, ale przede wszystkim od swoistego strachu, który często towarzyszy dziełom tej miary. Jasiński dokonał starannej selekcji treści obecnych w dramacie, wybierając z niego to, co dla współczesnego widza jest najistotniejsze i najbardziej bliskie. Nie znajdziemy w spektaklu chociażby rozległych opisów wsi Bronowickiej, która już nie istnieje, za to będziemy mogli nacieszyć oko wspaniałymi strojami krakowskimi – żywymi symbolami tamtej kultury.

Chapeau bas dla ogromnej pracy wykonanej przez Annę Czyż – jej kostiumy zachwycają różnorodnością barw, kunsztownym wykończeniem i dbałością o każdy, najmniejszy nawet szczegół. Widać to już na początku spektaklu, gdy na scenę wchodzi Panna Młoda (Agata Myśliwiec) z przepięknie zdobionym kwiatami czepcem, z czerwonymi koralami, spódnicą i pięknie haftowanym gorsetem. Towarzyszy jej Pan Młody (Szymon Kuśmider) w czapce z pawimi piórami i równie wspaniałym strojem. Zresztą wszyscy aktorzy ubrani w stroje krakowskie prezentują się wspaniale, a ich zachowanie wcale nie wskazuje na to, że mają na sobie kostiumy z epoki – poruszają się niezwykle naturalnie, tak jakby takie stroje nosili na co dzień.

Warto zwrócić uwagę również na inne elementy, które przyczyniły się do sukcesu tego przedstawienia. Mam tu na myśli zwłaszcza światła (Grzegorz Marczak), które doskonale współgrały nie tylko z nastrojami poszczególnych scen, ale również z aktorami i ich działaniami. „Wesele" w inscenizacji Jasińskiego jest pełne dynamizmu i ruchu – dlatego niełatwo było w taki sposób zapanować nad światłem, aby nie stało się ono przeszkodą dla rozgrywanych wydarzeń. Na szczęście dzięki przemyślanemu konceptowi, stało się ono nie tłem, lecz istotnym partnerem tak dla aktorów, jak i dla całości spektaklu. Równie ciekawym, choć przecież nie nowatorskim pomysłem okazało się wprowadzenie do „Wesela" współczesnych hitów muzycznych, często discopolowych. Ten zabieg można było ostatnio zauważyć chociażby w radomskiej inscenizacji dzieła (w reżyserii Mikołaja Grabowskiego).

Jednak, o ile w Radomiu discopolowe przygrywki często pojawiały się w niezrozumiałych momentach akcji, o tyle w Teatrze Polskim zostały bardzo dobrze ograne poprzez niezwykle prosty zabieg. Jedynie, gdy poszczególne postaci otwierały drzwi znajdujące się po obu stronach widowni słychać było fragmenty np.. „Daj mi tę noc", czy „W dyskotece". Zaraz po zamknięciu drzwi muzyka ustawała, a postacie wchodziły na scenę – zaciszne miejsce, w którym można było napić się wódki i porozmawiać w spokoju. Dłuższe partie muzyczne były już dużo bardziej wysublimowane (m.in. Marek Grechuta, Jan Kanty Pawluśkiewicz) i znajdowały swoje uzasadnienie w poszczególnych scenach. Mam jednak nieco mieszane uczucia odnośnie do projekcji multimedialnych. Ogromne ekrany w złocistych ramach, podwyższone na obu końcach sceny przedstawiały cyfrowe kopie dzieł takich mistrzów, jak Malczewski, Grottger i oczywiście Wyspiański. Nie jestem tylko pewna, czy tak oczywisty przekaz w przedstawianiu „Chochołów na plantach", czy „Wernyhory" Matejki był potrzebny. Myślę, że inscenizacja spokojnie mogłaby obejść się bez tego „rozpraszacza", który, mimo że znajdował swoje odzwierciedlenie w akcji dramatu, niekoniecznie wpływał na estetyczną jakość spektaklu.

Krzysztof Jasiński dokonał bardzo uczciwej i aktualnej inscenizacji, która broni się jako całość, jednak, gdy spojrzeć na nią według poszczególnych części, zauważyć można wyższość niektórych scen nad pozostałymi. Pierwszą część spektaklu, która sama w sobie była naprawdę dobra, nie sposób porównać do drugiej – przewyższającej ją w każdym niemal względzie. Najpoważniejszy zarzut początku spektaklu to przede wszystkim jego dłużyzna – pomimo celnie dobranej muzyki, zabrakło nie tylko wyrazistości, ale przede wszystkim rytmu, którego zachowanie uchroniłoby pierwszą część od partii dłużyzn. Oczywiście nie ma co dramatyzować – świetna gra aktorów mogła rekompensować te niedostatki, jednak szkoda, że w ogóle miały one miejsce. Ruch na scenie i wymiana postaci była niekiedy zbyt częsta – ledwo jedni zaczynali mówić, już pojawiali się następni, znikał budowany klimat i odpowiedni nastrój. Te mniejsze i czasami większe mankamenty zostały całkowicie wyeliminowane w drugiej części spektaklu, którego już sam początek zachwycał. Agata Myśliwiec – nieco melancholijna i zmęczona długą nocą Panna Młoda – siedziała na obracającym się stole i przy zaciemnionych światłach śpiewała tak wspaniale, że niezaprzeczalnie zdobyła sobie serca publiczności.

Wprowadziła na scenę słodką aurę tajemniczości, stała się delikatnym zwiastunem nadchodzących widm, zaproszeniem do świata metafizycznego. Sukces tej sceny to nie tylko uczciwe prowadzenie aktorki przez reżysera, ale także sama Myśliwiec, która podarowała swojej postaci z jednej strony prostotę i naiwność zwykłej chłopki, a z drugiej nadała jej czaru i niewinności młodej i ufnej dzieweczki. Potem było już tylko lepiej. Reżyser w sposób nowatorski podszedł do sposobu przedstawienia widm w swojej inscenizacji. Zamiast włóczących się po scenie upiorów w niepokojących strojach, czy pojawiających się znikąd zjaw, mamy jedynie intensywne głosy rozchodzące się po wielkiej sali teatralnej. Rozbrzmiewają one w sposób niezwykle sugestywny, kładąc cienie na wypowiadane kwestie – ważą każde słowo, smakują je w niewidzialnych ustach niemal z rozkoszą i niezwykle działają na wyobraźnię widzów. Dzięki temu zabiegowi udało się Jasińskiemu nie odrzeć dramatu Wyspiańskiego ze swoistej tajemniczości i pewnej misteryjności. Jednym z najbardziej wyrazistych momentów całości pozostaje pojawienie się Chochoła (tu intensywny i oddający głębię postaci tembr głosu Jerzego Treli) – od tego momentu publiczność staje się świadkiem końca iluzji i nadziei na pomyślne zakończenie. Jeszcze tylko Jasiek spostrzeże, że zgubił złoty róg i możemy iść do domu. Jednak najlepsze dopiero przed nami.

Opisując drugi akt spektaklu Jasińskiego nie sposób nie wspomnieć o dwóch postaciach, które szczególnie zaznaczyły się w zbudowaniu wspaniałej kompozycji tej części przedstawienia. Pierwszą z nich jest Andrzej Seweryn we wspomnianej już roli Gospodarza. W swoim pijacko-onirycznym uniesieniu bardzo dobrze ukazał powolne odrywanie się bohatera od rzeczywistości. Gospodarz Seweryna to z jednej strony dobry, silny, polski chłop – z drugiej jednak małe dziecko, marzące o sprawiedliwości i wolności dla swojego kraju. Jego patriotyczne uniesienia i wola walki nie są ani przesadzone, ani zbyt egzaltowane. Podarował swojej postaci nie tylko mądrość życiową i doświadczenie, ale także lekkość – sprawił, że jego bohater stał się zarówno przekonujący, jak i prawdziwy. Nawet, gdy zasypia w fotelu i przez dłuższy czas nie wypowiada ani jednego słowa, potrafi przyciągać spojrzenia publiczności i na nią oddziaływać. Jest to bez wątpienia wielka i uczciwie zagrana rola. Równie ciekawą, choć zgoła odmienną kreację stworzył młodziutki Paweł Krucz jako Jasiek. W znacznej części spektaklu pojawiał się z rzadka, nic prawie nie mówiąc, jednak bez problemu potrafił ściągnąć na siebie uwagę widzów – i to nie tylko dzięki krakowskiemu strojowi i charakterystycznej urodzie. Krucz bez wątpienia posiada charyzmę, a będąc od kilku lat w znakomitym zespole Teatru Polskiego nabrał nie tylko pokory wobec słowa, ale także doświadczenia scenicznego, co doskonale można było zauważyć w „Weselu" wg Jasińskiego.

To właśnie jedna z ostatnich scen z udziałem Krucza bezapelacyjnie wygrała cały spektakl. Naprawdę trudno sobie wyobrazić, myślę, że jeszcze trudniej opisać to, w jaki sposób reżyser odegrał scenę, w której biedny Jasiek uświadamia sobie bolesną zgubę złotego rogu. Aktor staje na stole, stojącym na podwyższeniu, wokół rozbrzmiewa nagle głośno dubstep, a z ciemności wyłaniają się ostre i intensywne lasery, przecinające całą salę gwałtownymi ruchami, zgodnymi z elektroniczną muzyką i słowami wypowiadanymi przez Jaśka. Każdy widz może poczuć się przez moment jakby znajdował się w laserowym tunelu świetlnym, a rozbrzmiewający dubstep tylko pomaga w przeniesieniu się do innej rzeczywistości. Na koniec między jednym a drugim gwałtownym wygaszeniem widzimy Jaśka, który ze sznura, na którym wisiał złoty róg robi szubienicę. To wszystko może wydawać się tanią sztuczką reżyserską, jednak nic z tych rzeczy – to po prostu trzeba zobaczyć, aby docenić i się zachwycić.

Ciemność. Cisza. Może tylko jeszcze u niektórych w głowie wybrzmiewają ostatnie dźwięki dubstepu. Ale już Gospodarz zapala swoją świecę i powoli kieruje się ku wyjściu. Przy drzwiach świeca gaśnie nagle, a publiczność pozostaje sama – lekko zaniepokojona, napełniona pytaniami, może i wątpliwościami, ale na pewno zadowolona, że została na sali jeszcze długo po oczepinach.

 

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny Warszawa
14 marca 2015

Książka tygodnia

Matkobójcy
Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego
Joanna Komorowska

Trailer tygodnia

Mewa
Jarosław Fedoryszyn
Po sukcesie, jaki odniósł plenerowy s...