Wielcy bohaterowie o współczesnym człowieku

"Orfeusz i Eurydyka", reż.: Mariusz Treliński, Opera Narodowa

Klasyczny mit stał się dla artysty pretekstem do opowiedzenia o samotności współczesnego (ponowoczesnego?) człowieka. Akcja rozgrywa się we współczesnych wnętrzach, zza okiem widać wieżowce, a na stole stoi laptop. W takim właśnie city rozgrywa się kameralna, wręcz intymna opowieść o odchodzeniu.

Warszawska scena operowa nastawiona była do tej pory na żelazny repertuar operowy. Podstawą programu był więc Verdi, Czajkowski czy Puccini. Mariusz Treliński przyjmując stanowisko dyrektora Opery Narodowej za główny cel postawił sobie poszerzenie repertuaru o dzieła klasyczne, choć rzadziej wystawiane. Kilka lat temu przypomniał publiczności "Andrea Chenier" Umberto Giordano. Teraz czas na inną klasyczną pozycję francuskiej opery – "Orfeusza i Eurydykę". Dzieło Glucka w 2004 przeżyło renesans dzięki wspaniałemu nagraniu Marka Minkowskiego (z wielką rolą Mireille Delunsch) i nic dziwnego. To ponadczasowe odczytanie antycznego mitu o miłości, śmierci i sztuce. 

Warszawską premierę "Orfeusza" poprzedziła inscenizacja w Bratysławie. Taki zabieg na pewno przysłużył się dziełu. Treliński przyznawał, że do "Orfeusza" ma stosunek bardzo emocjonalny, dlatego też czas na pewno podziałał na korzyść reżysera. Osobistą interpetację czuć bowiem na każdym poziomie. 

Klasyczny mit stał się dla artysty pretekstem do opowiedzenia o samotności współczesnego (ponowoczesnego?) człowieka. Akcja rozgrywa się we współczesnych wnętrzach, zza okiem widać wieżowce, a na stole stoi laptop. W takim właśnie city rozgrywa się kameralna, wręcz intymna opowieść o odchodzeniu. Już sam początek przeszywa na wskroś dramaturgią i rozpaczą. Miotająca się po scenie Eurydyka (świetna aktorsko i wokalnie Joanna Woś) z furią rozbija kieliszki, przewraca krzesła i tarza się po łóżku. Eurydyka odchodzi, Orfeusz (Adam Szerszeń) pozostaje sam ze swoim cierpieniem. 

Dalsza narracja treścią nawiązuje do mitu, ale tak naprawdę widz ma wrażenie obcowania z kimś bliskim. Rozpacz męża po stracie żony rozgrywa się w samotności. Orfeusz nie bierze udziału w pochówku. Czy nie interesują go ceremoniały, czy jest może niegotowy na publiczne pożegnanie żony? Czyż śmierć nie wymyka się współczesnej estetyce, bo to przecież fizjologia, rozkład, a teraźniejszość hołduje pięknu i młodości? 

"Orfeusz i Eurydyka" fot. Krzysztof Bieliński.

Treliński w jakimś stopniu sprzeniewierzył się Gluckowi. Zmienił bowiem zakończenie "Orfeusza", który w końcu nie spotyka się z Eurydyką. Reżyser wielokrotnie podkreślał, że inspiracją była dla niego lektura poematu Czesława Miłosza "Orfeusz i Eurydyka". Związki z dziełem Miłosza, może nie do końca oczywiste, jednak wyzierają z warszawskiej inscenizacji Trelińskiego. Orfeusz to współczesny chłodny intelektualista (zwłaszcza jeśli chodzi o stylizację czy kostium). Jako racjonalista nie do końca może pogodzić się ze śmiercią żony, nie do końca też wierzy w propozycję Amora (Barbara Gutaj), że może odzyskać zmarłą. To współczesny sceptyk na dnie piekła, który nie potrafi poradzić sobie z własnymi uczuciami. Dlatego też w finale przed rozpaczą ucieka w tworzenie… To emocjonalne pójście na skróty, ale czy nie tak zachowuje się współczesny człowiek? 

Mariusz Treliński dokonał rzeczy niezwykłej. Operowa historia stała się dla niego kanwą do opowiedzenia o współczesnym zagubionym człowieku niegotowym ani na miłość, ani na śmierć. Niegotowym na życie. Kameralna forma "Orfeusza" tylko wzmaga dojmujące wrażenie, że współczesny świat to sztafaż uczuć i emocji. A najwięcej o nas samych powie nam tylko sztuka.
(mb)

Marta Nadzieja
kulturaonline.pl
26 maja 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia