Wielka opera w Teatrze Wielkim

"Wilhelm Tell" - reż. David Pountney - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

"Wilhelm Tell" Gioacchino Rossiniego jest synonimem wielkiej heroicznej opery francuskiej. Charakteryzuje się ona szczególnie rozbudowaną formą, dużą obsadą, z chórem, baletem i wielkim aparatem orkiestrowym. Zwykle jej tematyka poświęcona była wydarzeniom historycznym. I tak jest w wypadku "Wilhelma Tella", którego cztery spektakle obejrzeć można było w Operze Narodowej.

Wilhelm Tell był bohaterem patriotycznej szwajcarskiej legendy z początku XIV w. Urodzony w Uri znakomity łucznik, przykładny mąż i ojciec odmówił złożenia ukłonu przed kapeluszem będącym symbolem władzy Habsburgów. Ich namiestnik Gessler zmusza Tella, grożąc mu śmiercią, by zestrzelił jabłko umieszczone na głowie swojego kilkuletniego syna. Gdy Tell przeszedł tę próbę, spod kaftana wypadła mu inna strzała. Gdy Gessler pytał ojej przeznaczenie, nieustraszony i prostolinijny Wilhelm powiedział: "Gdyby próba się nie powiodła, przeznaczyłem ją dla ciebie! ". Namiestnik umieścił go za karę w lochach twierdzy Kussnacht, planując egzekucję. Jednak oswobodzony przez zbuntowanych chłopów Tell zabił Gesslera, co stało się sygnałem do rozpoczęcia powstania Szwajcarów przeciw okupantom.

Ostatnia opera Rossiniego

Tyle podanie, które stało się podstawą libretta opery opartego na dramacie Fryderyka Schillera. Autor adaptacji wielowątkowej tragedii romantycznej - Hippolyte Florent Bis pominął wiele Schillerowskich postaci, m.in. Wernera Stauffachera, eksponując w zamian nieistotny w oryginale wątek miłosny i jego bohatera, wieśniaka Arnolda, oraz austriackiej księżniczki Matyldy. Najważniejsza wszakże jest wspaniała muzyka. Muzyka całkowicie nowa, pozbawiona motywów znanych z poprzednich oper kompozytora. To ukoronowanie kariery Rossiniego jako twórcy dzieł scenicznych. Mimo że tworząc ją miał zaledwie 37 lat i był w znakomitej formie, nie napisał już potem żadnej opery. Nie wiadomo dlaczego. Warto jednak podkreślić, że osiągnął szczyty. Był bogaty, sławny, uwielbiany przez melomanów, najważniejszych przedstawicieli artystycznego świata Paryża i ówczesnych władców. Cesarz Brazylii Pedro II i król Portugalii Ludwik I odwiedzili go w jego willi w Passy. Sułtan turecki odznaczył Rossiniego orderem, cieszył się osobistą przyjaźnią króla Anglii Jerzego IV, króla Belgii Leopolda I i cesarza Napoleona III. Rosyjski car przesłał mu wysadzaną brylantami tabakierę, a król szwedzki ozdobną wstęgę, w której kompozytor lubił się pokazywać publicznie. Ożenił się z kobietą, o co prawda nie najlepszej reputacji, ale piękną i inteligentną, a co najważniejsze, otaczającą Rossiniego bałwochwalczym kultem.

Dolce vita

Już za jego życia stawiano mu pomniki. Nic zatem dziwnego, że spotykały go niezliczone oszczerstwa i ataki nieżyczliwych mu krytyków i kolegów kompozytorów... Przez ostatnie trzydzieści dziewięć lat życia oddawał się samym przyjemnościom - z małymi przerwami, gdy stworzył "Stabat Mater", dwieście (bagatela!) utworów kameralnych umieszczonych w zbiorze "Grzechy starości" oraz przepiękną "Petite Messę Solennelle". Wśród tych przyjemności szczególnie upodobał sobie gotowanie i, co warto podkreślić, osiągnął w tej dziedzinie mistrzostwo. Jest autorem niesamowitej liczby przepisów kulinarnych, w tym na filet ze steku Tournedos Rossini i... bitą śmietanę, za którą wszyscy powinniśmy być mu wdzięczni. Nawet ci, którzy nigdy w życiu nie odwiedzin teatru operowego...

Poprawnie i nudno

"Wilhelm Tell" przez jednych uważany za ideał wśród oper seria, przez innych uważany jest za utwór rozwlekły (przed skrótami było to sześć godzin muzyki), nudny i niezrozumiały. Toteż nie tylko Rossini skracał operę, ale czynili to także poszczególni inscenizatorzy. W Operze Paryskiej wystawiono "Tella" w jednym akcie, a był to akt II, o którym Gaetano Donizetti napisał, że choć pierwszy i ostatni akt to dzieło Rossiniego, drugi jest dziełem... Boga. W rzymskim Seminarium Papieskim "Tella" wystawiono w męskiej obsadzie jako "Judę Machabeusza" itd., itd.

W Teatrze Wielkim - Operze Narodowej wybrano wersję czteroaktową, "szwajcarską". I było, jak to najczęściej się zdarza z "Wilhelmem Tellem" - fragmentami genialnie, a w przeważających momentach nudno i byle jak. Wspaniała, nieszablonowa uwertura, składająca się z czterech autonomicznych części, a której ostatni fragment znają wszyscy - nawet ci, którzy tego nie wiedzą - wykonana została poprawnie, choć bez fantazji. I tyle można powiedzieć o orkiestrze prowadzonej przez Andrzeja Jurkiewicza. Poprawnie, acz zdarzało się nierówno i nieczysto. Chór, jak zwykle, został bardzo dobrze przygotowany i prezentował się nienagannie. Większość solistów sprostała oczekiwaniom. Najlepszy okazał się wieśniak - patriota Arnold, a w jego roli doskonały tenor z Korei Południowej Yosep Kang. Świetna jest także Matylda z rodu Habsburgów, czyli Anna Jeruć-Kopeć, choć chwilami razi jej zbyt ostry głos. Nieźle prezentują się także główny bohater opery - węgierski baryton - Karoly Szemeredy oraz jako jego syn - Katarzyna Trylnik. Jak zawsze na najwyższym poziomie wokalnym jest Wojciech Gierlach, w roli Gesslera, choć reżyser zrobił wszystko, aby śpiewak stworzył postać do granic możliwości przerysowaną.

Czas zatem dotrzeć do samej inscenizacji spektaklu. Reżyser David Pountney, scenograf Raimund Bauer i twórczyni kostiumów Marie-Jeanne Lecca ukazują nam okupacyjną codzienność Szwajcarii XIV w. w szarościach i w półmroku. Czasami owe szarości zaludniają postaci niczym zjawy rodem z mozartowskiego "Requiem". Sama zaś akcja rozwija się na niewielkiej przestrzeni zbudowanej z trzech elementów. I wszystko byłoby nie najgorzej, gdyby nie zgrane pomysły w rodzaju umieszczenia diabolicznego Gesslera na wózku inwalidzkim. Strach bierze, co przyjdzie do głowy Pountneyowi, gdy będzie przygotowywał "Straszny dwór" Moniuszki w przyszłym sezonie. Już przed wielu laty Andrzej Żuławski umieścił jednego z bohaterów tej opery na identycznym wózku. Wówczas wzbudziło to sensację i protesty. Co tym razem wymyśli angielski reżyser?

I jeszcze jedno. Przez moment na scenie zjawia się Adam Kruszewski jako Leuthold. To postać dość ważna dla akcji, ale tylko raz pojawia się na scenie i znika. Mimo to pozostaje w pamięci. Oto siła osobowości...

Tylko cztery spektakle

"Wilhelm Tell" został zrealizowany w koprodukcji z Welsh National Opera, Cardiff, Houston Grand Opera i Grand Theatre de Geneve. To pięknie. Szkoda tylko, że oznacza to dla kolejnych potencjalnych widzów i słuchaczy obejście się smakiem. Cztery spektakle, po czym opera wraz z dekoracjami znika z Polski.

A poza tym uważam, że tęcza na pl. Zbawiciela powinna zostać zniszczona.

Stanisław Bukowski
Material nadesłany
14 lipca 2015

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia