Wielowymiarowa Lulu Haliny Łabonarskiej

"Skiz" - reż. Maria Spiss - Teatr Ateneum w Warszawie

Dwa małżeństwa i cztery różne światy. A tym, co łączy te światy i osoby, jest tocząca się między nimi gra, na której opierają się relacje między postaciami. Takie pojęcia jak miłość, przyjaźń, zaufanie w tej grze nie istnieją. Kameralna sztuka Gabrieli Zapolskiej "Skiz" w najnowszej inscenizacji Teatru Ateneum, choć jest komedią, mało śmieszy. Prawdopodobnie twórcy spektaklu starali się zrealizować sztukę w konwencji żartu, tyle tylko, że ów żart zupełnie nie przekłada się na stronę widowni

Teatr piórem Temidy

A że to miał być żart, może wskazywać kiczowata scenografia, którą jest całkowicie wytapetowana scena od sufitu po podłogę. Tak, że aż oczy bolą od patrzenia. Wypada tylko współczuć aktorom. Ani to zabawne, ani artystycznie umotywowane. Ot, taki pomysł reżyserski, chyba po to tylko, aby odrealnić zdarzenia, a przede wszystkim, żeby było inaczej niż u Zapolskiej. Tylko jedna scena estetycznie i kompozycyjnie wpisuje się w tak zaprojektowaną scenografię, gdy następuje przebieranie się bohaterów do kolacji: panie występują w szerokich barokowych spódnicach w kwiaty, a panowie we frakach, również w kwiaty. Ta kolorowa scena została świetnie zagrana przez duet: Halinę Łabonarską (Lulu) i Wojciecha Brzezińskiego (Wituś) z wyraźnym podtekstem, że wszystko jest tu grą, maską, przebieranką.
W warstwie fabularnej jest tak: do położonego na prowincji majątku ziemskiego młodego małżeństwa Muszki (Anna Gorajska) i Witusia (Wojciech Brzeziński) przyjeżdżają ich krewni - Lulu (Halina Łabonarska) i Tolo (Krzysztof Tyniec), znudzone sobą wieloletnie małżeństwo. Ta wielkoświatowa para nie przybywa na wieś, by napawać się pięknem przyrody, delektować ciszą wiejską, odetchnąć od gwaru miasta i odpocząć. Bo niby po czym mieliby odpoczywać, wszak ich życie upływa wyłącznie na rozrywce, wojażowaniu po świecie i odpoczynku. Tolo, dla którego praca jest czymś prostackim, czymś, co wręcz nie uchodzi w jego sferze, wydzierżawił swój majątek i z tego żyją razem z Lulu. Jak widać, finansowo zupełnie nieźle. A uczuciowo? Z tym jest problem.

Dla podtrzymania i uatrakcyjnienia swojego związku prowadzą pewną grę, którą można porównać do gry karcianej w taroka. Kto ma skiza, ten wygrywa partię. Ten metaforyczny skiz znajduje się w rękach Lulu. Tak przynajmniej uważa główna bohaterka całego zdarzenia. Ale tylko do pewnego momentu, kiedy okaże się, że zostały przekroczone reguły gry i że tym razem stało się inaczej niż dotąd, to znaczy, że Tolo zdradził żonę z Muszką. Nic to, że Muszka nie grzeszy zbytnią inteligencją, że jest mało rozgarnięta i prowincjonalna. Ale ma tylko dwadzieścia lat. Dwa razy mniej niż Lulu. I to jest ten jedyny argument wytrącający główną kartę z rąk Lulu. Może odtąd będzie ostrożniejsza w tolerowaniu flirtów swego męża. Bo Tolo nie opuści swojej Lulu - ona jest jego wsparciem w grze, jego widownią, jego przyzwyczajeniem. Nikt wszak tak dobrze nie zna go jak jego żona i nikt nie będzie tak tolerancyjny jak ona.

Krzysztof Tyniec w roli Tola jest zaprzeczeniem postaci. Prowadzi swego bohatera w stylistyce skeczu kabaretowego, robiąc miny, wykręcając ręce, wyginając sylwetkę jak trzcina na wietrze. Któż uwierzy, że ten pajacowaty, podstarzały Tolo rozkochał w sobie młodą, dwudziestoletnią mężatkę? I to już na samym początku, w pierwszej scenie, w ciągu niecałej minuty. Dlaczego? Nie ma na to odpowiedzi w spektaklu. Czyżby dla pani reżyser wiarygodność postaci nie miała żadnego znaczenia? Skoro już wzięła się za adaptację sztuki Zapolskiej, to powinna jednak zwrócić uwagę na umotywowanie zachowań bohaterów. Bo u Zapolskiej każdy detal w zachowaniu postaci jest uzasadniony, nic nie dzieje się tam bez przyczyny. Rysunek każdej postaci jest wyrazisty charakterologicznie i określony zarówno pod względem zewnętrznego zachowania, jak i portretu psychologicznego.

Także trudno mówić o wiarygodności roli Muszki w wykonaniu Anny Gorajskiej. Aktorka tak straszliwie przerysowuje postać, że tworzy wręcz karykaturę swojej bohaterki. Granie emocji na tak ogromnej ekspresji nie jest już nawet śmieszne, lecz trąci amatorstwem. Otwarte usta i wybałuszone oczy udające zdziwienie. Gdzie się jeszcze gra takimi środkami? Czyżby pani reżyser i tego nie zauważyła?

Przedstawienie ratują sceny Lulu i Witusia. Wojciech Brzeziński wyraziście, zdecydowanymi, pewnymi, chwilami dość mocnymi środkami gra swego bohatera. Wituś to ziemianin, dla którego ważniejszy jest wół czy koń aniżeli romans jego żony z Tolem. Sprawy związane z gospodarstwem są jego żywiołem. To człowiek pracy związany z ziemią, zna się na jej uprawie. Jest prostolinijny, nie dla niego wielkomiejskie życie towarzyskie, wojaże zagraniczne czy prowadzenie subtelnej gry towarzyskiej w celu uwodzenia. Podoba mu się kuzynka Lulu, mówi o tym wprost i zabiera ją w step, gdzie cwałują na koniach. To wiarygodnie poprowadzona postać.

Ale główną sprawczynią zdarzeń jest tutaj Lulu. To postać złożona i bogata psychologicznie. Halina Łabonarska w pełni oddaje tę złożoność i bogactwo wewnętrzne Lulu. Tworzy postać wielowymiarową. Pokazuje jej rozmaite stany psychiczne i emocjonalne. Raz jest to pozorny cynizm będący tylko maską i swoistym ratunkiem przed pogrążeniem się w cierpieniu spowodowanym brakiem miłości ze strony męża. A za chwilę nutka szczerego bólu wywołana zainteresowaniem Tola Muszką. Ten zaledwie widoczny rys cierpienia na twarzy mija z chwilą, gdy Wituś zaleca się do niej, co sprawia, iż Lulu nabiera poczucia wartości jako kobieta, która jeszcze może się podobać mężczyźnie. Nie, nie zdradzi swego męża, bo tak naprawdę go kocha, a gra, którą prowadzi, czyli zezwolenie mu na "niewinne" flirty, ma spowodować, że mąż pozostanie przy niej, jako tej najwierniejszej przyjaciółce.

Halina Łabonarska gra Lulu zarówno uwarunkowaniem zewnętrznym (wspaniałą urodą), jak i środkami aktorskimi najwyższej próby. Granice między rozmaitymi stanami, jakie przeżywa jej bohaterka, rysują się na twarzy aktorki, w tonacji jej głosu, w nagłej pauzie czy w geście ręki. Doskonały przykład wyrafinowanego aktorstwa, z bogatą paletą w pełni świadomie użytych środków wyrazu, gdzie każdy najmniejszy detal ma znaczenie. Pięknie poprowadzona rola tej wybitnej aktorki, która każdą rolę (nawet najmniejszą) wznosi do poziomu kreacji. Do rzadkości już dziś należy aktorstwo tak umotywowane i tak świadome każdego elementu budującego postać.

"Skiz" Gabrieli Zapolskiej; adaptacja i reżyseria - Maria Spiss, scenografia i kostiumy - Łukasz Błażejewski, reżyseria światła - Artur Szyman, muzyka - Aleksander Brzeziński; Teatr Ateneum, Warszawa.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
27 stycznia 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...