Wet za wet!

„Osiecka", trzynastoodcinkowy serial TVP zaczął być emitowany w Święta Bożego Narodzenia.

Obejrzałem 6 odcinków i – wstyd powiedzieć – odniosłem raczej pozytywne wrażenia. Dlaczego wstyd? Dlatego, że przeważają opinie miażdżąco złe, z których wynika, że powinienem być równie krytyczny. Ale niech tam! Pozostanę przy swoim zdaniu. I dodatkowo zaryzykuję dzisiejszą pisaninę. Chociaż wiem, że nic tak nie plami jak atrament. Zacznę trochę megalomańsko: myślę, że z pozycji człowieka przyzwoicie wykształconego, znającego się trochę na telewizyjnej kuchni, a już na pewno na aktorstwie, estetycznie jako tako wyrobionego, obytego z historią PRL-u mogę podjąć się obrony serialu, mogę o nim dyskutować. Jednak sprawa jest poważniejsza, bo pachnie obustronną manipulacją.

Domyślam się z jakich powodów serial o Osieckiej został przez telewizję publiczną zrealizowany. Spodziewano się, że temat może mieć wymiar propagandowy, a dla skrajnie upolitycznionej telewizji potrzebny jest manifestacyjny pokaz wartości odmiennych od tych, które codziennie prezentowane są na ekranie. Ale wet za wet! Druga strona powiada, że serial nie może być dobry, bo jest „szarlotką na zarzyganym talerzyku". Tak (nie przebierając w słowach) napisał Tomasz Raczek na facebooku, tłumacząc potem, że ten talerzyk to królestwo prezesa Kurskiego. Czyli zarówno pomysł TVP miał wymiar polityczny, jak i niektóre recenzje stały się polityczne, a argumenty krytyczne są w nich z góry dopasowane do przyjętej tezy. Twórcy serialu wpadli w pułapkę. Zarówno reżyserzy (Robert Gliński i Michał Rosa), jak i autorzy scenariusza (Maciej Wojtyszko, Maciej Karpiński, Henryka Królikowska, Aneta Wróbel i po trosze sam Gliński), scenograf (Ryszard Melliwa), kostiumolog (Ewa Gronowska) i inni cokolwiek by dobrego nie zrobili zostaną albo skrytykowani, albo pominięci w ocenach, przynajmniej znaczna część z nich. Tak może się stać! Recenzenci są bardziej skłonni zauważać aktorów (ale też nie wszystkich!) niż twórców. Jak w tej sytuacji podjąć merytoryczną polemikę na temat kształtu artystycznego serialu? Spróbuję.

Bardzo podoba mi się Eliza Rycembel, grająca młodą Osiecką. Rycembel jest urokliwa, ale i bezkompromisowa, inteligentna, wrażliwa na męskie wdzięki i... alkohol, ale też szalona, i jakby odrobinę wycofana. W 6 odcinku zmienia ją Magdalena Popławska, aktorka trochę starsza, już doświadczona i fizycznie nieco bardziej podobna do Osieckiej. Cóż, biologia jest nieubłagana, Popławska, bardziej „wsobna", ma trochę mniej szaleństwa. Chyba wolę młodsze wcielenie Osieckiej, a może po prostu się do niego przyzwyczaiłem. Popławska ma doprowadzić bohaterkę serialu do śmierci i mam nadzieję, że zrobi to wspaniale, bo to świetna aktorka. W jakie tony uderzy? Licho wie jaka była Osiecka w tamtych latach, nie wiedzą tego nawet ci (dziś już mocno starsi), którzy ją wówczas znali. Wydaje się, że zręcznie prowadziła grę pozorów i umiejętnie zmieniała maski. O, przepraszam! Nasi geniusze krytyki świetnie wiedzą jaka ona była. „To nie jest Osiecka!" – wołają dziś pogardliwie. Jej biografka, Ula Ryciak w książce „Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej" (Wydawnictwo Literackie, 2015) napisała: „Z Osiecką epoka ma same kłopoty. Nie dość, że każdemu serwowała inną wersję siebie, to jeszcze wszystko robiła na odwrót. Tam, gdzie w życiu jest miejsce na constans, urządzała dzikie crescendo. A tam, gdzie się mówiło o sprawach wzniosłych wdawała się w żarty."

Jaka była w latach, kiedy uczyła się w Liceum im. Marii Curie-Skłodowskiej na Saskiej Kępie, lub kiedy aktywnie i bezkompromisowo uczestniczyła w spotkaniach szkolnego koła ZMP, czy w czasach studiów dziennikarskich i filmowych? Jaka była potem? Kto to wie? A ponieważ była nieprzewidywalna, to z pewnością nikt też nie wie jak zachowywałaby się dzisiaj, gdyby żyła. Podejrzewam, że Magda Umer (jej przyjaciółka) też tego nie wie, może tylko snuć przypuszczenia. Tymczasem zadeklarowała, że serial TVP obejrzy „gdy Kurski przestanie być prezesem". Żeby nie było wątpliwości: nie pochwalam tego co dzieje się w TVP za jego rządów. Nie interesują mnie propagandowe programy informacyjne. Nie interesuje mnie też głupkowata masowa rozrywka serwowana tam bez umiaru. Ale poważniejsze programy artystyczne i społeczne staram się oglądać. Choćby z ciekawości, ale i szacunku dla wielu kolegów, których nie śmiałbym nazwać „zdrajcami". Teraz sprawa z Osiecką wymyka się racjonalnej kontroli i staje się wręcz absurdalna.

Wróćmy do rzeczy. Oprócz odtwórczyni roli tytułowej podoba mi się aktorska młodzież (w większości debiutanci) obsadzona w rolach wybitnych postaci ze świata kultury i sztuki, które w tamtych latach rozpoczynały karierę. Tomasz Raczek pisze, że kiedy patrzał na tych aktorów (wcielenia Cybulskiego, Kobieli...) to jęczał z bólu. Przykro mi, bo wiem co znaczy dla młodych ludzi taka recenzja. A przecież postaci granych przez siebie nie znali i niewiele o nich wiedzą! Skala trudności była gigantyczna. Na szczęście, o czym już wspominałem, większość recenzentów uważa obsadę aktorską za mocną stronę serialu. Grają też aktorzy starsi, bardziej doświadczeni. Niektórzy świetnie. Choćby Maria Pakulnis, Jan Frycz, Grzegorz Małecki, również inni. Ale czas na dygresję o Raczku.

Pamiętam czasy, kiedy młody Tomasz Raczek, dziś uznany krytyk, występował w telewizji z Zygmuntem Kałużyńskim w serii programów „Perły z lamusa". O Kałużyńskim różnie wówczas mówiono, różne rzeczy mu wytykano. Jakoś nie przeszkadzało to rozpoczynającemu karierę Raczkowi. To był dla niego znakomity zawodowy start. Ten program zapewnił mu wysoką pozycję w polskiej krytyce.

Niektórzy twierdzą, że serial jest „przegadany". Nie zgadzam się z tą opinią. Uważam, że nie grzeszy nadmiarem słów, dialogi (wbrew powszechnej krytyce) wydają mi się celne, dowcipne i inteligentne. Scenografia, kostiumy, wnętrza tworzą właściwy obraz tamtej epoki, z dbałością o szczegóły. Pomylona mapa Polski Ludowej (o dwa miesiące) nic nie znaczy. Takie wpadki zdarzają się zawsze. Jeśli tylko i wyłącznie na nie zwraca się uwagę pozostaje wrażenie, że serial jest scenograficznym, niedopracowanym „kitem". A to nieprawda! Niedawno, rozmawiając o „Osieckiej", usłyszałem od kogoś, że bolesną i porażającą siłą serialu jest to, jak dobitnie pokazuje przemijanie: ci, którzy dla nas byli bogami – dla młodego pokolenia już niewiele znaczą. Trochę to à rebours, ale racja.

Jedyna uwaga, krytyczna, nad którą warto się pochylić pojawiła się w Gazecie Wyborczej. Jarek Szubrycht napisał tam: „Ci, którzy nie pamiętają PRL-u szybko się w nim [serialu] pogubią." Opinii, że to nie jest serial dla młodych ludzi znajduję znacznie więcej. I jest w tym jakaś prawda. Tym bardziej, że poziom wiedzy młodego pokolenia o naszej najnowszej historii jest na ogół żenująco słaby. Podobnie jak mój rozmówca, o którym przed chwilą wspomniałem, podejrzewam, że dla tego pokolenia Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Marek Hłasko, Jarosław Abramow, Jacek Fedorowicz, Wojciech Frykowski, czy Jerzy Andrzejewski, Jerzy Bossak, Antoni Bohdziewicz niewiele znaczą. No, może jeszcze Cybulski, bo do dnia dzisiejszego jest to postać kultowa. Albo Frykowski, poprzez zupełnie inne skojarzenia. Został zamordowany przez bandę Mansona w willi Polańskiego w Beverly Hills razem z Sharon Tate, a później jego syn, Bartłomiej, zginął śmiercią samobójczą w dworku Karoliny Wajdy w Głuchach. Takie fakty na długo pozostają w zbiorowej pamięci, dużo dłużej niż to, że Frykowski był w latach 1963–64 mężem Osieckiej, albo że wyprodukował szkolną etiudę Polańskiego „Ssaki". Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że z odcinka na odcinek rozpoznawalność postaci znacznie się polepsza, co nie znaczy, że problem przestaje istnieć. O dwóch Kongresach Pokoju: wrocławskim (1948) i warszawskim, zorganizowanym tu zamiast w Sheffield (1950) też młodzi widzowie niewiele wiedzą, więc jak zinterpretują różnokolorowy tłum grający i tańczący latynoską muzykę w Parku Łazienkowskim? A skojarzenia polityczne? Kim jest ten facet, który (na materiałach archiwalnych) tak emocjonalnie przemawia do niezliczonych tłumów zgromadzonych na wielkim placu? Co dzisiaj młodzi ludzie wiedzą o Władysławie Gomułce?

Jak napisać i sfilmować serial, który byłby dziełem artystycznym, ale też w miarę prawdziwą biografią wielkiej artystki i jeszcze przybliżałby i pozwalał zrozumieć tamte lata. Jak sprawić by stał się przewodnikiem po epoce, swoistym „who is who" dla młodzieży. Kwadratura koła? Rzecz niemożliwa do zrealizowana? Niekoniecznie. Myślę, że jest to możliwe. Gdyby powstał serial znacznie dłuższy, wielowątkowy i dygresyjny, gdyby każdy epizod z życia Osieckiej został dopowiedziany, podobnie jak spotykane przez nią postacie. Słowem, gdyby był to serial o tamtych czasach i o ludziach, którzy wówczas żyli lub próbowali żyć na własną modłę, mimo komunistycznego zniewolenia, fresk o epoce, której Osiecka byłaby uczestniczką i obserwatorką.

Tymczasem tutaj Osiecka i jej osobowość jest postacią centralną, reszta to tło, które mija jak uciekające pejzaże za oknem pędzącego pociągu. I to pośpiesznego, a nawet ekspresu! Zbyt szybko, zbyt szybko... A tu słychać wołania, że nudno! Pewnie, nadmierny bryk na ogół nie wciąga. Ale taką decyzję podjęli twórcy serialu. Jest to świadomy wybór artystów, a nie gest dyletantów, którym się coś nie udało! Być może wpływ na to mieli decydenci, którzy dają pieniądze?

I co jeszcze? Chyba tylko to, że ostatnio coraz częściej pojawiają się (w sensie pejoratywnym) określenia serialu, że jest „szkolny". Nienawidzę tego słowa, bo niewiele znaczy w tym kontekście. Jeśli recenzent chce lub musi napisać coś złego – najczęściej używa tego „wytrychu", który znakomicie zastępuje erudycję i wyobraźnię. Uwzniośla krytyczną indolencję.

styczeń, 2021

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
5 stycznia 2021

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...