Wirtuozeria humoru

"Depresja komika" - reż. Michał Walczak - Teatr Polonia w Warszawie

Spektakl pt. „Depresja komika" wystawiany na deskach teatru Polonia w Warszawie, jak nieciężko się domyślić jest o NIEJ. Tej jednej, jedynej, wszechogarniającej, odurzającej, pochłaniającej, niszczącej i zdecydowanie mało śmiesznej – depresji. Chorobie, o której słyszał zapewne każdy, o ile posiada zdolność odbierania bodźców z rzeczywistości.

Ileż to jej rodzajów spotykamy niemal każdego dnia w tym współczesnym świecie. W pędzącej rzeczywistości, nieustannej pogoni za szczęściem, przyjmującym przeróżne postacie, depresja w jakiejkolwiek formie – poporodowa, sezonowa, maskowana, reaktywna, dwubiegunowa, dziecięca, starcza, czy też po prostu wypalenie, zdają się nikogo nie dziwić. Choć depresja już może i nie dziwi, tak jak i wizyta u terapeuty, który w tym przypadku pewnie także potrzebowałby pomocy specjalisty, to sztuka ta z pewnością zachwyci metodą leczenia.

Od początku spektaklu Adam Woronowicz wciąga widza w świat pełen humoru przede wszystkim mistrzowską grą aktorską, której współtowarzyszy genialny tekst. Głos aktora jest wręcz idealnie dobrany do postaci – ciepły, hipnotyzujący i przede wszystkim – terapeutyczny, wciągający widza w opowiadaną historię. Granica pomiędzy fikcją literacką zdaje się całkowicie zacierać, ocieplając tym samym samą postać i usuwając wszelkie bariery pomiędzy sceną, a publicznością. Dzieje się to między innymi poprzez bezpośrednie zwroty do odbiorców, jak i nawiązania do aktualnej daty, mogącej sugerować, iż nikt do teatru w pierwszym tygodniu września nie przyjdzie – kiedyś trzeba przecież zająć się przygotowaniem szkolnych wyprawek.

Już po chwili poznajemy drugiego bohatera tego wieczoru – tytułowego komika, granego przez Rafała Rutkowskiego. Otwierając się przed terapeutą po początkowym ukrywaniu swej prawdziwej twarzy, tak jak i głęboko skrywanych problemów, obnaża on swe lęki i zmory przeszłości, a tym samym przybliża publiczności prawdziwe myśli artystów, których los uzależniony jest od upodobań odbiorców. Chociaż metody stosowane przez terapeutę ciężko nazwać profesjonalnymi, lecz z pewnością nie mało oryginalnymi,

w ostatecznym rozrachunku przynoszą one skutek. Przechodząc przez kolejne etapy życia, rozprawiając się za pomocą śmiechu z demonami przeszłości, a także wszelkimi (moralnymi) upadkami, bohater wygrywa tę walkę w wielkim stylu, wprawiając tym samym widzów w stan endorfinowego uniesienia.

Podkreślenia wymaga nie tylko zachwycająca gra aktorska w.w. Adama Woronowicza i Rafała Rutkowskiego, którzy w sposób niezwykle realny wcielają się w przeróżne, tak odmienne od siebie postacie, ukazując wszelkie ich subtelności i cechy charakteru, lecz również samo wykorzystanie sceny i oświetlenia. Zdecydowanie zauważyć należy minimalizm, jaki został zastosowany przy tworzeniu sztuki, a jednocześnie nieustanne trzymanie widza w napięciu wyłącznie za sprawą mowy ciała, tekstu, operowania głosem, perfekcyjnie dobranej muzyki i świateł. Tym samym należy dostrzec rolę Rafała Piotrowskiego i Wiktora Stokowskiego, dzięki którym zarówno oświetlenie, jak i muzyka stały się niemalże odrębnymi aktorami, bez których spektakl ten z pewnością znacznie by stracił ze swego wyrazu i dynamizmu. Reżyser, a przy tym i autor sztuki – Michał Walczak, podjął się niełatwego zadania ograniczając scenografię do czerwonej kurtyny i zasłony dymnej przyozdobionej światłem. Pomimo braku jakichkolwiek rekwizytów, czy innych środków, aktorom udaje się w sposób niezwykle obrazowy i jasny przechodzić z jednej sceny w następną, zachwycając przy tym błyskotliwością sztuki i swymi umiejętnościami teatralnymi.

Półtorej godziny z Depresją komika z pewnością może okazać się najlepszą terapią, szczególnie gdy nasze przypadłości związane są z brakiem humoru i zapadaniem się w czarną dziurę szarej codzienności. Nawiązania sztuki do aktualnej sytuacji politycznej i zmieniającego się świata powodują, że widz może poczuć się częścią spektaklu, całkowicie zapominając, że to nie on siedzi na lekarskiej kozetce. Jak widać teatr pełen inteligentnego komizmu, pełnego metafor i aluzji, nie musi być wypierany przez stand up składający się wyłącznie lub w większości z przekleństw, czy filmiki na youtubie. Tym bowiem daleko nie tylko do miana prawdziwej terapii śmiechem, obnażającej otaczającą nas rzeczywistość, lecz również do miana Sztuki, jaką bez wątpienia jest ten spektakl. Zastanawiałabym się jedynie nad koniecznością zastosowania wulgaryzmów, pojawiających się od pierwszych minut przedstawienia, a które zdają się tracić swe podstawowe znaczenie. Słowa takie jak „kurwa", czy „ja pierdole" stają się nie wiadomo czemu żartami, bawiącymi publiczność. W tym wypadku mogą jednak bawić niedopasowaniem do postaci, czy też raczej intonacji, poprzez którą postać wyraża swe emocje. Niemniej chociaż jako „językowej purystce" ciężko jest mi je zaakceptować, bez wątpienia spełniają swą funkcję i stanowią integralną część sztuki, nie zmieniając ogólnego, zachwycającego efektu, jaki udało się osiągnąć reżyserowi.

Dominika Błaszak
Blackendorphins
4 stycznia 2018
Portrety
Michał Walczak

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia