Wiem, że popularność może szybko się skończyć

rozmowa z Arturem Barcisiem

Zostałem aktorem, bo chciałem wyrwać się ze świata, w którym żyłem jako zakompleksiony mały chłopiec, bojący się wszystkiego, biorący co chwilę od kolegów w szkole w łeb

Przeczytałem wiele wywiadów z Panem i pomyślałem - normalny, poukładany gość, no i dokonał tego, co powinien mężczyzna: ma syna, zbudował dom, drzewo w ogrodzie posadził.

- I to niejedno. A początkowo nie zapowiadało się, że tak będzie. Fakt, usilnie dążyłem do tego, by robić to, co lubię, co umiem, co przyniesie spełnienie. I chyba się udało.

Na studia w łódzkiej Filmówce dostał się Pan za pierwszym razem - z drugą lokatą!

- Miałem nadzieję, że się dostanę. Wcześniej wygrałem ogólnopolski konkurs recytatorski, zostałem recytatorem roku, zatem pomyślałem, że za piękne oczy tego tytułu nie dają, że pewnie coś jestem wart. Jeszcze jako student otrzymałem od Jerzego Hoffmana epizodzik w filmie "Do krwi ostatniej" i pewnie mnie zapamiętał, bo rolę w "Znachorze", jedną z głównych, dostałem bez żadnych zdjęć próbnych.

Artur Barciś, aktor Kieślowskiego - jako jedyny zagrał Pan w niemal wszystkich częściach "Dekalogu" -a le i aktor seriali. Jan Englert, dyrektor, dyrektor artystyczny Teatru Narodowego, którego niegdyś był Pan aktorem, powiedział ostatnio, że w serialu się nie gra, w serialu bierze się udział. Co Pan na to?

- Nie zgadzam się z Jankiem. Gra się wszędzie, tylko można byle jak albo najlepiej, jak się potrafi. Czy gram Jerzego Kolędę w serialu "M jak miłość", czy Tadzia Norka w "Miodowych latach", każdą rolę traktuję najbardziej serio. Czy to Czerepach w "Ranczu" czy Henryk w "Mojej córeczce" Różewicza w macierzystym Teatrze Ateneum, za każdym razem jest to zadanie aktorskie, które trzeba wykonać najlepiej, jak to możliwe. To kwestia profesjonalizmu.

- Podobno tworząc postać Czerepacha, gnidy z przesuniętym tupeciłdem, wzorował się Pan na urzędnikach poznanych w czasie budowania domu?

- To prawda.

Dla tak lubianego aktora, jak Pan, nie byli usłużni?

- Jedni byli, inni nie byli. Nasza biurokracja ma to do siebie, że urzędnik wie, że może postawić pieczątkę od razu i może za dwa tygodnie. Jeden zatem stawiał od razu, a inny wychodził z założenia "niech sobie Barciś nie myśli, że tak na piękne oczy dostanie pieczątkę od razu". Podobnie jest z policjantami z drogówki... Autograf nie zawsze wystarczy.

Generalnie jednak popularność pomaga. To Pana słowa: "Nigdy nie chciałem być anonimowy i jeśli jakiś aktor mówi, że nie zależy mu na sławie, to łże!".

- Bo to prawda.

Jak nie rozpoznają, to jest słabo.

- Tak. Co wcale nie znaczy, że ktoś taki jest złym aktorem. To kwestia szczęścia, zbiegu okoliczności, trafienia na odpowiednią rolę, na odpowiedniego człowieka, który odkryje, da szansę.

Co najważniejsze: talent, praca, szczęście?

- Talent. A potem zaraz praca, praca, praca i trochę szczęścia. Bo talent to jest coś, czego nie można się nauczyć, nie można wypracować, zdobyć, kupić. Talent trzeba mieć, z tym się trzeba urodzić. A potem można coś z nim zrobić.

Skoro ustaliliśmy, że Pan talent ma, porozmawiajmy o pracy. Mam wrażenie, że Pana doba - zważywszy ilość Pana zajęć - liczy co najmniej 36 godzin.

- (Śmiech)

Gra Pan nie tylko w macierzystym teatrze, występuje w dwóch serialach, ma swój recital, reżyseruje Pan spektakle, plus dubbing, audiobooki, i jeszcze pisze Pan felietony, prowadzi blog...

- Trzeba być dobrze zorganizowanym i trzeba mieć charakter człowieka odpowiedzialnego czyli takiego, który jeżeli się z kimś umawia, to tam jest idealnie o tej godzinie, który nie przyjmuje ról, jeśli nie będzie w stanie ich zagrać, ale jeśli już się czegoś podejmuje, to robi to perfekcyjnie.

Dużo ról Pan odrzuca?

- Nie, bo nie dostaję aż tak dużo propozycji. W kinie nie gram już od bardzo dawna, jakby o mnie zapomniało... Ale nie narzekam. Nie jestem człowiekiem, który lubi narzekać.

A jeszcze z żoną zajmuje się Pan pieczołowicie ogrodem, sadząc w nim na przykład 300 niecierpków.

- Gdzieś przy tej intensywności pracy zawodowej muszę ładować akumulatory i to mi zapewniają rodzina, dom, ogród, dwa psy. Wystarczą dwie godziny na tarasie z książką albo piwo wypite przy dobrym meczu i już mogę iść dalej. Mieszkając niemal w lesie, w pięknym otoczeniu - odpoczywam. Jestem estetą, nie lubię brzydkich rzeczy, bałaganu, niechlujstwa, może dlatego, że wychowałem się na wsi, gdzie była straszna bieda i wszystko mogło się przydać, zatem za stodołą u rodziców było mnóstwo badziewia, Ja tego nienawidziłem, dla mnie to był śmietnik, a ja nie znoszę śmietników.

To dodajmy do Pana umiejętności fakt, że Pan gotuje; na Pana stronie w Internecie są liczne przepisy. I jeszcze Pan szyje... Można przy Panu wpaść w kompleksy.

- Większość facetów dobrze gotuje, to oni są najlepszymi kucharzami. Podobnie krawcami. Szyć nauczyłem się z konieczności, z braku pieniędzy. Przyglądałem się, jak mama szyje i potem już mogłem sam sobie sprawić koszulę. W stanie wojennym, gdy trzeba było komuś zrobić prezent, a nie było niczego w sklepach, szyłem na przykład z rożnych kawałków poszewki pachtworkowe, co jest proste, a prezent był niepowtarzalny. Albo ze ścinków starych swetrów uszyłem żonie płaszcz, który był swego rodzaju dziełem sztuki. I Beata była najszczęśliwszą kobietą na świecie, bo nikt w szarym PRL-u takiego nie miał.

Ja myślę, że jest najszczęśliwszą kobietą na świecie głównie dlatego, że ma za męża Artura Barcisia...

- Nie narzeka, z tego co wiem.

A propos dzieła sztuki, dobijmy facetów, mówiąc, że Pan także maluje.

- To trochę z przypadku. Jurek Owsiak mnie poprosił, bym coś dał na aukcję jego Wielkiej Orkiestry. A ponieważ nie miałem takich gadżetów jak jakieś szczególne pióro, a dać zdjęcie

z autografem się wstydziłem, postanowiłem wykorzystać ciągoty, które sprawiły, że zdawałem do liceum plastycznego w Częstochowie i coś namalować... I tak co roku maluję moje aniołki, które, okazało się, mają swój rys i się podobają. Jest nawet kolekcjoner, który corocznie przebija wszystkich licytujących i ma tych aniołków już z sześć... Co wcale nie oznacza, że uważam się za utalentowanego malarza.

"Życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na nicnierobienie" - tak?

- Trzeba nie marnować czasu na duperele. Dlatego bardzo irytuje mnie czekanie. Czekając na przykład w kolejce w banku, muszę coś robić. Dlatego jestem przeszczęśliwy, że są takie wynalazki jak tablet, smartfon, bo dzięki nim nie marnuję czasu. Coś czytam, wchodzę w Internet, bo interesuję się polityką...

Był Pan nawet w komitecie honorowym Bronisława Komorowskiego, gdy kandydował na prezydenta.

- Tak, po czym się trochę z tej polityki wycofałem, bo dostałem za to zbyt dużo po głowie, niemniej staram się być na bieżąco... Czytam też recenzje. Bo to nieprawda, że aktorzy ich nie czytają. Chcą je znać i bardzo ich boli, jeżeli są niesprawiedliwe. Krytycy są jednymi z najbardziej znienawidzonych ludzi przez aktorów, zwłaszcza jeśli lekką ręką potrafią przekreślić czyjąś kilkumiesięczną pracę.

Aktorstwo to Pana pragnienie z dzieciństwa; to był pomysł jak się wyrwać z podczęstochowskiej wsi.

- Wyrwać się ze świata, w którym żyłem jako zakompleksiony mały chłopiec, bojący się wszystkiego, biorący co chwilę od kolegów w szkole w łeb, bo jako najmniejszego łatwo mnie było uderzyć, upokorzyć. Aktorstwo było pomysłem na udowodnienie całemu światu, że jestem, że coś znaczę, coś umiem. Każdy człowiek dąży do tego, żeby ktoś go szanował. Szacunek to poza miłością coś najcenniejszego, co nas może w życiu spotkać.

W którym momencie poczuł Pan, że już budzi szacunek?

- To się zdarza, jak w tu, w Krakowie, gdy publiczność po spektaklu "Nie jesteś sama" biła brawo na stojąco. Ale to są chwile. Gdybym traktował to jak stan stały, znalazłbym się na równi pochyłej i zaczął się staczać...

Zarazem nie tak dawno wyznał Pan: "Bo ja do dzisiaj czuję się trochę gorszy od innych". Odzywają się dawne kompleksy?

- Pewnie tak. Coś, co jest zakorzenione od dzieciństwa, gdzieś nadal we mnie siedzi. Choć już nie czuję się gorszy od innych.

A lepszy?

- Nie, nie. Mam w sobie wciąż wiele pokory, wiem, że popularność i powodzenie w każdej chwili może się skończyć. Choćby z powodu choroby. To bardzo okrutny zawód. Trzeba być w pełni sprawnym pod każdym względem.

Na swej stronie w Internecie prowadząc blog i dając możliwość wpisów zaspokaja Pan aktorską próżność sycąc się przesyłanymi komplementami...

- Żona mówi, że to jest targowisko próżności, ale też zdarzają się wpisy krytyczne. Nie tylko anonimowe. Dostałem na przykład list z Japonii od pana, który jest "dekalogologiem", wiele o tych filmach Kieślowskiego, pisał i zgłosił ogromny żal, że wystąpiłem u Juliusza Machulskiego, w "Superprodukcji", parodiując w niej swoją kultową postać z "Dekalogu". Oberwałem też od wielu osób za to, że w filmie Andrzeja Wajdy "Wielki tydzień" zagrałem polskiego faszystę, a przecież w Polsce nie było faszystów...

Zagrał Pan też w Ateneum młodego Hitlera ze sztuki "Mein Kampf" w reżyserii Roberta Glińskiego: chciał nawet Pan oddać tę rolę, nie mogąc znaleźć w sobie takich pokładów zła. Grał Pan również upośledzonego umysłowo Janka Kaniewskiego z "Doręczyciela". To są pewnie największe wyzwania...

- Dostać w Ateneum główną rolę, a byłem jeszcze młodym człowiekiem, to szczególne wyróżnienie. Fakt, rola u Glińskiego w sztuce o totalitaryzmie to było ogromne zadanie. A "Doręczyciel" już był wyjątkowo trudny. Zazwyczaj gramy ludzi i ich charaktery, a tu miałem się wcielić w kogoś, kto jest całkiem inny; inaczej mówi, je, pije... Zarazem musiałem bardzo uważać, żeby nie przesadzić, bo to nie była parodia chorego człowieka. Na szczęście miałem dobrego reżysera, Maćka Wojtyszkę, z którym się dobrze znamy i on kontrolował, by mój Janek był prawie normalny.

Spotkaliśmy się w Krakowie przy okazji spektaklu muzycznego. Pan, laureat PPA we Wrocławiu, w początkach aktor estradowego Teatru Na Targówku, wyreżyserował już wiele spektakli muzycznych: "Trzy razy Piaf', "Kofta", "Kochać", teraz "Nie jesteś sama" z piosenkami Osieckiej... Co jest, Pana zdaniem, najistotniejsze, by dobrze przedstawić piosenkę?

- Przede wszystkim trzeba umieć samemu śpiewać. A to nie jest dane każdemu. Tzw. piosenka aktorska nie może polegać na tym, że aktor nie umie śpiewać, a jedynie aktorstwem pokrywa niedostatki wokalne.

Gra, że śpiewa.

- Pół biedy, jak robi to tak, że nie zauważam, że on nie umie śpiewać. Spektakle muzyczne wymagają naprawdę wiele. Trzeba dobrze zaśpiewać, zagrać a nieraz i zatańczyć, by ludzie mogli się zachwycić. Bo w teatrze muzycznym ludzie chcą się zachwycić, chcą zobaczyć coś, czego normalnie nie widzą. I za to są gotowi dużo płacić. Dlatego teatry musi-calowe na West Endzie czy Broadwayu nie są dotowane, a przynoszą ogromne zyski. Niedawno na West Endzie oglądałem najnowszą wersję "Kabaretu" - bardzo ambitną, ale wykonaną tak fenomenalnie, że dech zapierało.

Pan, absolwent Filmówki, podobnie żona, Beata, jedna z najlepszych montażystek filmowych i syn Franciszek, który poszedł w ślady mamy...

- Ale na tym nie koniec. Chciałby być reżyserem, ale ma świadomość realiów, wie, że reżyserią za bardzo na rodzinę nie zarobi, a poza tym montażysta do dobry wstęp do reżyserii.

Przywołałem ten fakt, by zapytać czy nie zabolało, że syn poszedł w ślady mamy, a nie ojca - aktora.

- Wręcz przeciwnie, bardzo się ucieszyłem. A miał syn w liceum zapędy aktorskie, nawet nagrody dostawał. Ale też miał świadomość tego zawodu, wiedział, że najgorsze w nim, to być przeciętnym. I sam zdecydował, że nie chce być aktorem.

Ma już Pan swą dłoń odciśniętą na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach. Czuje się Pan gwiazdą? To się dziś źle kojarzy.

- Nie, nie. Gwiazdy są w Ameryce, chyba tylko w Ameryce. U nas są aktorzy. I celebryci. Jak mnie gdzieś zapraszają, argumentując, że to akcja charytatywna i potrzebują celebrytów, to mi się nóż w kieszeni otwiera.

Na koniec muszę zapytać, by się nie narazić czytelnikom, co będzie dalej z Czerepachem?

- Wszystko wskazuje na to, że na ósmej serii serial "Ranczo" zakończy swój żywot. Może to i dobrze, bo lepiej zejść w blasku świateł. Ale będzie się działo. Jesteśmy w trakcie zdjęć, a scenariusz jest naprawdę świetny. Nie mogę ujawniać szczegółów, powiem tyle - Polska Partia Uczciwości idzie w górę...

A wraz z nią ta gnida z tupecikiem.

- Sam to sobie wymyśliłem, bo w aktorstwie najbardziej mnie bawi i interesuje to, żeby się zmieniać, by nie powielać samego siebie. Dlatego, przygotowując się do "Rancza", chciałem, żeby Czerepach nie kojarzył się zupełnie z Norkiem. I dlatego wymyśliłem ten tupecik. To taki rys człowieka, który przy swojej sile i niewątpliwej inteligencji ma i kompleksy, wstydząc się tego, że jest łysy.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
28 sierpnia 2013
Portrety
Artur Barciś

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia