Wierność kobiet i męski cynizm

"Cosi fan tutte" - reż. Marek Weiss-Grzesiński - Opera Bałtycka w Gdańsku

Finezyjnie prowadzona opowieść o moralnym przeciwieństwie dwóch światów - męskiego i kobiecego

O tym, że tylko kobieta może dziś zbawić świat, Marek Weiss-Grzesiński w swoich gdańskich realizacjach przekonywał nas już parokrotnie. Parokrotnie też wychodziliśmy z jego przedstawień zbudowani myślą, że wierność stoi wyżej niż rozwiązłość, a cnota niesie ze sobą większe duchowe bogactwo niż występek. Ale bodaj nigdy dotąd myśli te nie zostały przez Weissa podane z taką lekkością i finezją, jak w jego najnowszej gdańskiej inscenizacji "Cosi fan tutte" Mozarta (premiera w minioną sobotę, i marca). Lekkość ta zresztą wcale nie oznacza, że stępiło się ostrze krytyki wymierzonej w męski szowinizm. Jest z tym nawet gorzej (albo lepiej, jak kto woli): cynizm płci brzydkiej, pokazany w lekkiej komediowej oprawie, wypada tym antypatyczniej, całkiem już po świńsku.

Buduary i domy uciech

Wykorzystane przez Mozarta libretto autorstwa Lorenzo da Ponte oparte jest na starym jak świat pomyśle przebieranki. Dwóch chwackich żołnierzy, Ferrando i Gugliemo, szczyci się przed zepsutym i cynicznym Don Alfonso wiernością ich ukochanych kobiet. Sceptyczny Don Alfonso podsuwa im pomysł testu wierności: mają się przebrać za inne postacie i spróbować wzajem uwieść swoje kochanki. Test wypada niepomyślnie (albo pomyślnie, jak kto woli), bo obie niewiasty, Fiordiligi i Dorabella, łapią się na czułe słówka nieznanych adoratorów i gotowe są w ekspresowym tempie spisać małżeńskie kontrakty. Pozwala to Don Alfonso wyśpiewać w jednej z końcowych arii, że "cosi fan tutte", takie są wszystkie. Takie są właśnie wszystkie kobiety: niewierne i niestałe, a jedynym, co może wobec tego zrobić mężczyzna, jest tę słabość ich natury wielkodusznie kobietom wybaczać.

U Weissa-Grzesińskiego sens tej zabawy wywrócony jest do góry nogami. By to osiągnąć, wystarczyło odpowiednio określić przestrzeń. Prosta, a przy tym funkcjonalna i ciesząca oczy scenografia autorstwa Hanny Szymczak, odwołująca się do stylu lat 20., dzieli scenę na dwa światy. Z boku, po jednej i drugiej stronie, mamy urocze, buduarowe, po dziewczęcemu niewinne pokoiki Fiordiligi i Dorabelli, w głębi zaś sceny wyłania się zza kurtyny lub za kurtynę zapada świat mężczyzn. Na czym oparty? Na zmysłowych zabawach, i to od pierwszej sceny. Zakład obu chwackich żołnierzy z Don Alfonso został zawarty w domu uciech, za stołem, z którego potrawy nakłada się na talerze z ciała ułożonej na tym stole kobiety. Czym się ta orgietka kończy, tego już nie wiemy, bo w odpowiednim momencie zapada kurtyna, ale to, co widzimy, wystarcza nam do moralnej charakterystyki męskiego gatunku.

Fortece wierności

Wszystko to nie znaczy, że Marek Weiss łopatologicznie, jak w broszurze feministycznej, wykłada nam wyższość kobiecego świata nad męskim. Oba przecież na różne sposoby się przenikają, co reżyser pokazuje z dużą finezją, w pozornych drobiazgach. Frywolny album z męskimi ciałami, sprytnie podrzucony kobiecym bohaterkom przez współpracującą z Don Alfonso szczwaną służkę Despinę, co tu kryć, obudził niezdrowe zainteresowanie. Ba, zabawa sadomaso, zaproponowana Dorabelli przez Don Alfonso, z początku wydaje się Dorabelli nawet zabawna. Kobiety u Weissa nie są posągowymi postaciami, w stylu rzymskiej Lukrecji. Są ludzkie, mają swoje słabostki. Są też po kobiecemu naiwne. Czy nie powinny same z siebie zorientować się, że świat lubieżnych rozrywek polega tak naprawdę na pozorach? Przecież złotowłosy efeb, który występuje w roli nakrycia stołu w urządzonej dla nich frywolnej uczcie, nosi, jak odkrywają, jedynie bujną perukę. Wszystko to zatem pozór, lipa, przebranie. Ale kobietkom zabrakło przytomności umysłu, by się w tym zorientować.

Wszystko to prawda, niemniej - może się w nas obudzić podziw, gdy śledzimy, jak długo te dwie fortece wierności bronią cnoty przed cynicznymi chwytami Don Alfonso. I od drugiej strony - trudno, byśmy się nie oburzyli, gdy jeden z męskich chwatów płonie oburzeniem na kobiecą niewierność, sam świetnie się bawiąc na kolejnej lubieżnej kolacyjce.

Znaki wartości są przez Weissa stawiane przy obu tych światach dyskretnie, ale i jednoznacznie.

Soliści i chórzyści

Dobra reżyseria widoczna jest także - lub przede wszystkim - w prowadzeniu poszczególnych postaci. Jasno podkreślone są ich uczucia - zarówno szybko otwierającej się na zabawę filuternej Dorabelli (znakomita Karolina Sikora), jak i nieco poważniejszej i targanej sprzecznymi uczuciami Fiordiligi (Anna Mikołajczyk). W głosie Anny Mikołajczyk zabrakło może nieco mozartowskiej lekkości, którą za to w pełni pokazała Anna Fabrello jako świetna wokalnie i aktorsko Despina. Równie dobrze zaprezentowali się panowie występujący w spektaklu. Aleksander Kunach (Ferrando) zachwycał swoją jasną i lekką barwą głosu, znakomicie zaśpiewał również Tomasz Rak (Gugliemo). Robert Gierlach jako pozornie poczciwy, a w rzeczywistości zgorzkniały i cyniczny libertyn Don Alfonso również wypadł doskonale. Śpiewacy byli rewelacyjni nie tylko w swoich solowych partiach, ale także bardzo dobrze współpracowali ze sobą w ansamblach, którymi opera Mozarta jest naszpikowana. Ich uzupełniające się nawzajem barwy głosów i temperamenty wokalne dawały wielką przyjemność słuchania.

Nad stroną muzyczną spektaklu czuwał Friedrich Haider, specjalizujący się w muzyce Mozarta dyrygent austriackiego pochodzenia. Pod jego ręką orkiestra Opery Bałtyckiej -na co dzień pozbawiona przecież opieki stałego kierownika muzycznego - zabrzmiała zaskakująco dobrze. Drobne nieścisłości intonacyjne, które się czasem zdarzały, wynagrodzone były przez lekki, mozartow-ski charakter gry. Szkoda, że przy końcowych oklaskach Chór Opery Bałtyckiej pozostał już za kurtyną. Choć jego rola w tym spektaklu była nieco bardziej sceniczna niż muzyczna, zespołowi także należą się gratulacje.

Po wybitnej inscenizacji opery "Ubu rex" Krzysztofa Pendereckiego mamy oto w Operze Bałtyckiej całkowicie inną, a przecież świetną premierę.

Maja Korbut, Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
4 marca 2014

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...