Wielkie dzieło bez smaku

"Panny z Wilka" - reż: Krzysztof Rekowski - Teatr Polski w Poznaniu

Słynne opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza "Panny z Wilka" doczekało się już swojej ekranizacji przez Andrzeja Wajdę. Ostatnio dzięki polskim teatrom m.in. dzięki Teatrowi Polskiemu w Poznaniu mamy już cały komplet: opowiadanie, film i sztukę. Tym razem Wajda został zastąpiony przez Krzysztofa Rekowskiego, natomiast Olbrychski przez Michała Kaletę. Czy przypadkiem spektakl nie popsuł nam dobrego wrażenia po wspaniałym opowiadaniu i jego ekranizacji?

Historia ta każdemu z nas jest dobrze znana. Wiktor Ruben, mężczyzna przed czterdziestką, niespodziewanie odwiedza dworek, w którym bywał za czasów swej młodości – Wilko. Jest to pierwsza jego tutaj wizyta od piętnastu lat, dlatego sprawia nie lada niespodziankę ciągle wspominającym go dziewczynom. Wracając do Wilka Wiktor liczył na powrót do atomsfery do tamtych sielskich czasów, jednak okazało się, że na przestrzeni tak wielu lat wiele rzeczy się pozmieniało. Tytułowe panny - Julcia, Jola, Zosia - stały się zamężnymi kobietami, Kazia się rozwiodła zaś Fela zmarła. Wiktor stara się nadrobić stracone 15 lat odnawiając kontakty, miłości, a przede wszystkie zatracone pożądanie.  

Pamiętamy jeszcze niedawno grany w Teatrze Polskim „Zwał” będący adaptacją powieści Sławomira Shutego. Wówczas, zarówno reżyser, jak i aktorzy poradzili sobie znakomicie. Niestety, ta iskierka będąca nadzieją na bardzo dobrą adaptacje wielkiego dzieła Iwaszkiewicza okazała się złudna. W przeciwieństwie do "Zwału" reżyser i aktorzy nie podołali i nie udźwignęli na swych barkach wspaniałej, uniwersalnej prozy z klimatem i wielkimi wartościami.  

Jako że trzeba było rozwiązać jakoś problem narracji, która w opowiadaniu wyraża się poprzez wewnętrzne rozmyślania bohatera wprowadzono na scenę zmarłego przyjaciela Rubena – kleryka Jurka. To właśnie na zasadzie dialogu z nim Wiktor wygłaszał swoje wspomnienia odziane różnorakimi przemyśleniami. Wskrzeszenie zmarłego przyjaciela, o którym tylko raz wspomniał Iwaszkiewicz na pierwszej stronnicy w swoim opowiadaniu już samo w sobie się wydaje dziwne. Do tego rozmowy między Wiktorem i klerykiem były bardzo mdłe, wręcz nudne, natomiast ich relacje względem siebie wcale nie wyglądały na przyjacielskie. Ba! Kleryk został wykreowany na homoseksualistę, żywiącego pożądanie do głównego bohatera. Ten ostro nakreślony przez Rekowskiego wątek sięga w głębiny Iwaszkiewicza ujawniając, że tak naprawdę niepowodzenia w relacjach damsko-męskich Rubena mają podłoże w nim samym, a ściślej w jego orientacji seksualnej. Niezrozumiałe jedynie może być, dlaczego reżyser posłużył się akurat zmarłym klerykiem? Podsumowując – ten przyjacielski duet stworzył na scenie drugi, tajemniczy świat, zupełnie oderwany od całej akcji dramatu.  

Tekst Iwaszkiewicza odczytujemy, jako opowiadanie o straconej przeszłości i o złudzeniach na jej odzyskanie. Tekst również mówi o pamięci, która, raz stracona, jest już niemożliwa do odzyskania. Przede wszystkim w tekście Iwaszkiewicza znajdziemy zaprzepaszczone nadzieje, których już nie odzyskamy. Teatr Polski zaś podsuwa nam opowieść pustą w środku, bez jasnych wartości. Do tego cały klimat "Panien z Wilka" zostaje zburzony. Dostajemy na talerzu książkowe dialogi i całą historyjkę ładnie poukładaną od początku do końca, przeplecioną dziwnymi scenami z klerykiem, którego w ogóle powinno nie być. Wszystko to powoduje, że tym porcelanowym, pięknym talerzu, którym jest proza Iwaszkiewicza podane zostaje danie niedostatecznie przyprawione. 

Michał Kaleta nie poradził sobie z inteligentnym i zarazem uwodzicielskim charakterem Rubena. Wydawał się interpretować tekst inaczej niż w zamyśle miał to Iwaszkiewicz. Zdawało się, że chciał stworzyć własnego bohatera, a z tego wszystkiego wyszła jedynie nijaka postać, w której dawało się wyczuć nutę ironii i cynizmu, nutę zupełnie nieodpowiednią – po prostu w złej tonacji. Z pewnością nie na miejscu byłoby polecenie panu Kalecie obejrzenia w tej roli Olbrychskiego i wzorowaniu się na nim, choć można mieć wrażenie, że wyszłoby mu to na dobre.  

Wychodząc ze spektaklu wyczuwalne było zmieszanie widzów, nawet sympatycy Teatru Polskiego mieli bardzo sceptyczne podejście do obejrzanej sztuki. Mimo wszystko dzięki klasycznej formie, wyraźnie nakreślonym postaciom i solidnej grze aktorskiej spektaklu nie można nazwać porażką, choć czytelnicy Iwaszkiewicza, czy też widzowie Andrzeja Wajdy mogą czuć się zawiedzeni. Mimo wszystko, należy się pochwała Rekowskiemu za próbę zmierzenia się z nie tylko wielką prozą, ale i wielkim filmem.

Witold Kobyłka
Dziennik Teatralny Poznań
1 czerwca 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia