Willkommen! Wejdź, zobacz siebie

"Cabaret" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

"Nie siedź samotnie, bo muzyczka fest, zaczęła właśnie grać - bo życie kabaretem jest i tak je trzeba brać!" - ten szlagwort znają wszyscy. Ale choć każdy wie, o czym jest "Kabaret", jak się kończy, kto ginie i kto zabił, to na tym konkretnym "Kabarecie" w Teatrze STU od pierwszych minut czujemy się inaczej, acz dziwnie znajomo - pisze Witold Bereś w miesięczniku Kraków.

To marzenie znają wszyscy twórcy i menadżerowie kultury - od Władywostoku do La Manche: - Ach, zrobić choć raz coś, co będzie się zaliczało do kultury ambitnej odczytywanej poprzez doświadczenie narodowe, ale co jednocześnie będzie mocno siedziało w światowej kulturze masowej.

I żeby mądre to było i kasę dawało.

A jeśliby udało się i to, by komentowało współczesność, było zrozumiałe dla każdego odbiorcy żyjącego tu i dzisiaj, niezależenie od jego wieku... O, oddanie duszy w zamian za taki sukces to byłaby cena najniższa.

1.

"Nie siedź samotnie, bo muzyczka fest, zaczęła właśnie grać - bo życie kabaretem jest i tak je trzeba brać!" - ten szlagwort znają wszyscy.

Ale choć każdy wie, o czym jest "Kabaret", jak się kończy, kto ginie i kto zabił, to na tym konkretnym "Kabarecie" w Teatrze STU od pierwszych minut czujemy się inaczej, acz dziwnie znajomo.

Bo gdy gaśnie światło i Konferansjer wyskakuje jak Diabeł z pudełka, w ułamku chwili łapiemy, że już nie odtwarzamy czasów takich czy siakich, tylko jesteśmy tu i teraz, w Polsce. Ba - w Krakowie.

Bo czyż dzisiejszy świat wielkich miast nie jest z ducha jak świat miejski sprzed upadku w 1939 roku? Syty, nerwowo goniący za jakimkolwiek sensem, ale i za szumem, pustotą zabawy. Gdy androgyniczny Konferansjer ślisko i agresywnie wciąga publikę w zabawę, czujesz się jak w środku krakowskiej nocy, gdy w którejś z knajp na Kazimierzu czy Zabłociu natykasz się na parę niekoniecznie różnej płci uprawiającą seks w toalecie.

Czy w Krakowie kogoś to dziwi? Takie czasy, taki klimat, taki schyłek epoki. Po niej coś nastąpi, ale co - nie wiadomo. Wiemy tylko, że wcale nie będzie fajnie.

I ten niedoprecyzowany lęk towarzyszy nam przez całe sto dwadzieścia minut spektaklu, a pewnie i później, jeszcze jakąś chwilę.

2.

"Kabaret" znają wszyscy. Wystawienie więc tego dzieła rozsławionego przez filmową klasykę Boba Fosse'a zrazu przyjąłem i ja jako pomysł, owszem, na hit, ale odgrzewany. Będzie muzycznie, będzie zjawiskowo, będzie śmiesznie.

Nic bardziej mylnego.

Nie trafiacie bowiem do Republiki Weimarskiej tuż przed dojściem faszystów do władzy. Trafiacie do pewnego kraju środkowoeuropejskiego wchodzącego w nową epokę.

Lecz wątek współczesny jest prowadzony przez reżysera z niezwykłym taktem, nienachalnie. Ot, gdzieś zatańczy ksiądz, gdzie indziej w odległym tle usłyszymy znajome, radosne pohukiwanie "raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę", jeszcze gdzieś pojawi się opowieść o Krakowie.

Lecz tak naprawdę, dzięki tej inscenizacji widz z dowolnego kraju nie ma poczucia, że ogląda coś tutejszego. Dostaje historię tak samo czytelną w Wenezueli jak nad budapesztańskim Dunajem.

To wielka sztuka, aby repertuarem zadawać pytania czasu. Co takiego się dzieje, że tak pusto się bawimy? Dlaczego tak łatwo dajemy się uwieść łajdactwu? I czemu milczymy?

Niech nikt jednak nie myśli, że spektakl oszałamia tylko kontekstem politycznym. Nie mnie wysilać się na uczone analizy czy pisać o grze aktorskiej. O jednym tylko muszę wspomnieć. Otóż spektakl ma niemal w całości dublowaną obsadę. I w obu wersjach Łukasz Szczepanowski / Krzysztof Kwiatkowski, odtwórcy roli Konferansjera, po prostu oszałamiają grą. To oni podnoszą wszystkim poprzeczkę i dzięki nim wszyscy ją przeskakują.

W filmie Fosse'a rolę tę gra genialny Joel Gray. Wiecie co? Wcale nie jest lepszy.

*

Nie chcę spoilerować, zdradzać zaskoczeń, ale uderza naturalność łamania przez Jasińskiego granicy między sceną a widownią. Są chwile, w których porwani feerią gagów wchodzimy w zabawę.

Ale są też chwile straszne.

Jak choćby ta, gdy Konferansjer tańczy z Małpą, apelując do widowni, by dała mu prawo kochania, kogo chce ("Spróbujcie widzieć ją jak ja..."), widownia tarza się ze śmiechu, choć każdy już właściwie czuje, że tu do śmiechu nie będzie. Lecz gdy pada złowróżbna pointa: "I wcale nie wygląda jak Żydowica", śmiechom nie ma końca, a sympatyczny pan z elegancką panią zarykują się z radochy.

I od tej chwili przestałem się śmiać i patrzyłem po widowni. Świetnie się bawi.

Willkommen! Bienvenue! Welcome!

Panie i Panowie! Oto "Kabaret" Krzysztofa Jasińskiego - jeszcze jeden punkt must-see w Krakowie.

Zobaczcie, jak Polska zdycha fajnie.

**

Witold Bereś - producent filmowy, scenarzysta, publicysta, pisarz. Redaktor naczelny miesięcznika "Kraków".

Witold Bereś
Dziennik Kraków
5 marca 2019

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia