Weterani

"Kuroń. Pasja według św. Jacka" - reż. Paweł Łysak - Teatr Powszechny w Warszawie

Pewnie to najważniejszy od lat spektakl Pawła Łysaka. Co nic nie zmienia w fakcie, że to teatr średni. Mimo wymyków bliski hagiografii Jacka Kuronia.

Paweł Łysak nosił w sobie ten temat długo, pewnie od początku dyrekcji w warszawskim Powszechnym uwzględniał go jako jeden z punktów odniesienia dla hasła "teatru, który się wtrąca". I pewnie jeszcze dłużej w ogóle Kuroń był dla Łysaka scenicznym marzeniem. Gdy już tak wiele napisano o korowskiej legendzie, warto, by stała się postacią teatru zaangażowanego...

Dla wielu lewicowców bowiem Kuroń to fundament, symbol działalności publicznej w każdym znaczeniu, ikona dialogu. Zresztą nie może być inaczej: dla pokolenia, do którego należy Łysak, epoka lat 80. to czas doświadczeń formacyjnych, lecz i moment zasadniczych pytań o to, co będzie dalej. Bo niby wiele się zmieniało, ale wielkie zrywy nie dawały gwarancji zwycięstwa. To był też moment, kiedy m.in. wchodząca w dorosłe życie inteligencja przekonała się, że po narodzeniu "Solidarności", a potem jej stłamszeniu praca u podstaw dopiero się zaczyna. W tym sensie Kuroń był wyznacznikiem. Jednak był i bojownikiem, który zmagał się również z samym sobą. Po utracie żony Gajki musiał nad sensem walki pracować podwójnie, i w wymiarze osobistym, i wymiarze świadomości, że po osobistej tragedii nie może zawieść tych, którzy w niego wierzyli.

Potem, w latach 90., stał się Kuroń z przywódcy politykiem. To prawda, określenie "polityk" pasowało do niego słabo, choć może nie na tyle słabo, by twierdzić - a wśród tamtej generacji dziś takie głosy są nierzadkie - że właściwie on jedyny znajdował się poza polityczną grą. To mit wychowanków Kuronia,który poza tym, że od dawna tworzony jest na potrzeby lewicowych strategii, najzwyczajniej bazuje na sentymencie. A ten nie musi mieć znaczenia dla następnych pokoleń.

Powie ktoś: ale sztuka, teatr zwłaszcza, to miejsce, w którym się wspomina, odrzuca reguły rzeczowej analizy. Problem jednak w tym, że najnowsza sztuka Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, a za nią jeszcze bardziej spektakl Pawła Łysaka, chciałyby pogodzić obie sfery: i dokumentu (nazwijmy "Pasję według św. Jacka" w przybliżeniu docudramą), i emocji, i czasem niestety ideologii. Być może to próba pogodzenia wszystkich, a może wynik deficytu języka, którym o kimś takim jak Kuroń da się opowiadać.

Zresztą sam tekst "Pasji..."powstawał długo; znamy jego wersję opublikowaną w miesięczniku "Dialog" w listopadzie ub.r., chwilę później miała już się odbyć premiera w Powszechnym, jednak proces pisania na scenie okazał się decydujący. Tym samym o przedstawieniu Łysaka można powiedzieć, że pozostaje wariacją dramatu. Zresztą wiele w nim zdań po prostu otwartych, wartych rozwinięcia, z kolei jest sporo i takich, z którymi bez szwanku dla całości dałoby się rozstać. To pokazuje, że z przeniesieniem postaci Kuronia do tekstu był kłopot już na starcie. W toku prób mógł się on pogłębić.

Ale Paweł Łysak uruchamia bieg zdarzeń w wygodnym punkcie: siedzimy na widowni, okazuje się, że aktorzy są wśród nas i zaczynają coś coś na kształt ulicznego sporu. Aleksandra Bożek jako kobieta o poglądach konserwatywnych skrytykuje Kuronia za postawy lewicowe, który przeszkodziły w transformacji'89; w polemikę z nią wejdzie Kazimierz Wysota, wykrzykując, że dzisiejsze mądrale, które nie zasmakowały tamtych czasów, nie mają prawa oceniać koniecznych kompromisów. Grzegorz Falkowski jako świadek kłótni i ofiara ulicy zablokowanej przez demonstrację poskarży się, że nie dotrze na spektakl do opery. Taka typowa polska sytuacja, która ustala określony porządek "Pasji...": to będzie opowieść o Kuroniu widziana nieco z dzisiejszej perspektywy, realnie bohater KOR liczy się w niej do pewnego stopnia. Co więcej, pozostaje w niej bardziej świadkiem postaw innych, które jakoś definiują jego samego. To założenie ma swoje konsekwencje.

Widać to od razu, gdy w końcu pojawia się sam Jacek Kuroń. Gra go debiutujący Oskar Stoczyński; wchodzi na scenę i właściwie mógłby być jeszcze jednym zwykłym obywatelem. Ma na sobie T-shirt, dżinsy, sposób mówienia też ma zupełnie pospolity. Raczej nie buduje postaci, lecz i jej nie udaje. To dwudziestoparolatek, który do Kuronia jest niepodobny, nie daje się przyporządkować oczekiwanemu wizerunkowi. Ale jest także podobny, bo jest jednym z nas, potencjalnych buntowników. Nie dostał wdzięcznego zadania Oskar Stoczyński, siłą rzeczy musi pozostać w cieniu, czasem walcząc o moment, w którym do jego bohatera uda się wpuścić realne życie. Czasem się to udaje.

W tekście Sikorskiej-Miszczuk jest podobnie, lecz mimo wszystko Kuroń to bojownik, na którego wybory, a zwłaszcza temperament, bezkompromisowość, no i w końcu radykalizm światopoglądowy wpływają drastyczne obrazy z dzieciństwa, poczucie obcości, niezgody na zastany świat, która w przyszłości zmusi do naprawienia grzechów innych. Najciekawsze fragmenty "Pasji..." to te, w których poezja służy jako narzędzie do lepienia świadomości protagonisty. Oto Kuroń z doświadczeniem okupacji i antysemityzmu, oto Kuroń nieodnajdujący się w miejscu, w którym dorastał. Każdy, kto zna wspomnienia działacza KOR choćby z jego "Wiary i winy", byłby w stanie ułożyć kolejne psychologiczne narracje, i w tym tkwi kłopot: to na tyle intrygujące, że natychmiast unieważnia większość tego, co się dzieje na małej scenie Powszechnego.

Po co Łysak wybiera z dramatu to, co publicystyczne? Do ataku na dzisiejszą władzę Kuroń się nie nadaje. Próby budowania takiego kontrastu to kolejny odprysk sentymentalizmu. W tekście Sikorskiej -Miszczuk również brzmi kuriozalnie, gdy ktoś nagle powiada, że dzisiaj jakiś spektakl może się okazać niepolski... I w końcu dziwacznie brzmi zdanie, którego w tekście "Pasji..." nie ma, o tym, że spadkobiercą myśli Kuronia miałby być Adrian Zandberg.

Nie nadąża się tu z pogodzeniem wszystkiego z wszystkim. W pewnym momencie w przedstawieniu można się pogubić, czasem też trudno się pozbyć wrażenia, iż wiele wypowiedzi dałoby się podrzucić specom od społecznych sloganów. Przypomina to nie budowanie opowieści, lecz próbę stworzenia na siłę spotkania w jakiejś w sprawie. W jakiej? Mój przyjaciel Jacek Wakar w swoim tekście dotyczącym premiery "Pasji..." napisał, że w Polsce powraca teatr polityczny rozumiany jako narzędzie oporu i że ten spektakl jest tego przykładem. Uważam, że to błędne rozpoznanie. Teatr polityczny, i to właśnie tak rozumiany, ma się u nas całkiem nieźle niezależnie od tego, jak oceniamy jego jakość. Realizacje Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego co najmniej od dekady uderzają w polityków bezpośrednio, i to wypominając im konkretne afery, wskazując też na niespełnione obietnice.

"Pasja..." nie stawia diagnoz, nawet nie ma siły, by wykrzyczeć jakiś bunt. Powód jest jasny: jak przedstawienie miałoby to zrobić z perspektywy legendy Jacka Kuronia upominającego się o pozostawionych na marginesie społecznym? Dziś w konflikcie uczestniczą inne strony. Lewica szuka swego miejsca i nie sytuuje się w roli katalizatora zadymy. No i przede wszystkim: teatr polityczny to fraza, która w historii polskiej sceny coś znaczy. Przypominam, ile niegdyś kosztowało robienie teatru politycznego. Teraz nie kosztuje to nic.

Narzekam, ale przecież trochę Pawłowi Łysakowi się udało. Z uporem wracam do tych fragmentów, gdy pojawia się historia opowiadana z oddechem, z pytaniami o to, jak się żyło w tamtych czasach i jak żyje się teraz, co się z nami stało. Kiedy na scenie zjawia się Gajka, żona Kuronia, pojawiają się pytania o zaangażowanie opozycjonisty; z kolei pomysł Sikorskiej-Miszczuk, aby pokazać Ukochaną Ojczyznę jako kobietę, która od swego wysłannika nieustannie wymaga namiętności (w tej roli także znakomita Skibińska) i wytrwałości w jej imię, również podczas ubeckich przesłuchań, zamienia się w spektaklu w jedną z najlepszych scen. Biorąc pod uwagę znaczenie kobiet w biografii Kuronia, otwiera to niespodziewane interpretacje. Skibińska gra kochankę, archetyp kobiety i archetyp ojczyzny. Wszystko to bardzo fizycznie.

Łysak odnajduje także czysto teatralne skróty, np. ten, gdy Skibińska krzątając się po zaaranżowanym na scenie pokoju z mieszkania Kuroniów, nagle uderza głową w nisko zawieszony reflektor. Wiadomo: przez dom na Mickiewicza 27 codziennie przewijały się tłumy, więc o życiu prywatnym nie było mowy. Świetnie wypada tak istotny w dramacie Sikorskiej-Miszczuk wątek z Autorem (Grzegorz Artman) piszącym książkę o Kuroniu i próbującym pozbierać fakty. Choć nie zostaje wyeksploatowany. Szkoda. Artman i Stoczyński mieliby okazję do wejścia w mocny dialog. Podobnie przydałoby się rozwinąć postać dręczącego Kuronia Funkcjonariusza (Grzegorz Falkowski).

Małą scenę Powszechnego okalają zdjęcia Kuronia, Jana Józefa Lipskiego, Adama Michnika; z żoliborskiego podwórka, z konspiracyjnego spotkania. Na pierwszym planie widzimy jednak wielką czarno-białą fotografię Kuronia w słynnej dżinsowej koszuli. Wygładzony wizerunek, nieskrywany uśmiech, którym chyba wszyscy powinniśmy się cieszyć. Znów - sentymentalnie można tylko westchnąć. Chociaż nie mam pewności, czy sam Kuroń by tego chciał. Sam o sobie przekazał nam więcej. Chyba w tym uśmiechu ze zdjęcia jest też tolerancja dla naszej naiwności.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
16 lutego 2017
Portrety
Paweł Łysak

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia