Wieszcz zakwestionowany. Co to będzie, co to będzie?

Litewskiego reżysera „Dziadów" Adama Mickiewicza, zmarłego w ubiegłym roku Eimuntasa Nekrošiusa, okrzyknięto geniuszem już dawno temu.

Był on w ścisłej czołówce litewskich reżyserów teatralnych. Specjalista od wystawiania Puszkina, Czechowa i Szekspira. Faktycznie, można było dostrzec przebłyski geniuszu w jego inscenizacji w Narodowym. Jednak szkoda, że wdał się w spór ideologiczny z Mickiewiczem, bo tak odczytałam liczne prześmiewcze i niepotrzebne zabiegi reżysera. Z tego pojedynku wyszedł zwycięsko... romantyczny wieszcz.

Dlaczego współcześni twórcy nie mogą po prostu dać aktorom możliwości wypowiedzenia gotowych słów ponadczasowego dramatu, w stosownej scenografii i bez nadmiaru wydumanych, obciążających przedstawienie osobistych dodatków i komentarzy? Spokojnie, w „Dziadach" nie ma na scenie kału, moczu, ruchów frykcyjnych ani dźwięków disco polo. Jest tylko odrobina dymu papierosowego, parę niezbyt udanych ingerencji w tekst Mickiewicza, kilkadziesiąt minut nudnawych dłużyzn, i nieco za dużo rzekomego dystansu wobec martyrologii narodu polskiego.

Pierwsza (czyli druga) część Dziadów zanurza widzów w przejmujący obrzęd pogańskich guseł, chrześcijańskich modlitw i głębię duchowych rozliczeń. Zanurzyłaby. Gdyby trwała o czterdzieści minut krócej. I gdyby grupa aktorów-dusz nie pałętała się po scenie wpadając w nie wiadomo co oznaczające szare doły scenograficzne oraz natykając się na jeszcze bardziej niezrozumiałe ogromne dekoracyjne makówki. I gdyby rosochata Dziewica nie snuła się po scenie recytując enigmatyczną pierwszą (czyli ostatnią) część utworu. I gdyby dusza zmarłej dziewczyny nie zmuszała wszystkich do tańczenia wiedeńskiego walca przez długie minuty. A kysz. Pierwszy akt uratował jednak charyzmatyczny i pełen wyrazu Marcin Przybylski jako Guślarz. Świetni byli także Paweł Paprocki jako Zły Pan i Magdalena Warzecha jako Sowa. Ich scena potępienia ziemskich występków wypadła naprawdę przejmująco, również w wykonaniu całego zespołu.
Drugi akt otwiera postać Gustawa-Konrada, z którą to rolą radził sobie, z różnym skutkiem, Grzegorz Małecki. Reżyser nie ułatwił mu zadania. Potrafił go uwiarygodnić jako Potępieńca-Kochanka poprzez proste środki wyrazu – rozcapierzone dłonie, posuwisty chód, długi płaszcz ze sterczącym kołnierzem przywodzący na myśl księcia Drakulę. Z drugiej jednak strony natchnął go potem taką dozą gorzkiej ironii i nihilizmu, że aktor wydawał się mało przekonujący w roli Milijona, czującego i pragnącego udźwignąć cierpienie całego narodu. Za bardzo był Małecki skrzywiony, zbyt zdystansowany, za mało namiętny, cienki. Nawet jego kostium był cienki, choć inne – piękne.

Wszystkie zresztą wątki narodowe kazał reżyser aktorom odgrywać z sarkastycznym uśmieszkiem, z przesadnym patosem, czy w żałośnie śmiesznych czerwonych rajstopach do białej koszuli. Przy okazji, wielkie brawa dla aktorów, szczególnie dla Kamila Mrożka w roli Sobolewskiego za popis sprawności fizycznej i ogromny wkład emocjonalny, oraz dla Mateusza Rusina, który udźwignął postać Księdza Piotra. Natomiast wizjoner całego dzieła za wszelką cenę chciał pokazać swój drwiący stosunek do osobistego komentarza Mickiewicza odnośnie do upadku powstania listopadowego, czyli do Wielkiej Improwizacji.

Jedyną świętością, której Nekrošius nie tknął, a na kolanach uszanował, było cierpienie matki – Pani Rollisonowa, matka katowanego więźnia-powstańca, to prawdziwa mater dolorosa, uniwersalna i wstrząsająca w swym cierpieniu. W tej roli genialna była Kinga Ilgner, której towarzyszył doskonały aktorsko Arkadiusz Janiczek jako Senator. To był prawdziwy teatr. Oczyszczające uderzenie pioruna na koniec poderwało na nogi większość widowni. Ani jedna sekunda tej sceny nie była zbędna, niczego nie dałoby się stamtąd odjąć.

Osobiście żałuję, że talentu reżysera były tylko przebłyski. Mniej znaczy więcej. Wycięłabym te przerysowane dzieci-anioły na biało, to rozsypywanie kredek, ten wiersz o komarze, to kłusowanie Maryli w poprzek sceny... Wyeksponowałabym bardziej Gustawa-Konrada. Dałabym wybrzmieć głośniej jego słowom, które ukształtowały już całe pokolenia naszej literackiej wrażliwości: „Kobieto, puchu marny, ty wietrzna istoto!", „Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę, Cóż Ty większego mogłeś zrobić —Boże?". Pomysł ze zdartą płytą? Świetny. Zabrakło umiaru.

Oczywiście, zawsze istnieje ewentualność, że nie wszyscy wszystko zrozumieli. A zatem – czy genialne dzieło sceniczne da się ponad miarę wydłużyć, symboliką przeładować, z sacrum obedrzeć i na pośmiewisko wystawić?

Nie. Nie da się. Ale można próbować.

 

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
25 września 2019

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...