Wiarołomni z TR Warszawa

rozmowa z Mają Ostaszewską i Arturem Urbańskim

Scenariusze filmowe Bergmana rzadko trafiają na nasze sceny. Tym większe oczekiwania związane są z przygotowywaną właśnie w TR Warszawa premierą "Wiarołomnych" w reżyserii Artura Urbańskiego

Obsada jest wyborna: Maja Ostaszewska, Redbad Klijnstra, Adam Woronowicz i wreszcie Władysław Kowalski, który się wcieli się w postać Bergmana. To właśnie reżyser Bergman wysłuchuje zwierzeń aktorki Marianne Vogler, żony dyrygenta Markusa i matki dziewięcioletniej Isabelle. Marianne opowie mu o swoim związku z przyjacielem jej męża, reżyserem teatralnym Davidem.
Premiera "Wiarołomnych" już w niedzielę 31 stycznia.

Rozmowa z Mają Ostaszewską i Arturem Urbańskim 

Dorota Wyżyńska: Liv Ullmann, reżyserka filmowej wersji "Wiarołomnych", nazwała ten tekst Bergmana "dreszczowcem dusz". Sam Bergman mówił, że to "dramat namiętności", "prawie thriller". A jakie określenia pojawiały się u was na próbach?

Maja Ostaszewska: Dreszczowiec dusz - bardzo efektowne. Chyba nie powiem nic bardziej spektakularnego (śmiech). Ten dramat jest wielopłaszczyznowy, pełen sensów. W trakcie pracy mówiliśmy dużo namiętnościach, o rozliczeniu, "pożegnaniu" z życiem, o tym, że jest to rodzaj psychodramy.

Artur Urbański: Ale określenie psychodrama dotyczy bardziej naszej inscenizacji niż samego tekstu. W tę stronę idziemy. "Wiarołomni" mówią o relacji z drugim człowiekiem, tej najbliższej. Czy jesteśmy w stanie oddać się komuś tak do końca i na całe życie? Czy to wszystko, czego się uczyliśmy, czym nasiąkaliśmy od małego - wiara w prawdę i uczciwość w związku - jest możliwe do zrealizowania w dzisiejszych czasach? To pytanie, które sobie zadawałem od dawna, było głównym powodem, dla którego zdecydowałem się po ten materiał sięgnąć.

Nie chcemy oceniać tych wiarołomnych. Tym bardziej że wszyscy bywamy, jesteśmy, byliśmy wiarołomni. Każdy z nas - czy prawie każdy, żeby nie generalizować - zna smak zdrady. Albo był zdradzony, albo zdradzał. To jest coś intymnego, o czym się nie mówi, co się często z siebie wypiera, ale jest... aspektem naszego życia. To boli, doskwiera, zostaje, determinuje nas na przyszłość. Zrobiliśmy coś, po czym jesteśmy inni. Choćby dla siebie samych.

Wiem, że z zamiarem wystawienia "Wiarołomnych" nosiłeś się od dawna.

A.U.: Ten tekst do mnie trafił w bardzo szczególnym momencie. Właśnie rozleciał mi się związek. "Wiarołomnych" dostała do przeczytania moja była żona od mojego przyjaciela, który otrzymał świeżutkie tłumaczenie od Tadeusza Szczepańskiego. Od razu pomyślałem, że to genialny tekst na teatr. Kilka tygodni później dowiedziałem się, że Liv Ullmann kręci film. Kiedy go obejrzałem, nie ukrywam, że byłem rozczarowany. Miałem wrażenie, że w wersji filmowej ta historia już mnie prywatnie tak nie dotyczy. Ten tekst został przeniesiony na ekran niemal co do przecinka. Uważam, że to błąd. Zabrakło reżysera.

A teraz, przygotowując się do premiery, oglądaliście film? Wspominacie go na próbach?

M.O.: Nie. Oglądałam "Wiarołomnych" kilka lat temu, kiedy byli na ekranach kin. Teraz przez moment miałam taką pokusę, aby obejrzeć film ponownie, ale nie uznałam tego za konieczne. Zrobił na mnie duże wrażenie, choć to, że Bergman jest tam takim ciepłym dziadkiem, trochę mnie denerwowało. Te jego rozmowy w filmie z Marianne wydawały mi się zbyt uładzone. Zwłaszcza że wiemy, choćby z tego, co pisał w "Laternie Magice", że w relacjach międzyludzkich był niezłym ziółkiem.

Ale też trzeba pamiętać, że kompletnie innym medium jest film, a innym teatr. "Wiarołomni" to scenariusz filmowy. Tu nie ma żadnych wskazówek dla teatru. To z jednej strony cudowne, bo daje totalną wolność reżyserowi, ale jednocześnie nie pomaga. W filmie, kiedy Marianne opowiada o przeszłości, robi się sceny realistyczne i już. My szukamy innego klucza, metafory. Nie zapominamy, że to jest opowieść w teatrze. Jak próba między aktorką a reżyserem.

Bo jednym z bohaterów "Wiarołomnych" jest Bergman. Tak się nazywa postać, która prowadzi rozmowę z Marianne. Bergman sam siebie wprowadził do tego scenariusza. Co dla was znaczy ten zabieg dramaturgiczny?

A.U.: Nie usiłujemy przywołać Bergmana. Nie zastanawiamy się nad jego nawykami, zachowaniem... Dla mnie Bergman jest tu raczej synonimem kreatora. To ktoś, kto spędził kawał życia za kamerą, w teatrze i opowiada o świecie. Interesuje nas Bergman jako autor, jako ktoś, kto tworzy sztuczny świat, ale tworzy go z siebie, daje siebie innym.

M.O.: Ta forma jest dla mnie bardzo ciekawa. To jest opowiadanie. Przyglądamy się tej historii z perspektywy, z dystansu. Jesteśmy w zdarzeniach z przeszłości, ale ze świadomością, że opowiadamy o tym dziś. Ta granica - bardzo łatwo przez nas przekraczalna - bycia dziś i wtedy jest nie tylko ciekawym doświadczeniem aktorskim, ale daje - mam wrażenie - drugie dno, dodatkową wartość.

A twoja bohaterka? Rozumiesz ją? Czego wciąż o niej nie wiesz? Jak budujesz swoją postać?

M.O.: Przez ostatnich kilka lat nie pracowałam z Krystianem Lupą, ale jego szkoła jest silnie we mnie. I za każdym razem zaczynam pracę nad rolą od takiego - jak to mówi Krystian - procesu zasiewania w sobie postaci. Nie zakładam niczego z góry, pozwalam jej we mnie kiełkować, dojrzewać. My, aktorzy, nie możemy oceniać postaci, musimy z nią współodczuwać. Nawet jeśli prywatnie się nie zgadzamy, to powinniśmy tak to przepracować w sobie, żeby nie grać z dystansem.

W dużym stopniu rozumiem Marianne. Rozumiem jej wrażliwość, rozumiem jej namiętności. Niektóre jej zachowania względem dziecka są dla mnie... podejrzane, ale nie mogę tego oceniać. Zresztą nigdy nie wiemy, jak byśmy się naprawdę zachowali w sytuacji kryzysowej. Często pewnie niezgodnie z własnymi wyobrażeniami na swój temat. Ta sztuka jest zresztą też o tym. Marianne to osoba inteligentna, świadoma siebie, wie, że ma też prawo do własnego szczęścia. Lubi mieć poczucie, że wszystko jest na miejscu, w pewnym sensie lubi kontrolować swoje życie. To, że nagle jej się to wszystko wymyka, jest dla niej niezwykle trudne. Do tej pory czuła, że jest odpowiedzialna za to, co się wydarza, a tu nagle staje się bezwolna. Marianne wielokrotnie mówi, podkreśla: "Gdybym wtedy nie zrobiła tego, toby nie zdarzyło się to...". "Gdybyśmy się nie spotkali, gdyby on mnie wtedy nie wzruszył, to pewnie bym do niego więcej nie przyszła". Nieuchronność losu, determinacja, jak z dramatu antycznego.

A.U.: Tak, tu Maja porusza jeszcze jeden ciekawy wątek tego tekstu, który obnaża pustkę afirmacyjnych haseł lansowanych przez coraz liczniejsze rzesze terapeutów: "Weź życie w swoje ręce", "Jeśli tylko chcesz, to osiągniesz wszystko". "Musisz chcieć, iść do przodu, i to się stanie". Ten tekst mówi coś kompletnie innego. Mianowicie, że w każdej chwili może przyjść konfrontacja z tym, co nas wywróci, co nas postawi wobec nieoczekiwanego, co nas kompletnie obedrze z wyobrażeń na własny temat. Niby ci ludzie wiedzą, co jest dobre, a co złe, tak jak my wiemy, prawda? Potrafimy to odróżnić w momencie, kiedy chodzi o kogoś innego. Ale kiedy my stajemy wobec sytuacji ostrych, które wymagają od nas zdecydowanych decyzji, błądzimy. Mówię, że idę w prawo, i nie potrafię się zorientować, dlaczego jednak poszedłem w lewo. Jest coś poza nami, co nami rządzi - zdaje się mówić Bergman. To jest dość dziwne, bo Bergman nie wierzył w Boga, miał fazę niezwykłe ostrego dialogu z Bogiem. Tymczasem ten tekst, który napisał pod koniec życia, jest pełen Boga. Ale nie takiego Boga z obrazków, ale Boga demiurga, kogoś, kto nami zawiaduje.

Bergman po raz kolejny okazał się znawcą kobiecych dusz.

M.O.: Tak, postać Marianne jest bardzo dobrze napisana. Moim zdaniem udało się uchwycić taką prawdziwą wrażliwość kobiecą! Bergman był mistrzem. Niewielu jest chyba takich mężczyzn w historii kina czy teatru, którzy tak doskonale pisali postaci kobiece.

A.U.: Bergman chciał być drugim Strindbergiem. Czuje się to w jego twórczości, ale możemy się też o tym przekonać, śledząc jego biografię. Na przykład to, że kupił sobie ziemię - plac, na którym stał dom Strindberga - i postawił tam swój dom... Niewątpliwie chciał pełnić taką funkcję w literaturze skandynawskiej jak Strindberg .

Premiera "Wiarołomnych" odbędzie się w TR Warszawa. Co znaczy dla was powrót do tego miejsca? Maja spędziła tu kilka ładnych lat i zagrała na tej scenie kilka ważnych ról. Od Ellinor w "Bziku tropikalnym" po Trudę w "Krumie". Artur wystawił tu bardzo dobrze przyjęty spektakl "Howie i Rookie Lee".

M.O.: Wspaniale się tu czuję. Aktualnie jestem związana z Nowym Teatrem Krzysztofa Warlikowskiego, ale przecież niektóre spektakle z moim udziałem wciąż są w repertuarze TR. Kiedy weszłam do swojej dawnej garderoby, poczułam wzruszenie. To miejsce i ten zespół są i będą dla mnie ważne. Dziś Jarzyna i Warlikowski tworzą dwa odrębne teatry, ale współpraca jest możliwa. Mam nadzieję, że moja obecność w TR Warszawa jest na to niezbitym dowodem.

A.U.: Dla mnie to wielka radość, że w ogóle możemy robić "Wiarołomnych". Tym większa, że możemy pracować w tym teatrze, do którego ja też mam słabość. Udało nam się zgromadzić bardzo dobry zespół. Gdybyśmy coś takiego próbowali na innej scenie, to mógłby być problem. Nie chodzi o to, że otwieramy wrota na nie wiadomo jaki nowy teatr, ale o zaufanie. Ludzie, którzy się tu spotkali na próbach, ufają sobie, chcą przygody. Bawimy się i fantazjujemy.

M.O.: Ten spektakl stał się psychodramą o odpowiedzialności za innych, o losie, ale również o kreacji, o tworzeniu, o teatrze. O nas. Dla nas jest to bardzo interesujące, smaczne. Jesteśmy w teatrze na próbie i gramy. I tak jak w teatrze krzesło może być statkiem, za chwilę znów krzesłem. Opowiadamy o teatrze, w którym wszyscy jesteśmy aktorami.

O "Wiarołomnych" mówią: 

Adam Woronowicz (Markus)

- Bergman nie oszczędza swoich bohaterów. Nie oszczędza siebie. Nie usiłuje też nikogo pouczać, przestrzegać. Czuje się, że ta historia nie jest wymyślona. Że autor był gdzieś blisko. On tego zresztą nigdy nie ukrywał. "Wiarołomni" to rodzaj pamiętnika, w którym nie upiększa się zdarzeń, na poprawia siebie.

Interesująca jest forma tego tekstu. Nie ma tu miejsca na budowanie postaci. Jesteśmy tylko aktorami, zespołem Bergmana. Czy to próba, czy casting, trudno powiedzieć. Bergman używa nas do bardzo konkretnych zadań. Stwarza na scenie.

Redbad Klijnstra (David)

- To operacja na otwartym sercu. Bardzo delikatny, intymny i bolesny materiał. Podczas prób staraliśmy się w pełni wykorzystać to, że pracujemy nie na planie filmowym, ale właśnie w teatrze. Staraliśmy się wydobyć z tego tekstu, wszystko to, czego film nie jest w stanie oddać, a teatr może unieść.

Dla mnie ciekawe jest też to, że Bergman pisze o artystach, procesie twórczym, o specyfice człowieka, który pracuje na własnym ciele. Taka osoba nie może być w pełni stabilna. Wychodzi z teatru po próbie i nie wiadomo, czy nie jest wciąż postacią ze spektaklu. Może zareagować za mocno, nieadekwatnie do sytuacji.

Taka nasza bieda, my aktorzy dobrze to znamy. Pracujemy zwykle wieczorem, wieczorem musimy być na najwyższych obrotach. To wszystko na pewno na wpływ na nasze rodziny, na dzieci. I właśnie taki świat Bergman kreśli na kartach "Wiarołomnych".

TR Warszawa: "Wiarołomni" Ingmara Bergmana. Przekład - Tadeusz Szczepański, reżyseria - Artur Urbański. Scenografia - Magdalena Maciejewska, muzyka - Hanna Kulenty, reżyseria światła - Jacqueline Sobiszewski, kostiumy - Anna Nykowska-Duszyńska. Występują m.in.: Maja Ostaszewska, Redbad Klijnstra, Władysław Kowalski, Adam Woronowicz. Premiera 31 stycznia.

Dorota Wyżyńska
Gazeta Wyborcza Stołeczna
28 stycznia 2010
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia