Wisielce w kostiumach. Długie życie marionetek

lalki Mariana Miki, plastyka z "Andersena"

Lalki jak ludzie przychodzą i odchodzą. Gdy kończy się przedstawienie, wędrują posłusznie do magazynu. Od 42 lat wychodzą spod rąk tej samej osoby - Mariana Miki, plastyka z "Andersena".

Marian Mika, Gepetto z Teatru Andersena ma już setki, jeśli nie tysiące lalkowych dzieci. Trzydzieści sztuk - tyle ich, plus minus, wykonywał do jednego przedstawienia w okresie świetności .

Wszystkie mają szyte na miarę ubranka. Niektóre figurki są całkiem malutkie, inne mają grubo ponad metr wysokości. Część z nich przybiera kształt cudacznych, bajkowych ludzi, ale trafiają się też fantastyczne stworki - rzeźbione diabły czy schowany w kącie zieloniutki ufoludek. Stos leżących bezwładnie rączek, przechylonych główek zwieńczonych sztucznymi włosami, ciałek zawieszonych obok siebie jak rząd pomarszczonych ubrań - na ten widok całe pokolenia dzieci, które przychodzą na wycieczki do Andersena, otwierają szeroko buzie z zachwytu. 

Nad stworzeniem jednej lalki pracuje cała manufaktura. W tym jeden Bóg i jeden Demiurg. Pomysł, że lalka ma przyjść na świat w jakiejś konkretnej postaci, wychodzi od scenografa. Wtedy pan Mika musi wyszukać odpowiedni materiał i zrobić tak, żeby powstało z niego ciało, które będzie umiało w dany sposób się poruszać. Gdy cała konstrukcja jest już gotowa, trafia w kolejne ręce, które ją ubierają, malują, dorabiają rozmaite detale. 

Marian Mika od najmłodszych lat chorował. Dziś jest już siwy i powłóczy jedną nogą, gdy codziennie pokonuje schody teatru. Jako chłopiec kurował się w sanatorium w Zakopanem, kiedy przyjechał teatr lalkowy z Rabki. I go zaczarował. 

W 1967 roku - niepewny, przejęty i bez doświadczenia - zaczął pracować w ówczesnym Teatrze Lalki i Aktora. Stanisław Ochmański, dyrektor, zgodził się przyjąć chłopaka po nałęczowskim plastyku, ale od razu rzucił go na głęboką wodę. Był początek października. W niespełna miesiąc młody Marian Mika musiał przygotować lalki na premierę Kopciuszka. - Wymagania były straszne. Miałem zrobić dwór niosący świeczniki, które miały się kręcić. Do tego koniki na stalowych drucikach z rozwianymi grzywami z tiulu - opowiada 

Było trudno - za kamerdynerów zabierał się czterokrotnie, a lampki mrugały nie wtedy, kiedy powinny. 

"O Boże, jak to zrobić?!" - wpadał Marian Mika w regularną panikę przez kilka pierwszych lat. Potem się nauczył, że na wszystko jest sposób, nawet na nos Pinokia (wymyślił specjalną szufladkę, z której nos się wysuwa i wsuwa z powrotem). 

Lalki powstają ze wszystkiego - z gąbki, z papieru, z gliny, z drewna, ze styropianu Gdy przedstawienie zejdzie z afisza, zastępy kolorowych "aktorów" idą na emeryturę do magazynu. Wychodzą stamtąd przy okazji wznowień, coraz rzadziej i rzadziej, a kie-dy skończą się i wznowienia - udają się na wieczny spoczynek na zakurzonych półkach. Niektórzy emeryci zasilają różne teatralne wystawy, albo służą za eksponaty do opowieści, które pan Marian snuje dzieciom. Tak jest w wypadku bohaterów "Opowieści z królestwa Lailonii dla dużych i małych", "Pyzy na polskich dróż- kach" czy zawieszonych na drutach marionetek sycylijskich z "Johanesa doktora Fausta". 

Marian Mika, władca drewniano-styropianowej materii, jest za pan brat z reprezentantami rozmaitych lalkowych rodzin. Poza wspomnianymi "sycylijkami" i kukiełkami na długim patyku, konstruuje także nakładane na dłoń pacynki i nadziane na krótszy, schowany pod kostiumem kijek, jawajki. Z delikatnych dłoni jawajek biegną czempruty, które umożliwiają ruch. Królową wszystkich lalek w Andersenie i największą dumą pana Miki jest japońska Cesarzowa - lalka bunraku. Majestatyczny jest sam jej rozmiar. Z kredowobiałą twarzą kontrastują wąskie, karminowoczerwone usta. Jedno dotknięcie sekretnego mechanizmu i otwierają się szeroko, a z czarnej czeluści wychodzą ogromne, ostre zęby. Straszliwa Japonka ze "Słowika" wywraca przy tym oczami i zaciska w furii palce. - Pomysł był taki, żeby zmieniała się w śmierć na oczach widza w chwili, gdy podchodziła do łoża chorego cesarza. Trzeba było wymyślić wszystko tak, żeby nie gasić światła i nie podmieniać lalek. - tłumaczy Marian Mika. 

Jego w tym głowa, aby lalka umiała to, czego się od niej oczekuje. Szczególnie delikatnie musi pracować na twarzach wyklejanych z papieru. Wymagają dodatkowego umacniania, żeby na przykład na piątym przedstawieniu nie zacięły się oczy. Pan Mika uważa, że rozcinać głowę do naprawy to wstyd. - Trzeba robić tak, żeby co najmniej ze sto przedstawień wytrzymała. Co tam sto, trzysta...- zamyśla się. 

Zdarza się czasem, bardzo rzadko, że lalki się psują. Pewnego razu na próbie generalnej "Jak zdobyć korzec złota, czyli bezeceństwa Pana Klausa", przy widzach, jednej z lalek, małemu Kalusowi odpadła głowa. Drewno się skurczyło i poluzował się hak. Aktor zgrabnie przeprosił i w te pędy pobiegł do pana Miki. Ten bardzo się przejął. - Trochę nie tak się zrobiło, ja wiem - wzdycha ciężko na samo wspomnienie. Przewiercił prędko osiem centymetrów szyi, a przez otwór przeciągnął rodzaj zawleczki, żeby nic, broń Boże, znowu się nie zespsuło. Udało się w dziesięć minut, ale przy okazji, z nerwów, przewiercił sobie palec, także na wylot. 

Liczbie lalek pana Mariana dorównuje ilość dzieci, którym o nich opowiadał. Szczególnie te wiejskie wydają się być pod wrażeniem magii teatru (chociaż zaraz po spotkaniu rozpaczliwie piszczą, że chcą do McDonald\'sa). Dzieci z miasta wydają się być na nią bardziej uodpornione. Bezpośrednio po zamachu na World Trade Center jeden chłopczyk zapytał, czy w teatrze jest lalka Osamy bin Ladena. Zapadła martwa cisza. Marianowi Mice się to pytanie nie spodobało, nasrożył się i odpowiedział, że ma jedynie Ali Babę. 

Lalki, choć są długowieczne, łatwo się palą. W teatrze pracuje strażak. Na początku lat dziewięćdziesiątych pod diabłem bujającym się na huśtawce za sprawą zarodników zeila widłaka pierwszy raz buchnął prawdziwy ogień. Po podpaleniu i wydmuchaniu przez ukrytą pod sceną rurkę, nasiona przepięknie wybuchały na znak mrocznej mocy Mefista. 

Pan Mika często wspomina pierwszego szefa, Stanisława Ochmańskiego. W jednym z tych wspomnień dyrektor zajadając się cebularzem od Kuźmiuka mówi: "Wiesz Marian, nasze czasy były zupełnie inne." 

Wtedy lalek robiło się znacznie więcej, choć nie było z czego. Jeszcze za PRL do jednego przedstawienia Marianowi Mice potrzeba było dwustu długich śrubek o rozmiarze M3. Po znajomości udało się je dostać od fabryki samolotów w Świdniku. Odliczone co do sztuki, w specjalnej nakrętce trafiły do szafy zamykanej na klucz, niczym największy skarb. Sędziwy lalkarz czuje wyraźny sentyment do tych czasów: - Jak ktoś znalazł w domu jakiś ładny fatałaszek, to się go przynosiło, a dziewczyny pruły i szyły nowe ubranka dla lalek. O jakiekolwiek materiały było trudno. Chodziliśmy po śmietnikach albo zapleczach sklepów mięsnych. Wyrzucano wtedy takie wielkie metalowe puszki. Robiliśmy z nich potem zbroje dla rycerzy.

Paweł Franczak, Kamil Nadolski, Sylwia Hejno
Polska Kurier Lubelski
31 października 2009

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia