Wesele w radomskiej kamienicy

Rozmowa z Mikołajem Grabowskim

Od od wielu lat trzymam się stworzonego przez siebie systemu wartości dla aktora. Uważam, że najwyższą wartością dla aktora jest on sam. Jako człowiek. Oczywiście musi posiadać zasób środków technicznych, ale on jest najważniejszy, a nie rola którą buduje. On rozpięty na siatce szerokich znaczeń, zmieniający się co chwila, pokazujący coraz to nowy rodzaj swojej wrażliwości. On aktor, on człowiek, nieustająco budujący samego siebie w trakcie aktu tworzenia.

Z Mikołajem Grabowskim, reżyserem spektaklu "Wesele" w Teatrze Powszechnym w Radomiu rozmawia Agnieszka Kiełbowicz.

Jak dobrze liczę jest to dla Pana czwarte „Wesele" i trzecie, do którego przykłada Pan „rękę reżysera". Czy któreś z tych „Wesel" w pańskim życiu artystycznym ma szczególne znaczenie?

Przygoda z „Weselem" właściwe nigdy się nie kończy. Oczywiście nie wiem, czy będę robił czwarty spektakl, bo taki pomysł na razie nie przychodzi mi do głowy. Obecnie jestem w trakcie pracy nad radomskim spektaklem, i zdaje sobie sprawę, że w każdym czasie (a robiłem ten spektakl w 1984 roku w Krakowie i 2002 roku we Wrocławiu), praca nad „Weselem" wymaga zupełnie innego podejścia. Pierwsze moje dwa spektakle były obciążone tym, „co napisał" Wyspiański. O tym najlepiej wie Rafał Węgrzyniak, będący moim dramaturgiem przy wrocławskim przedstawieniu. Starał się on, bym nie wyszedł poza to, „co autor napisał" lub myślimy, że napisał. Spektakl z 1985 roku, współbrzmiał pewnie z frazą „Wesela", „...my motyle i świerszcze w niewoli...". Wtedy niewola była jedna – polityczna, zwłaszcza, że było świeżo po stanie wojennym. Wydaje mi się, że to nie był mój jakoś wyjątkowo udany spektakl. Pamiętam, jak jeden z recenzentów napisał, że nie wolno robić Wyspiańskiego przez Gombrowicza, a mnie się wydawało, że wolno, bo ci autorzy podobnie rozczytują problemy narodowe. Kiedy czytamy opisy sytuacji polityczno-społecznej początku XX wieku, to widzimy jak bardzo ten czas był nadwyrężony. W 120-tym roku utraty niepodległości ludzie nie bardzo wiedzieli już co myśleć, co robić. Wszystko się na świecie zmieniało, a część naszych rodaków żyła jeszcze w Polsce szlacheckiej XVIII wieku i chciała za wszelką cenę ten stan utrzymać. Był to czas ogromnego zamieszania polityczno-społecznego. Wyspiański stwierdził, że nic się nie zdarzy, o czym marzymy – czyli że np. przymierza z Ukrainą nie będzie, nie odrodzi się Polska od morza do morza.. Według niego to były bzdury, dlatego też to, co napisał szokowało. I nie tylko to. W dzisiejszych czasach pytanie w jakiej jesteśmy kondycji powraca. Niektórzy nadal myślą o Polsce jako wyjątkowym państwie na świecie, któremu losy trochę nie sprzyjają, ale tak naprawdę jesteśmy narodem wskazanym przez Boga. Nie ma już niewoli politycznej, a myślenie niektórych się nie zmieniło. Podejrzewam, że w duszach współczesnych Polaków panuje taki sam bałagan jak wtedy, albo nawet i jeszcze większy.

Interesująca musiała być też rekonstrukcja „Wesela" Stanisława Wyspiańskiego z 1901 roku, w reżyserii Piotra Paradowskiego z 1973 roku w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, gdzie wcielił się Pan w rolę Widma. Jak wspomina Pan tamto przedstawienie?

Z punktu widzenia widza, mówiono że to nieudane „Wesele", że rekonstrukcja jest niemożliwa. Ja osobiście byłem zaciekawiony, tym, że bierze się formę sprzed ponad 70 lat i próbuje się włożyć w nią współczesny temat oraz współczesnego aktora. Gdyby faktycznie wykorzystać ówczesne aktorstwo i zostawić tylko kostium oraz tzw. mise-en-scène (umieszczanie na scenie - przyp. DT), to może miało by to sens. Jednak ten spektakl skręcił bardziej w kierunku muzeum i odtwarzał „obrazki" Wyspiańskiego, które być może na niektórych oddziaływały. My aktorzy, staraliśmy się ujawnić jakąś współczesną myśl w tym przedstawieniu, ale forma była za silna. Myślę, że stara forma tak mocno ciążyła nad aktorem, że nie był on w stanie przebić zasłony, za którą go postawiono.

Od czasu pierwszego „Wesela", w którym Pan uczestniczył w reżyserii Piotra Paradowskiego, będącego najbliższym oryginałowi Wyspiańskiego, przeszedł Pan długą i intensywną rolę aktora, reżysera i inscenizatora. Również i pański stosunek do tego dramatu i klasyki w ogóle, musiał przejść poważną ewolucję. Jak Mikołaj Grabowski odczytuje dzisiaj „Wesele" i co chciałby poprzez nie powiedzieć radomskiej publiczności.

Dzisiejsze „Wesele" oczywiście będzie się różnić się od poprzednich. Przyjmując propozycję dyrektora radomskiej sceny Zbigniewa Rybki, pomyślałem, że będzie mnie interesowała ucieczka od dotychczasowego myślenia. Od 1965 roku, od kiedy zamieszkałem w Krakowie, widziałem wszystkie „Wesela", w tym Jerzego Grzegorzewskiego w Teatrze Starym. Grzegorzewski np. uchwycił czas upadającego etosu epoki Gierka, czas naszej „małej stabilizacji", czas zaniedbań, zaniechań, czas naszej bylejakości. Pokazał, że dookoła kruszy się rzeczywistość, a my żyjemy w jakiejś dziwnej mgle. To było bardzo przejmujące „Wesele" i chyba najlepsze jakie widziałem. Zgadzając się na przygotowanie inscenizacji w Radomiu, pomyślałem, że oderwę się w końcu od tego Wyspiańskiego, który w Krakowie szczególnie prześladuje aktora i reżysera, ze względu na konotacje, klimat, tradycje i bliskość Bronowic. Pamiętam jeszcze ludzi, chodzących po krakowskich ulicach, żywcem „wyjętych" z „Wesela". To, co teraz robię jest próbą weryfikacji; kto jest kim w „Weselu". Dzisiaj. Czy dramat funkcjonuje tylko na zasadzie lektury szkolnej, czy może potrafimy odczytać z tego tekstu jakieś znaki dzisiejszego świata i o nich opowiedzieć. Akt pierwszy jest trudnym do zrobienia kalejdoskopem o formule szopki. Drugi, „widmowy" (co to za widma dla dzisiejszego widza?), i oczywiście trzeci akt, finałowy, zbudowany z wrażliwości ludzkiej, wielkiego polskiego oczekiwania na cud.

Od czasu Pańskiej ostatniej inscenizacji „Wesela" upłynęło dwanaście lat, w czasie których dokonało się wiele znaczących wydarzeń, powodujących bardzo istotne zmiany w sposobie myślenia sporej części polskiego społeczeństwa oraz w jego ocenie tych wydarzeń. Jak zareagował na to Mikołaj Grabowski i jakich zmian dokonał, aby radomski widz mógł się z tym co zobaczy na scenie, utożsamić?

Szukaniem nowych znaczeń dla spektaklu. Widma u Wyspiańskiego są bardzo silnymi znakami, często bardzo ironicznymi, zaczerpniętymi z matejkowskiej ikonografii symbolami, które zawładnęły naszą historyczną wyobraźnią. Te widma po prostu mielą ludziom w głowach. Robiłem już widma historyczne, zwłaszcza przy moim drugim „Weselu". Te znaki okazały się jednak nieczytelne, nie funkcjonowały, nic nam, dzisiejszym, nie mówiły. Przy okazji tej realizacji doszedłem do wniosku że - jak to u nas - każdy może wyspowiadać każdego. Ze wszystkiego i w każdym momencie. Banalna rozmowa dwóch osób w pociągu może być rozmową Stańczyka z Dziennikarzem. Każdy może być dla każdego widmem, i każdy może wyciągnąć z drugiego człowieka to, co chce. My sami, bez pomocy sztafażu historii, jesteśmy w stanie robić sobie widmowe seanse.

Jakie zadanie w Pana inscenizacji otrzyma Jasiek?

Inne „Wesele" napisał Wyspiański, a inne było „przyrządzane" w następnych inscenizacjach. Jest książka, zawierająca recenzje z „Wesela" do II Wojny Światowej. W niej najbardziej interesujące są - nazwijmy je - „modernistyczne", opisujące świat Wyspiańskiego z całym bogactwem opowieści o polskiej duszy, o „nocy przemienienia", z jaką mamy do czynienia w tym utworze Bo „Wesele" nie jest jedynie opowieścią o tym „kto zawinił", nie umieszcza dramatu w polityczno-społecznym sporze. Często "Wesele", będąc recenzowane przez admiratora partii chłopskiej odczytywane było jako klęska inteligencji; „przez inteligentów Polska zasnęła i nie może się obudzić". Z kolei partia inteligencka krzyczała: „to wszystko przez chłopów, zgubili złoty róg!" I ten spór, trwający od odzyskania niepodległości sprawił, że „Wesele" stało się kłótnią, kto ma na sumieniu cięższe grzechy, czy stan szlachecko-inteligencki, czy stan chłopski. Jasiek, zwłaszcza w czasach komunistycznych, pojawiał się jako ten najgłupszy z partii chłopskiej (czytaj proletariusz), bo zachwycony sobą zgubił róg. Wydaje mi się, że Jasiek, jest postacią zabłąkaną w rzeczywistości. Jest chyba jedynym tragicznym bohaterem tej opowieści. Wszyscy go kiwają, wykorzystują, wkładają na jego barki ciężar nie do udźwignięcia. Nie obciążam Jaśka za to, co się stało. Atletyczna budowa aktora, kreującego postać Jaśka i biało-czerwona opaska na ramieniu, którą Państwo zobaczą, budują nam obraz młodego, silnego człowieka. Ale to złudny obraz.

Przez ponad sto lat przechodziliśmy przez różne zawirowania narodowe i obywatelskie. Zmienił się nie tylko status Polaka, ale i struktura społeczna. Do jakich Polaków więc kieruje Pan swoje dzisiejsze, radomskie „Wesele"?

To nie jest łatwo napisany tekst. Jest łatwiej napisany niż „Wyzwolenie", gdzie w słynnym akcie z maskami diagnozy autora przytłaczają nas. W „Weselu" poruszamy się w sferze podobnych problemów, tyle, że może „atrakcyjniej" zapisanych, dzięki czemu łatwiej publiczności je przyjąć. Ale jeśli „Wesele" jest rozmową o nas, to trzeba być do niej przygotowanym, skupionym, otwartym i gotowym do jej wysłuchania. Myślę, że istnieje spora liczba widzów otwartych, na ten problem, a Radom, jest przecież miastem, które ma skomplikowaną sytuację polityczno-społeczną. Ma w sobie dużo grzechów, zaniedbań, frustracji, wojen religijnych i politycznych. To jest miasto pełne sprzeczności. Mam nadzieję, że jakaś część publiczności zechce odwiedzić teatr. Poza tym myślę, że to będzie spektakl adresowany do młodych ludzi. Chciałbym żeby oni tego wysłuchali, bo dobrze byłoby z tym tekstem zetknąć się nie tylko w lekturze.

W „Weselu" jak w mało którym dramacie istotne znaczenie pełni warstwa muzyczna. Jaki charakter w tym spektaklu i jaką rolę spełnia muzyka w pańskim opracowaniu?

Spektakl nie jest jednorodny muzycznie; mamy muzykę ludowo - weselną: oberki, kujawiaki, ale również zabawę tematem disco polo. Pojawia się też Marek Grechuta. Po raz drugi w swojej pracy w Radomiu sięgnąłem do „Kwartetów" Pawła Szymańskiego. To jest muzyka, która towarzyszy 2/3 przedstawienia; bardzo psychodeliczna i idealnie pasująca do scen widmowych. To „Wesele" jest muzycznie niejednorodne, jakby DJ robił muzykę, raz dla jednego towarzystwa, raz dla innego. Sytuacja podobna jest do tej, z jaką mamy do czynienia na weselach, gdzie goście zamawiają różne kawałki. Pamiętać należy, że to nie jest wesele w bronowickiej chacie, a raczej w jakiejś radomskiej kamienicy.

W radomskim zespole występuje sporo młodych lub nawet bardzo młodych aktorów, których zaangażował Pan do „Wesela". Jak z perspektywy pedagoga ocenia Pan ich przygotowanie do wykonywanego zawodu?

Przyznam szczerze, że stawiam im bardzo wysokie wymagania. Próby rozpocząłem w maju, więc półtora miesiąca jak na moje oczekiwania to bardzo mało. Role u Wyspiańskiego to mozaiki ogromnych emocji w określonym rytmie, którego nie wolno zgubić. Aktor tutaj powinien być „aktorem instrumentalnym", takim jakim posługuję się w spektaklach Bogusława Schaeffera. Od od wielu lat trzymam się stworzonego przez siebie systemu wartości dla aktora. Uważam, że najwyższą wartością dla aktora jest on sam. Jako człowiek. Oczywiście musi posiadać zasób środków technicznych, ale on jest najważniejszy, a nie rola którą buduje. On rozpięty na siatce szerokich znaczeń, zmieniający się co chwila, pokazujący coraz to nowy rodzaj swojej wrażliwości. On aktor, on człowiek, nieustająco budujący samego siebie w trakcie aktu tworzenia. Taki aktor musi stale improwizować, zmieniać się, tak jak człowiek, który dzisiaj stale się zmienia, bo zmienia się wokół niego rzeczywistość.

Dziękuję i życzę sukcesu na premierze.

Mikołaj Grabowski -
aktor, reżyser teatralny. W latach 1969-77 występował w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. W latach 1977-79 był reżyserem w Teatrze im. Norwida w Jeleniej Górze, w latach 1979-81 i 1988-92 w Teatrze im. Jaracza w Łodzi. W latach 1981-82 pełnił funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego w Teatrze Polskim w Poznaniu, a w latach 1982-85 w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. W latach 1999-2002 dyrektor artystyczny Teatru Nowego w Łodzi. W latach 2002-2012 dyrektor naczelny i artystyczny Starego Teatru w Krakowie. W latach 1998-2008 dziekan Wydziału Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie.

Agnieszka Kiełbowicz
Dziennik Teatralny
20 września 2014

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...