Wilczek z dożywociem

"Dożywocie" - reż. Filip Bajon - Teatr Polski w Warszawie

Po świetnie przyjętej „Zemście" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, na dużej scenie Teatru Polskiego w Warszawie znów zagościła sztuka Aleksandra Fredry. Tym razem jest to „Dożywocie", zabawna komedia o zwycięskiej roli miłości i o chciwości, która doprowadza do niespodziewanych efektów. Realizacji podjął się Filip Bajon, zwykle kojarzony z filmem, mający na swoim koncie szeroko komentowane „Śluby panieńskie". Scenografię zaprojektowała Anna Wunderlich, a muzykę napisał Michał Lorenc, kompozytor muzyki filmowej, twórca ścieżki dźwiękowej do takich obrazów jak „300 mil do nieba", „Psy", „Cztery noce z Anną", ale też „Przedwiośnie" i „Śluby panieńskie".

„Dożywocie" nie jest zbyt szeroko znaną sztuką Fredry, a jednak ma w sobie cały urok, lekkość i humor, jaki możemy znaleźć u tego autora. Oto lichwiarz Łatka, który kupił pod przybranym nazwiskiem dożywotnie dochody młodego utracjusza, Leona Birbanckiego, stara się jak najdłużej utrzymać go w dobrym zdrowiu, nakazując nawet swojemu słudze, Filipowi, opiekę nad nim. Jednocześnie próbuje pozbyć się dożywocia, namawiając na jego kupno innego lichwiarza, Jana Twardosza. Sprawy nie ułatwia sam Birbancki, który zabawia się na nocnych hulankach, co staje się przyczyną pogorszenia stanu jego zdrowia. Na scenie pojawia się również zrujnowany szlachcic Orgon, który w celu ratowania majątku ma zamiar oddać swoją córkę Rózię za żonę Łatce. Nie jest to zbyt łatwe, ponieważ Rózia jest zakochana w Leonie. Ojciec nie zgadza się na jej małżeństwo z Birbanckim z powodów materialnych, co staje się przyczyną próby samobójczej Leona. Przy tej okazji wychodzą na jaw machinacje Łatki. Po wielu perypetiach Łatka rezygnuje z małżeństwa i za pół ceny odsprzedaje dożywocie samemu Leonowi (transakcja zawarta zostaje in spe gdyż Leon z braku gotówki jedynie obiecuje spłatę dopiero po upływie roku).

Według pomysłu reżysera, rzecz dzieje się trochę we współczesności, a trochę w XIX wieku. W części współczesnej mamy coś w rodzaju biura maklerskiego (wielki ekran z wyświetlanymi niby-aktualnymi notowaniami giełdowymi) połączonego z kasynem (automaty do gier), natomiast w części dziewiętnastowiecznej ładną choć monumentalną scenografię udającą oberżę, pod którą w otwarciu drugiego aktu podjeżdża prawdziwy powóz. Aktorzy według nie do końca zrozumiałego klucza ubrani są częściowo w stroje współczesne (garnitury, białe koszule, czerwone szelki), a częściowo w kostiumy nawiązujące do dziewiętnastowiecznych. Po scenie plącze się również dwóch sarmatów i goła panienka. W wywiadach zapowiadających premierę Filip Bajon sugerował, że podczas pracy nad spektaklem inspirował się filmem „Wilk z Wall Street" Martina Scorsese. Teoretycznie można tę inspirację dostrzec, choć muszę z przykrością zauważyć, że jeśli Birbancki jest wilkiem, to jakimś małym, chudym i wyliniałym, a rzucającemu się histerycznie po scenie Krzysztofowi Kwiatkowskiemu niestety daleko do Leonarda DiCaprio. Ponadto od reżysera filmowego oczekiwałabym więcej mówienia obrazem, tymczasem w „Dożywociu" Bajona wszystko jest ordynarnie dosłowne: od wciągania „kresek" amfetaminy przez Birbanckiego, przez rozlegający się co chwilę charakterystyczny brzęk monet, aż po przelatujący nad widownią balon.

W tym wszystkim najbardziej żal mi pracy, jaką aktorzy włożyli w budowanie ról. Po raz kolejny zespół Teatru Polskiego udowodnił, że potrafi mówić Fredrę w sposób lekki, naturalny i zabawny. Gdyby postawić ich na pustej scenie, już byłoby świetnie i współcześnie. Znakomity był Paweł Krucz w roli cwanego Filipka. Orgon, rozdarty pomiędzy miłością do córki, a koniecznością spłacenia długu, to kolejna z długiej listy bardzo dobrych ról Piotra Cyrwusa. Adam Biedrzycki stworzył zaskakująco konsekwentną i arcyzabawną postać Doktora, który zawsze pojawia się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Szymon Kuśmider, który od dawna już nie musi udowadniać swojego wszechstronnego talentu, jak zwykle był doskonały w roli powolnego, ostrożnego i irytującego Twardosza. I – last but not least – Jarosław Gajewski zagrał Łatkę na najcieńszej strunie, bardzo emocjonalnie, głęboko wchodząc w postać i pokazując namiętność do pieniądza, która jest silniejsza od wszystkich innych namiętności, a nawet od instynktu samozachowawczego. Sposób, w jaki Gajewski kreuje Łatkę, dwojącego się i trojącego, by utrzymać Birbanckiego przy zdrowiu i życiu, a przy tym usiłującego ukryć własne matactwa, mogę z czystym sumieniem nazwać mistrzowskim.

W spektaklu jest kilka scen doskonałych: kiedy Łatka zamyka Birbanckiego w oberży, żeby uniemożliwić mu lot balonem i orientuje się, że w środku jest także Rózia, albo gdy Łatka przekonuje Twardosza, by odkupił od niego dożywocie, czy też rojenia Leona na temat Sylfidy – i dla nich właśnie warto się mimo wszystko na „Dożywocie" wybrać. Choć uważam, że od teatru, w którym grane są tak olśniewające perełki jak „Król Lear", „Podróże Guliwera" czy „Wieczór Trzech Króli", mam prawo – i obowiązek – oczekiwać czegoś więcej.

Maja Margasińska
Dziennik Teatralny Warszawa
1 lutego 2016
Portrety
Filip Bajon

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...