Więcej, więcej rozkoszy!

"O rozkoszy" - reż: Maciej Wojtyszko - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Maciej Wojtyszko zaprasza widza na quasi-miłosną opowiastkę "O rozkoszy". Tytuł daje obietnicę czegoś interesującego, jednak emocje i dreszczyk podniecenia zamiast rosnąć to opadają wraz z kolejną minutą spektaklu. Nie zaznamy podczas sztuki Teatru Słowackiego ani rozkoszy intelektualnej, ani cielesnej

Reżyser podjął się przedstawienia mało znanej historii pięciomiesięcznego romansu kontrowersyjnej carycy Katarzyny II z francuskim filozofem i pisarzem Denisem Diderotem (autorem znanego „Kubusia Fatalisty i jego pana”). W zamyśle sztuka miała poruszyć przede wszystkim ciekawy problem mierzących się ze sobą osobowościowo dwóch odmiennych kultur – oświeconej Francji i tajemniczej Rosji, a także zaznaczyć mocne kontrasty: walkę zmysłów męskich i kobiecych oraz spór intelektu z erotyzmem.

Wojtyszko chciał ożywić historycznych bohaterów, ale niestety w całym tym barokowym przepychu gra aktorów po prostu utknęła po pachy. Zdecydowanie najciekawsze są role kobiece, to właśnie panie w przeciwieństwie do ról męskich zaskarbiają sobie uwagę widza. Intrygująca jest drugoplanowa rola Lidii Bogaczówny, która zagrała najbardziej ekspresywnie. Joanna Mastalerz w trudnej roli carycy Rosji również poradziła sobie całkiem nieźle.

To co najbardziej szwankuje w przedstawieniu to napięcie emocjonalne między postaciami. Relacje bardzo często są powierzchowne, nie czuć zagłębiania się w mroczne strony ludzkich uczuć. A przecież erotyzm w zetknięciu z tak niezwykłymi osobowościami powinien odsłaniać zakrywane na co dzień, niewerbalizowane myśli. Gdzie ten magnetyzm Katarzyny i Diderota? Przecież był w nich na pewno.

Sztuka Wojtyszki to jednak przede wszystkim teatr kostiumowy i dlatego też to co najbardziej fascynujące, to nie sceniczne wydarzenia, nie relacje pomiędzy bohaterami, ale właśnie stroje. Piękne stroje z epoki zaprojektowane przez Annę Sekułę zdobywają pierwszy plan również dlatego, że sama scenografia została właściwie pominięta. W tyle sceny znajduje się szklana ściana, a po obu jej stronach stoją purpurowe krzesła. Zupełnie niewykorzystany został potencjał sceniczny tego przedsięwzięcia. Jedynym momentem robiącym wrażenie i zapadającym w pamięć jest pokaz sztucznych ogni w końcowych minutach. Dlatego też po zakończeniu sztuki można odczuwać swego rodzaju zawieszenie i przekłamanie, bo całość daje poczucie raczej uczestniczenia w dopiero co przygotowywanym i próbowanym spektaklu.

W interpretacji Wojtyszki to rozkosz miała być wartością najwyższą, miała flirtować z widzem, odnosić się do aktualnych tematów, a spadła na drugi plan. Spektakl zatrzymuje się na poziomie bezbarwnej, obojętnej przyjemności. Poza tym to przecież nie stroje powinny tworzyć sztukę, a ludzie i ich czasy. A tu ani czasów, ani ludzi i ich miłości nie widać.

Karolina Kiszela
Dziennik Teatralny Kraków
4 stycznia 2012

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia